Przedszkole – popularna usługa lokalna

W miastach, a częściowo także i na wsi, jesteśmy otoczeni „lokalnymi dostawcami popularnych produktów i usług”. Sklepy spożywcze są wszędzie i stacje benzynowe są wszędzie. Także kawiarnie i restauracje. Lodziarnie i przedszkola. Szewcy, kluby fitness i pralnie. Fryzjerzy i pizzernie. Kina i teatry. Dziś przedstawimy przykłady 3 przedszkoli z Warszawy. Wszystkie niby podobne, ale każde trochę inne. Aw dodatku popyt gwarantowany. Nie trzeba nic wymyślać. Pomysły i biznesplany leżą praktycznie gotowe.

O przedszkolach pisaliśmy już kiedyś (wpis z 19 lutego 2015). Pokazywaliśmy wtedy przykład pani Ewy z Gdańska, która wymarzyła sobie idylliczne przedszkole w uroczym lasku w centrum Gdańska. A do tego kawiarnia dla rodziców. Tyle tylko, że przedsięwzięcie było jakoś chybione: nie tak przygotowane, nie w tym miejscu, nie na tych zasadach.

Dziś warszawski przykład trzech przedszkoli. Choć ich podstawowa formuła jest niby podobna, w końcu podejmują się całodniowej czy półdniowej opieki nad dziećmi, to już szczegóły bywają skrajnie odmienne. Jedne są częścią sporego przedsiębiorstwa, w którego skład wchodzi kilkanaście placówek, zarówno prywatnych przedszkoli, jak i żłobków czy nawet szkół podstawowych. Inne są bardziej w tym względzie typowe i działają w pojedynkę. Są takie, które celują w zamożniejszego i bardziej wymagającego klienta. Wchodzą wówczas w grę zajęcia z opiekunem angielskojęzycznym, zestawy jedzeniowe dostosowane do indywidualnych preferencji (np. wegetariańskie czy bezmleczne) oraz niewielkie, kilkunastoosobowe grupy. W innych bardziej typowych, jedzenie w jednym wariancie przygotowywane jest na miejscu, a bywa i tak, że zakłada się przynoszenie ze sobą przez dzieci drugiego śniadania do przedszkola. Są takie, w których stawia się na samodzielny, indywidualny rozwój dziecka i stosuje się elementy pedagogiki Waldorffa, są też takie, w których obowiązuje bardziej rygorystyczny sposób wychowywania.

Wszystkie one łączy fakt, że w większości miast samorządy dofinansowują placówki przedszkolne, także prywatne. Wspólne jest także to, że jeśli przedszkole cieszy się dobrą opinią, to ma zwykle listę oczekujących, bo chętnych jest więcej niż miejsc.

A na koniec tylko przypomnienie, że żadne prywatne przedszkole, jak też i żaden inny prywatny biznes, nie daje gwarancji sukcesu. Dochodzi się do niego stopniowo, konsekwencją i jakością usług oraz trafioną ofertą. Więc przytaczany wcześniej (19.02.2015) artykuł o pani Ewie, której przedszkole raczej nie udało się, należy mieć przed oczyma także wtedy gdy myślimy o założeniu własnego. Lepiej przecież się uczyć na cudzych błędach, bo popełnianie własnych jest bardziej bolesne…

Xxxxxxxxxxxxxx

xxxxxxxxxxxxxxx

Prywatne przedszkole. Biznes czy sposób na życie?

Karolina Słowik      06 lutego 2017 | 01:03

http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,21331860,prywatne-przedszkole-biz-nes-czy-sposob-na-zyc

Karolina Słowik      06 lutego 2017 | 01:03

http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,21331860,prywatne-przedszkole-biz-nes-czy-sposob-na-zyc

Czesne od rodziców i dotacje z gminy pozwalają na prowadzenie prywatnych przedszkoli. Ale, jak mówią właściciele takich placówek, nie jest to łatwy biznes. Rodzice są bardzo wymagający i szybko można stracić ich zaufanie. Trzeba starać się wyróżniać – bogatym programem, szczególną atmosferą.

Przeszklony, nowoczesny 40-piętrowy biurowiec klasy AAA w centrum biznesowym Warszawy. Z metra Rondo ONZ i parkingu ciągną rano w markowych płaszczach pracownicy korporacji. Niektórzy prowadzą za rękę swoje dzieci. Najpierw przez elegancką recepcję do windy. Zatrzymują się na pierwszym piętrze, zostawiają maluchy w Pomarańczowej Ciuchci, a potem jadą wyżej – do banku inwestycyjnego albo kancelarii prawnej.

