To się nie miało prawa udać. Torebki za pół miliarda złotych.

The Cambridge Satel CompanyAnglia. Kobieta, po trzydziestce. Normalna. Rodzina na głowie. Umiejętności komputerowe – elementarne. Kapitał początkowy: 3 tysiące złotych. W ciągu 6 lat tworzy firmę, która produkuje dziś towary o wartości pół miliarda złotych rocznie.  Czy ktoś tu czasem nie przesadził z wyobraźnią? Przecież to niemożliwe!

Kilka tygodni temu w Gazecie Wyborczej, w dodatku „Wysokie Obcasy” opisano niecodzienną historię kobiety, która nie mając na początku żadnych specjalnych
umiejętności ani większych pieniędzy, stworzyła w ciągu kilku lat w Anglii firmę produkcyjną, której obecne obroty wynoszą ok. pół miliarda złotych. Liderka jest „z krwi i kości”, żyje, miewa się dobrze i przyjechała jesienią 2014 roku do Poznania na warsztaty Outsourcingzwiązane z projektowaniem. Oprócz tego promuje gdzie może otwarte postawy wobec przedsiębiorczości, a przecież trudno jej zarzucić, że nie wie o czym mówi…

Jest to również dobry przykład pokazujący procesy outsourcingu. Żeby być producentem torebek (telefonów, kombajnów, nart…) nie musisz ich produkować! Są tacy, co wszystko zlecają innym. No to co oni sami robią? Mają dostęp do klientów (kluczowy aspekt firmy) i są właścicielem marki. No i napędzają ją innowacyjnie.

Link do artykułu w oryginalnej wersji jest następujący:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokieobcasy/1,53581,16956003,Przywrocila_do_zycia_klasyczne_torby_szkolne__Zalozyla.html

Wybór2Poniżej przytoczyłem tekst artykułu w wersji z dopisanymi moimi komentarzami. Miłej lektury i… w przyszłości, kiedy przyjdzie ci coś do głowy, jakiś pomysł, to zastanów się 3x zanim powiesz, że TO jest niemożliwe. Po angielsku niektórzy mówią „Some people make it happen, the other watch it happen, while still the other wonder what has happened…”. Więc, w której grupie chcesz TY być?

Przywróciła do życia klasyczne torby szkolne. Założyła firmę z 600 funtami w kieszeni

15.11.2014 , PIOTR SKORNICKI

Zobacz zdjęcia

Dziennikarz spytał: „Ile osób u was pracuje?”. Nie chciałam mówić: „Ja i moja mama”. Powiedziałam więc, że ja, Freda Thomas. Ale on czekał na kolejne. Pomyślałam o moim psie.. „Rupert!” – mówię. „Kim jest Rupert?” – spytał dziennikarz. „Szef ochrony” – rozmowa z Julie Deane, właścicielką marki torebek Cambridge Satchel

Ta torebka to…

Cambridge Satchel w pirackie zawijasy zaprojektowane przez Vivienne Westwood z okazji piątych urodzin firmy. To była fenomenalna współpraca. Torebki wyprzedały się w ciągu tygodnia.

Kapitał początkowy Założyła pani firmę z 600 funtami w kieszeni. To niewiele więcej, niż kosztuje torebka od Westwood.

I nigdy nie pożyczyłam ani pensa. Kredyty mnie stresują.

Praktycznie zerowy kapitał zakładowy. I nigdy nie wzięła kredytu. To się nie miało prawa udać! A jednak…

Na co więc pani wydała te pieniądze?

Większość poszła na opłacenie producenta, który zrobił sześć pierwszych toreb. Gdy je sprzedałam, zdobyłam pieniądze na kolejne.

Po sześciu latach zarządza pani The Cambridge Satchel Company, która szyje 500 torebek dziennie. Historia firmy ma jednak dość przygnębiający początek.

