Rowerem ze Szkocji po kasę? – czyli o tym czego Polakom jeszcze brakuje.

Jazda na rowerzeZbliżająca się Wielkanoc skłania do refleksji. Dziś więc trochę z innej beczki…

Mój kolega Greg, rodowity Anglik, po czterdziestce, aby zagłuszyć w sobie nieco ”ból istnienia”, przejechał w wakacje z kolegą, na rowerze, Wyspy Brytyjskie od Szkocji aż po Kanał La Manche. Żaden wyczyn, około 1500 km w ciągu 2-tygodniowego urlopu. Zebrali przy tym – w przeliczeniu – prawie 200 tys zł. A wiecie może jak organizatorzy maratonu w Londynie radzą sobie z nadmiarem zgłoszeń do tej szacownej imprezy z tradycjami? A co ma jedno z drugim wspólnego?

Greg jest przeciętnym facetem w wieku średnim. Ma stabilną pracę, nie robi żadnej kariery. Nie byłoby więc powodu aby jego wyprawa rowerowa przez Szkocję i Anglię, spokojna, w tempie wakacyjnym, przyniosła komukolwiek jakiekolwiek korzyści finansowe. Tymczasem Greg wraz ze swoim kolegą podjęli decyzję, że zadedykują swoją wakacyjną wyprawę ośrodkowi wspierającemu leczenie dzieci chorych na autyzm (czy może inną chorobę). Pisali blog z wyjazdu, mieli stosowne napisy na rowerach i podczas wyjazdu wzbogacili konto fundacji o… 32 tysiące funtów!! To w przeliczeniu kwota prawie 200 tysięcy złotych. Przez dwa tygodnie. Wydaje się to nie do wiary, przynajmniej na polskie warunki.

DatkiPytałem Grega, co ich skłoniło do takiej decyzji. Mówił, że oczywiście nie było to głównym powodem wyjazdu. Obaj z kolegą chcieli po prostu „coś ze sobą zrobić” w dwa wakacyjne tygodnie, coś sobie pokazać, jeszcze zmierzyć się z wyzwaniem póki młodość nie odeszła zupełnie. Nic specjalnego, ot zwykła reakcja na kryzys wieku średniego. Ale w Polsce tu historia by się pewnie skończyła. Tymczasem w Anglii dorobiono do tego bardziej szczytny cel a napotkani ludzie… to kupili. Greg opowiadał, że bywali często goszczeni w gospodach za darmo, drobne naprawy rowerów też nie kosztowały ich nic, blog – nagłośniony jakoś zapewne – był dość często odwiedzany i szły za tym datki na cel dobroczynny. Co więcej, obaj rowerzyści otrzymywali też wpłaty w gotówce od napotykanych ludzi. Gdy wyraziłem opinię, że w Polsce byłoby to niemożliwe, szczególnie przekazywanie obcym rowerzystom datków pieniężnych w gotówce, które przecież mogłyby pójść faktycznie na coś zupełnie innego – Greg wzruszył ramionami: to nie były jakieś wielkie sumy, większość środków do fundacji wpływało oczywiście w formie przelewów. A poza tym – mówił Greg – dlaczego nie mieliby nam nie wierzyć…?

Maraton w Londynie

Maraton LondynKażde większe miasto ma dziś swój maraton. Niektóre może, jak Warszawa, nawet dwa. Ale maraton w Nowym Jorku, Bostonie, Londynie i kilku jeszcze innych miastach jest na tyle słynny, że liczba chętnych biegaczy znacznie przekracza dopuszczalną liczbę uczestników. Organizatorzy maratonu w Londynie podjęli więc decyzję, że prawo startu uzyskają ci chętni, którzy zdołają zebrać na szlachetny cel charytatywny większą kwotę pieniędzy. I tak jest od lat.

Dzielenie się chlebemObie te historie mają wspólny motyw. Z jednej strony jakieś poczucie zobowiązania ze strony tych „bardziej udanych”, tych „bardziej zadowolonych” w stronę tych, którym czegoś brakuje. Rodzaj wewnętrznego impulsu, że „należy się podzielić”, że po prostu tak wypada. Paradoksalnie, tam w Anglii, jakieś poczucie społecznej solidarności, ktoś by może powiedział „przejaw kapitału społecznego”. Z drugiej strony wystarczająca baza wzajemnego zaufania, wśród ludzi kompletnie się nieznających, że jeden drugiego w coś nie „wkręca”, kimś nie manipuluje. Niby drobiazg, błahostka, ale przygodny przechodzień na „default”, jako punkt startu przyjmuje, że intencje tego drugiego są pozytywne, szczere – bo dlaczego miałoby być inaczej?

Czego nam w Polsce brakuje?

Brak zaufaniaSocjologowie pewnie by powiedzieli, że to w polskiej historii leżą korzenie naruszonego wzajemnego zaufania. Czy bardziej pożogi wojenne jakie przetoczyły się przez nasz kraj w XX wieku, czy bardziej może ponad 40 lat szorstkiego socjalizmu. Nie mnie to sądzić, choć jedno jest dla mnie oczywiste, tracimy jako Polacy na tym niedoborze. Polska się dywersyfikuje, bogaci są coraz bogatsi, pozostali zostają w tyle. Podobnie jak w Anglii, publiczne fundusze medyczne nie wystarczają na zaspokojenie wielu potrzeb ludzi dotkniętych chorobami.

UczelnieAle to nie tylko kwestia leczenia chorych. Od lat 90-tych trwa proces zmieniania polskich uczelni. To już ponad 20 lat, ale krajobraz pozostaje w zdecydowanej większości zdominowany uczelniami państwowymi. Nie udało się nam wypracować działających mechanizmów, w których fundacje prywatne, może bogatych absolwentów tej uczelni, może innych darczyńców, byłyby w stanie skutecznie wesprzeć powstanie pierwszorzędnych uczelni prywatnych. Można by pewnie w tym miejscu wymienić jeszcze kilka przynajmniej obszarów, w których możliwości bogatych, bardziej zaradnych, skuteczniejszych nie dość skierowane są w stronę reszty.

Pomoc biedniejszymPewnie nie da się tego zmienić ot tak, w ciągu roku, dwóch. I tak sporo się dzieje. Coraz więcej. Jest Owsiak, są stypendia Kulczyka, jest nagroda literacka Agory, jest Fundacja Batorego, Akcja Humanitarna Ochojskiej i wiele innych. Chciałoby się jednak więcej, bardziej powszechnie, na co dzień, także między zwykłymi przechodniami, co przecież w ogóle się nie znają…

Wszystkim nam, sobie też, życzę, aby tej codziennej życzliwości, wspólnoty i zaufania, było coraz więcej. A może ktoś chciałby objechać Polskę naokoło i zebrać przy tej okazji fundusze na… ?

Za kilka dni Święta Wielkanocne. Życzę wszystkim nie tylko odpoczynku i refleksji, ale także tego wzajemnego zaufania i wsparcia.

PS. Już po napisaniu tego wpisu wpadł mi w ręce przykład związany z przedsiębiorczością w Polsce ale i wzajemną solidarnością i wsparciem. Ale o tym napiszę kilka słów już po Wielkanocy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.