RodzinaSześć i pół roku temu byłam pełnoetatową mamą: Max miał sześć lat, a Emily osiem. W pewnym momencie zauważyłam, że córka stała się bardzo cicha, wycofana. Z natury jest spokojniejsza od brata, ale to było niepokojące. Okazało się, że inne dzieci znęcają się nad nią w szkole, raz nawet ktoś kopnął ją tak, że przewróciła się na podłogę. Dzieci potrafią być okrutne, gdy znajdą sobie ofiarę. W tym przypadku chodziło o to, że Emily nie ogląda tych samych programów w telewizji. Szkoła nie radziła sobie z tą sytuacją. Obiecałam córce, że znajdę dla niej taką, w której będzie się dobrze czuła. Dotąd żyliśmy z pensji męża, partnera w firmie konsultingowej. Na szkołę prywatną potrzebne były dodatkowe pieniądze. Miałam czas do końca wakacji, by je zdobyć.

Klasyczna sytuacja: najciekawsze zmiany dzieją się w kryzysie (!!!). Gdyby kryzysu (finansowego w rodzinie) nie było, Julie pewnie nie znalazła by w sobie dość motywacji, aby zaryzykować i otworzyć biznes.

Emily mogła pójść do innej szkoły publicznej.

To była nasza szkoła rejonowa. Żeby Emily mogła pójść do innej, musielibyśmy zmienić adres. W Cambridge jest kilka dobrych szkół prywatnych. Odwiedziłyśmy je z mamą i znalazłyśmy jedną, która wydała się perfekcyjna. Kładła nacisk nie tylko na wyniki, ale też na relacje między ludźmi, a uczniowie mieli dużą możliwość wyboru tego, czym się zajmą. Nie była najtańsza, ale ja zawsze wszystkim powtarzam: „Nigdy nie należy się zadowalać gorszym rozwiązaniem”.

Skończyła pani Cambridge, po studiach pracowała jako księgowa. Mogła pani iść do pracy na etacie i nieźle zarabiać.

DzieciRzeczywiście, po studiach pracowałam dla dużej firmy zajmującej się księgowością. Miałam sporo szczęścia. Moi przyjaciele z londyńskich centrali przez cały rok zajmowali się tym samym, a ja – pracując w rodzinnym Swansea – byłam wysyłana do wielu małych przedsiębiorstw. Pomagając im w księgach, przyglądałam się, jak pracują. To dało mi fantastyczne doświadczenie. Owszem, mogłam wrócić do księgowości, mogłam się też zająć zdobywaniem funduszy dla któregoś z college’ów. Tylko że dla mnie najlepszą częścią dnia było odbieranie dzieci ze szkoły. Nie chciałam tracić wolności.

Julie miała dobry zawód i możliwości innej pracy. Miała nadzieję jednak zachować „swobodny tryb życia” pozwalający jej cieszyć się urokami życia rodzinnego. Była w pewnym sensie „wygodna”, nie chciała łatwo „oddać atutów życia blisko z dziećmi”. Okazało się, że to „wygodnictwo” ma swoje zalety. Ją akurat popchnęło w stronę własnej firmy, i to udanej!
To trochę tak jak z wynalazkami i innowacjami. Komuś się nie chciało, więc… wymyślił coś nowego. Byle do takiej sytuacji podejść kreatywnie i spróbować wyciągnąć konstruktywne wnioski, a nie tylko wzdychać i narzekać.

Dlaczego wybrała pani właśnie szycie toreb?

Zrobiłam listę dziesięciu rzeczy, którymi mogłabym się zająć. Porównywałam: na czym można szybko zarobić? Która działalność jest w stanie się rozrosnąć? Czy pieniądze, które Burza mózgówmam, wystarczą, by zacząć działać?

Zaczynała od kompletnego zera. Od burzy mózgów, za co w ogóle się wziąć. To nie było „Eureka! Bingo! Mam! – będę robić TO i tylko TO!”. To był zaplanowany proces.

Nieco wcześniej szukałam klasycznych szkolnych teczek dla dzieci. Ja sama w dzieciństwie używałam podobnej jak ta od Westwood, tylko gładkiej, brązowej. Była wspaniała.

Miała obrazek swojej potrzeby z dzieciństwa, wtedy łatwo zaspakajanej konkretnym produktem, dziś niedostępnym na rynku.

Mogłam postawić ją obok ławki, otworzyć, sięgnąć po coś, a ona się nie przewracała, rzeczy nie wypadały. Nosiłam ją sześć czy siedem lat. Dziś kupujesz okropną torbę z napisem „High School Musical”, a po roku możesz ją wyrzucić, bo „High School Musical” jest niemodne, a torba wygląda okropnie. Nie cierpię tej kultury jednorazowości.

HogwartsMoim dzieciom wcale się te staromodne torby nie podobały, lecz przekonałam je, że Harry i Hermiona właśnie z takimi teczkami poszliby do Hogwartu.

Stworzyła własną historyjkę reklamową, rodzaj PR-u. Powiązała je z Hogwartem i Harry’m Potterem. Historyjkę (i argumenty) przetestowała na własnych dzieciach.

Zanim ja zaczęłam je szyć, „satchels” były nie do kupienia, można było znaleźć tylko jakąś starą, używaną. Dziś wielu producentów podkreśla, że szyją „satchels” od zawsze. Wiem, że to nieprawda. To ja przywróciłam do życia klasyczne brytyjskie torby szkolne.

Skąd wzięła pani pierwsze egzemplarze?

Załatwianie sprawProducenta wyszukałam w internecie, nie było to proste. Gdzieś daleko na liście wyszukiwania, chyba na 13. stronie, znalazłam szkołę w Szkocji dopuszczającą skórzane teczki jako element mundurka i podającą adres dostawcy, u którego można je zamówić. O, to jest człowiek, który skieruje mnie we właściwą stronę! – pomyślałam. Okropnie uprzykrzyłam mu życie. Najpierw zadzwoniłam i zapytałam, gdzie zamawia swoje torby. Nie powiedział. Dzwoniłam więc co 20, 30 minut i zadawałam kolejne pytania. „Czy firma szyjąca torby robi też czerwone? Bo chciałabym czerwoną jak budka telefoniczna”. „Nie” – on na to. „A fioletowe szyją?” „Nie!” I tak cały dzień. Następnego dnia zadzwoniłam, by zapytać o rozmiary i możliwość zrobienia w kieszeni dziury na kabelek. Nie wytrzymał: „To adres człowieka, który szyje teczki. Z nim rozmawiaj, a mnie zostaw w spokoju!”.

Przez półtora dnia nie chciał mi powiedzieć, skąd bierze 20 toreb do swojego sklepu. Ale mnie zależało bardziej, ja miałam szersze plany. Gdybym miała przez dziesięć dni dzwonić co 20 minut, nie poddałabym się.

Julia założyła firmę produkującą torebki ale… ich nie produkowała! Ani się na tym nie znała!!! Miała pomysł i znalazła wykonawcę, który umiał wprawdzie uszyć, ale nie miał TEGO pomysłu. Do wyszukania producenta potrzebne jej były internet, pomysłowość, cierpliwość i systematyczność. A także odwaga i trochę tupetu. Po nitce do kłębka. Taka kombinacja „czyni cuda” w tej i w wielu innych sytuacjach. Inni by powiedzieli „gdzie diabeł nie może, tam…” (Julie dała sobie radę).

Miała pani pierwsze sześć toreb. Co wtedy?

Na początku nie miałam nawet aparatu cyfrowego, a wiedziałam, że będzie mi potrzebny. Mój ojciec był fotografem; umierając w wieku 56 lat, zostawił mi kolekcję aparatów. Wzięłam ją do sklepu fotograficznego i poprosiłam o najlepszy cyfrowy aparat, jaki mogę
dostać w zamian. To było fantastyczne uczucie, jakby ojciec wspierał mnie w otwieraniu Kreatywnośćfirmy. Ale także sposób na obniżenie kosztów. Gdy nie masz pieniędzy, stajesz się uważna. Sama się zdziwiłam, jak wiele rzeczy mogę zrobić sama, nie ponosząc wydatków.

Świetny przykład dla tych, co łatwo sobie znajdują usprawiedliwienie, że TEGO się NIE DA zrobić, bo jemu/jej brakuje kwoty X, rzeczy Y, umiejętności Z, znajomości W… Jakie łatwo popaść w błogie uczucie, bo NAPRAWDĘ SIĘ NIE DAŁO!

Potem wzięłam dzieci z teczkami do Cambridge i porobiłam im zdjęcia w różnych sceneriach. Moja mama była niesamowita: stała cierpliwie w ogrodzie, trzymając w rozpostartych ramionach wielkie białe prześcieradło, a ja stawiałam przed nią teczki i robiłam zdjęcia. Odkryłam, że Pixelmator jest tańszy od Photoshopa, a robi to, co jest mi potrzebne. Wycinałam torebki z prześcieradłowego tła i wstawiałam gładkie, białe. Wielkie sklepy z całego świata, do których dziś wysyłamy swoje produkty, potrzebują okropnie dużo czasu, by umieścić ich zdjęcia w sieci. My fotografujemy torby i wstawiamy je do naszego sklepu w ciągu godziny od momentu, gdy przyjdą z fabryki.

Od początku myślała pani o sprzedaży w internecie?

Nie rozwinęłabym firmy, gdybym sprzedawała torby tylko w Cambridge. Musiałam stworzyć stronę internetową. Dziś jest wiele firm oferujących szablony, wystarczy załadować obrazki i sklep działa. Ja musiałam zrobić stronę sama, a nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać. Gdy dzieci poszły spać, usiadłam w kuchni przed komputerem i
wpisałam w wyszukiwarkę: „jak zrobić stronę internetową”, „darmowy tutorial”. Znalazłam kurs Microsoftu i po trzech nocach strona była gotowa. Kupon na kampanię w Google znalazłam w magazynie telewizyjnym.

jw.
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma…

Skąd rower w logo?

Jak się nie ma co się lubiW pierwszej wersji logo The Cambridge Satchel Company napisane było w prostej linii, odkryłam jednak, że używając WordArt, mogę wygiąć ten napis w łuk. Wow! – pomyślałam – teraz potrzebuję czegoś pod tęczę, czegoś „bardzo Cambridge”. Charakterystyczne są dla naszej okolicy szkuty – długie, płaskie łodzie, którymi pływa się, odpychając tyczką od dna. Problem w tym, że postać z tyczką odbita w skórze wygląda jak gracz w snookera. Rower jest równie typowy dla krajobrazu, a łatwiejszy do wykorzystania w logo.

Narysowała go pani sama?

Logo CambridgeNie potrafię rysować. Ściągnęłam wiele różnych obrazków z internetu, z jednego wzięłam koło, z innego ramę, trochę wymazałam. Przetwarzałam obrazki tak długo, aż powstało logo. Dzięki Bogu za komputery, bo okropna ze mnie artystka! Jedyne, co mi wychodzi, to ciasta z bogatą dekoracją. Jedno z moich ciast oplatało 320 liści lukrowego bluszczu, na których wyrzeźbiłam żyłki!

Kolejny krok w tworzeniu firmy internetowej…

Często spotykam się z uczniami różnych szkół. I zawsze im powtarzam, że oprócz malowania jest mnóstwo rzeczy pozwalających twórczo się realizować. We mnie szkoła wyrobiła przekonanie, że nie potrafię stworzyć nic ładnego, bo nie umiem rysować ani malować. A przecież można urządzać ogród, piec, rzeźbić, realizować się na tyle sposobów.

Pierwszą siedzibą firmy była kuchnia w pani rodzinnym domu.

Tak, to z kuchni wysyłałam maile, ok. 300 dziennie, szukałam kontaktu z blogerkami, z magazynami modowymi. Moja mama wstawiała obiad, a gdy dzwonił telefon, odbierała i notowała zamówienia. Myślę, że ludzie z domów handlowych Selfridges czy z Harrodsa nawet się nie zorientowali, że w czasie gdy ubijamy z nimi interesy, na kuchence bulgocą garnki. Przed odebraniem dzieci ze szkoły pakowałyśmy paczki do samochodu i jechałyśmy na pocztę. Biznes połączył się z życiem codziennym. Do dziś półtora dnia w tygodniu pracuję w kuchni. Tam nikt nie przeszkadza, nie dzwoni telefon, mogę się skupić na tym, co ważne dla firmy. To już inna kuchnia, przeprowadziliśmy się do nowego domu w miejscowości, w której w życiu nie sądziłabym, że zamieszkam. Ale umeblowałam go podobnie – klasycznie. Nawet zatrudniłam tych samych stolarzy.

PartnerzyWspólniczką jest moja mama. Ma ponad 70 lat i zanim otworzyłyśmy firmę, nie było żadnego miejsca, do którego mogłaby pójść i coś robić. Gdy ludzie przekraczają siedemdziesiątkę, otoczenie nagle przestaje ich słuchać. Wielka szkoda, bo przecież mają dużo doświadczenia i zdrowego rozsądku. Moja mama nie może się doczekać kolejnego dnia pracy. Ma najlepsze oko do kolorów i jest zaangażowana w ich dobór. Mówi: „Rozpoczynanie kariery w tym wieku jest jak branie w dzierżawę dodatkowych lat życia”.

Pewnie jej 70-letnia mama nie byłaby dobrą liderką przedsięwzięcia. Ale na wspólniczkę, o cechach komplementarnych do Julie – była w sam raz…

W pewnym momencie, gdy Cambridge Satchel Company była już całkiem znana, a wciąż nie miałyśmy formalnej siedziby, spotkałam się z dziennikarzem na wywiad. Zatrudniałyśmy już wtedy pomoc do pakowania – dziewczynę, która potrzebowała zajęcia na trzy godziny dziennie. Dziennikarz pyta mnie: „Ile osób u was pracuje?”. Nie chciałam mówić: „Ja i moja mama”, bo wydawało mi się, że to nie brzmi dość profesjonalnie. Powiedziałam więc, że ja, Freda Thomas i wymieniłam nazwisko dziewczyny od pakowania. Ale widzę, że on czeka na kolejne. Pomyślałam o moim psie, który zawsze, gdy pracowałyśmy, leżał u naszych nóg. „Rupert!” – mówię. „Kim jest Rupert?” – pyta dziennikarz. „To nasz szef ochrony” – wypaliłam.

Podkreśla pani, że w rozreklamowaniu firmy bardzo pomogło środowisko blogerskie. Blogerki modowe nie cieszą się najlepszą opinią. Mówi się, że piszą o tym, co dostaną w prezencie.

ReklamaCzasy się zmieniły, dziś blogi to biznes. Ale sześć lat temu ludzie pisali, bo chcieli pisać. I pisali tylko o rzeczach, które im się naprawdę podobały. Mieli wielu wyznawców słuchających wszystkiego, co powiedzą. Na początku miałam tylko sześć toreb, nie mogłam ich wysłać w prezencie. Rozsyłałam zdjęcia wraz z krótką informacją: „To jest torba, którą przywróciłam, klasyczna teczka. Moja firma nazywa się Cambridge Satchel. Jeśli ci się podoba, byłoby mi miło, gdybyś o niej napisała. Jeśli nie, proszę, nie pisz”. I wiele osób pisało. A to powodowało duży ruch na mojej stronie. Blogerki i blogerzy są dla mnie nadal bardzo ważni. Mam dla nich dużo podziwu. To, co robią, wymaga sporej dyscypliny, muszą codziennie coś pisać, by blog nie tracił świeżości. I jeszcze do tego robią świetne, perfekcyjnie skomponowane zdjęcia. W pierwszym sklepie urządziłam przestrzeń, w której blogerki mogą napisać notkę, naładować telefon, napić się herbaty. Być może są w tym środowisku i takie, które piszą coś miłego, gdy się im zapłaci. Ale mnie nie zależy na ich uwadze.

Kolejny kreatywny pomysł, tym razem na rozreklamowanie produktu. Niby używanie blogerów to już „klasyk”, ale tu zrealizowany w kreatywny sposób (bez rozsyłania darmowych egzemplarzy). No i… skutecznie!

Czuje się pani projektantką mody?

InnowacjaWiem, co mi się podoba. Ważne jest dla mnie, by rzecz była dobrze zrobiona i miała historię. Druga torba, którą przywiozłam do Poznania, nie jest torbą w zwykłe lamparcie cętki. Wzór cętek zaprojektowali John Dove i Molly White w latach 70., protestując w ten sposób przeciw używaniu w modzie prawdziwych lamparcich skór. Pomyślałam, że wspaniale byłoby się z nimi porozumieć i wyprodukować torebki w ten deseń. Każdy, kto kupi torbę z serii, znajdzie w środku krótką historię nadruku. Zrobiliśmy też torebki na stulecie Chelsea Flower Show. To ważne wydarzenie, Brytyjczycy kochają ogrody. Show transmituje telewizja, ludzie walczą o złote medale. Studiowałam botanikę, wymyśliłam torebki w kolorach roślin.

A te fluorescencyjne, z którymi trzy lata temu paradowały blogerki podczas nowojorskiego tygodnia mody?

TorebkiParę miesięcy wcześniej skontaktowała się ze mną redakcja „Elle”. „Myślimy, że lato przyniesie modę na jasne kolory. Czy zrobiłabyś coś bardzo jasnego?” – zapytali. Widziałam na targach fluorescencyjne skóry, ale nie byłam pewna, czy mówiąc „jasne”, mają na myśli coś takiego. Zaryzykowałam. Zrobiłam neonowe torebki w kolorze pomarańczowym, różowym, żółtym i zielonym i wysłałam im do biura. Zadzwonił telefon: „Są niesamowite! Wszyscy są nimi zachwyceni!” – chwalili. To są ludzie, którzy znają się na modzie, więc postanowiłam zrobić więcej takich toreb.

Ciekawe pomysły na innowacyjne projekty. Trzeba stale „uciekać do przodu”. Coś wymyślać. Być innowacyjnym. Nie spać!!!

Nie zawsze było różowo. Zdradził panią producent.

Dużo dzięki temu się nauczyłam. Chciałam pracować z brytyjskimi manufakturami, dawać im pracę. Miałam czterech producentów, lecz nie wyrabiali się z zamówieniami, a z różnych Konkurencjawzględów nie chcieli powiększać zakładów. Rozejrzałam się za piątym. Fabryczka, którą znalazłam, miała problemy, zwalniała ludzi. I choć nigdy nie szyli toreb, postanowiłam, że dam im pracę i pomogę się dźwignąć. Przekazałam całe know-how, wzory, nawet skórę, bo mieli problem z przepływem gotówki. Trzy miesiące później zadzwoniła do mnie znajoma blogerka – Liberty London Girl. „Właśnie dostałam torbę i z całą pewnością jest to Cambridge Satchel. Ale na metce jest napisane » Zatchels «. Zmieniasz nazwę?” – dziwiła się. Nie zmieniałam nazwy. Następnego dnia zadzwonił ktoś z tej nowej fabryki. „To pani jest tą kobietą z bokserem?” – zapytał, bo ja wszędzie podróżowałam z Rupertem. „Biorę udział w czymś dziwnym i czuję, że to nieuczciwe. Ludzie, dla których pracuję, używają waszych materiałów i każą nam szyć z nich torby, które nazywają » Zatchels «” – wyznał. Weszłam do internetu. Znalazłam wielkie zdjęcie swojej torby z podpisem: „Zatchels, nowa firma już wkrótce”. To był mój producent!

Jak jesteś „dobry”, skuteczny, „udany” – to będą cię chcieli naśladować. To pewne. W sposób fair ale i pewnie także w sposób nie fair. To tylko kwestia czasu. Masz to „jak w banku”! Licz się z tym. I… uciekaj do przodu. Musisz być od nich lepszy, mieć większy wybór, lepszą jakość, sposób obsługi klientów itp. Inaczej się nie da.

Jak pani zareagowała?

To był szok. Traktowałam tych ludzi uczciwie, spotykałam się z nimi bardzo często i w życiu bym się nie domyśliła, że za moimi plecami robią coś okropnego. Zastanawiałam się nad sobą: może coś ze mną nie tak? Nie potrafię ocenić ludzkiego charakteru? To był trudny czas. Pojechałam do nich, zabrałam całą naszą skórę i oznajmiłam, że już więcej nie będą dla nas szyć. W kolejce czekało 38 tys. zamówień. Właściciel manufaktury popatrzył lekceważąco: „Głupia kobieto, przecież nie masz wyboru”.

SądTo mnie rozwścieczyło. Miałam wybór. To wtedy powiedziałam mężowi: „Zakładam fabrykę”. Gdy patrzę wstecz, dochodzę do wniosku, że była to najlepsza decyzja. Większość pracowników manufaktury, która mnie oszukała, skontaktowała się ze mną w ciągu kilku dni i dziś są oni rdzeniem naszej firmy. Mam całkowitą kontrolę nad tym, co się dzieje, nie muszę czekać w kolejce z zamówieniami. Poszłam do sądu, dogadaliśmy się. Dostałam pieniądze, które pozwoliły mi otworzyć pierwszy sklep. Zatchels działa dalej, ale nie będę się procesować. Łatwo się wciągnąć w mechanizmy zemsty i walki. Lepiej myśleć do przodu. Ludzie z Comme des Garçons, Vivienne Westwood czy John Dove i Molly White współpracują z nami, nie z naśladowcami.

Z niektórymi (czasami) możesz się odważyć iść do sądu, ale to skrajna, kosztowna i ryzykowna metoda. Ale prawnicy tylko na to zacierają ręce. Oni z tego żyją.

Chce pani ożywić zawody rzemieślnicze.

To bardzo ważne, by kraj miał swoje rzemiosło, swoje manufaktury. Smutno jest patrzeć, gdy giną całe gałęzie przemysłu, bo ktoś stwierdził, że daną rzecz można taniej zrobić za morzem. Gdy coś już raz zniknie, niełatwo to przywrócić. Do swojej fabryki sprowadzam maszyny z Azji, choć zostały wyprodukowane w Wielkiej Brytanii. Czuję się dumna, że dzięki mnie wróciły do domu, tak samo jak z tego, że moje torby są od początku do końca brytyjskie. Cenię nowe technologie prawdopodobnie bardziej niż przeciętny człowiek. Ale fachowych, staromodnych umiejętności nie da się w żaden sposób zastąpić. Kiedy otwieraliśmy fabrykę, wielu naszych najbardziej wprawnych pracowników dzieliło od emerytury pięć lat. Oczywiście, mogą zostać tak długo, jak im się podoba, jestem szczęśliwa, że są z nami. Mam jednak świadomość, że szycie skóry to ciężka fizyczna praca, i nie zdziwię się, jeśli przejdą na emeryturę, gdy tylko to będzie możliwe. Potrzeba nam świeżej krwi. Ja poszłam na Cambridge, bo mam świetną pamięć i uwielbiam zdawać egzaminy, ale przecież nie każdy musi kończyć uniwersytet. Zachęcam więc młodych ludzi, by przyszli do nas i uczyli się zawodu.

Promowanie biznesuSpędzam dużo czasu, jeżdżąc po szkołach. W pewien piątkowy poranek rozmawiałam z grupą sześciuset 17- i 18-latków. Cóż za onieśmielający poranek. Zachęcałam ich, by uwierzyli w to, co chcą robić. Ja mam dużo szczęścia, bo mocno mnie wspiera rodzina, szczególnie mama. Gdybym powiedziała jej, że chcę zbudować rakietę i polecieć na Księżyc, powiedziałaby: „Świetnie, dasz radę. Nie potrzebujesz jakichś szczepionek?” – i upewniłaby się, kiedy lecę. Przekonuję nastolatków, że biznes można założyć w każdej chwili, nawet chodząc do szkoły. Wieczorem, zamiast spędzać czas przed telewizorem – tworzyć stronę, zastanawiać się nad nazwą i logo, przeglądać internet, badać konkurencję. Wielu ludzi ma pomysł na firmę, ale rezygnuje, twierdząc, że są za młodzi/za starzy/mają pracę.
Teraz oprócz zajmowania się firmą, promuje wśród ludzi otwarte podejście do biznesu. I namawia, aby sobie łatwo nie znajdywać wymówek, że się nie da.

Nie wykorzystała pani dziewięciu pozostałych pomysłów na firmę. Co z nimi będzie?

Nie mogę ich zdradzić, bo nie wykluczam, że w którymś momencie ich użyję. W tej chwili myślę o trzech.

I nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, co do innych swoich pomysłów…

Sprzedała pani część udziałów w firmie. Ma pani pieniądze, będzie łatwiej.

Obrót firmyWzięłam na partnerów grupę inwestycyjną, bo przechodząc z 30 mln funtów obrotu do 100 mln funtów, dobrze jest mieć przy sobie ludzi, którzy już przechodzili ten proces. Jakaś część mnie podpowiada jednak, by nową firmę znów zakładać z 600 funtami. Gdy masz więcej pieniędzy, możesz więcej stracić. Myślę, że 600 to moja szczęśliwa liczba.

To już skala, która wymaga profesjonalizmu korporacyjnego. Obrót 100 mln funtów ???!!!! To pół miliarda złotych. I to nie jest firma będąca portalem internetowym – prawdziwa produkcja w tradycyjnym stylu!

Julie Deane gościła w Poznaniu z okazji Art & Fashion Forum. Tegoroczna edycja wydarzenia poświęcona była związkom mody i technologii

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.