Przedszkole dla pracowników korporacji
– To idealne miejsce dla rodzica z korporacji. Jadąc do pracy, można wykorzystać cenny czas i porozmawiać z dzieckiem. Zostawić je u nas o 7.30, a potem odebrać o 18. Dzieci są blisko, kilka pięter pod miejscem pracy. To duży komfort – zachwala Magdalena Muńko-Stypułkowska, dyrektorka przedszkola i żłobka Pomarańczowa Ciuchcia. – Zainteresowanie jest ogromne, miejsca u nas rezerwują dla swoich dzieci już kobiety w ciąży – dodaje.

Przedszkole i żłobek powstały w biurowcu Rondo 1 trzy lata temu. Najpierw uzbierało się pięciu chętnych, teraz dzieciaków jest blisko 90. To nie tylko dzieci pracowników okolicznych biur. Niektórzy dojeżdżają z innych części miasta. Rodziców przyciąga nie tylko lokalizacja i wygoda, ale też to, że każdą grupą wiekową zajmują się dwie nauczycielki – jedna mówi do nich po polsku, druga po angielsku. Oprócz tego mają też zajęcia dodatkowe z hiszpańskiego, szachów, kurs pisania i czytania oparty o glottodydaktykę (naukę zajmującą się nauczaniem i uczeniem się języka), taniec z elementami baletu, judo, własne programy matematyczne, przyrodnicze, prozdrowotne.

– To nie chwyt reklamowy. Dzieci po ukończeniu naszego przedszkola potrafią czytać i pisać po polsku, komunikować się i wyrażać potrzeby w języku angielskim. Są zanurzone w języku obcym, mogą się nim posługiwać podczas zabawy. Wszyscy pracownicy są zaangażowani w swoją pracę. Ja też nie siedzę zamknięta w gabinecie. Zajęcia z hiszpańskiego prowadzę osobiście – tłumaczy dyrektorka. – Grupy są maksymalnie 18-osobowe. Nie tak, jak w przedszkolach publicznych: ponad 25 dzieci w jednej grupie i jedna opiekunka – dodaje.

Za miesiąc w takim przedszkolu trzeba zapłacić ponad 1,5 tys. zł. Ale cena chętnych nie odstrasza. Na liście rezerwowej jest już 30 maluchów. Oferta przyciąga też dzieci ekspatów (za słownikiem PWN: wysokiej klasy specjaliści, pracujący poza swoją ojczyzną). Do Pomarańczowej Ciuchci przychodzi m.in. Brytyjka, Portugalczyk, Francuz, Włoszka i Saudyjka.

Wyżywienie mają zapewnione. Jakie chcą: wegetariańskie, dieta bezglutenowa czy bezmleczna. – Rodzice są coraz bardziej świadomi i cieszą się, że dzieci dostają kiełki na pełnoziarnistej kromce albo cykorię – uśmiecha się dyrektorka. Tego, czy dzieci też się z cykorii cieszą, nie wiadomo. – Dzieci przyzwyczajają się do nowych smaków – komentuje dyrektorka.

Przygotowywaniem zdrowych obiadów jednak nie musi się martwić. – Tu wspomaga nas własna kuchnia. Obiady do centrum przywożone są z najbliższej placówki Pomarańczowej Ciuchci, która łącznie liczy kilkanaście przedszkoli.

Pomarańczowa Ciuchcia to 13 przedszkoli (niektóre mają oddziały żłobkowe) i dwie prywatne szkoły podstawowe. Działają w ośmiu dzielnicach Warszawy – na Bemowie, Bielanach, Białołęce, Mokotowie, w Śródmieściu, Wilanowie, Włochach, Ursusie) i w czterech podwarszawskich miejscowościach. Na rynku istnieją 21 lat. W 1996 roku zakładali jedno z pierwszych prywatnych przedszkoli. Dziś mają pokaźne struktury: dział ds. marketingu, finansów, kadry, księgowości. Zatrudniają ponad 200 nauczycieli, instruktorów, psychologów, dietetyków, pielęgniarek, nawet pediatrów. Specjalnie opracowany program językowy i dydaktyczny wykorzystywany jest we wszystkich placówkach. Dyrektorzy poszczególnych oddziałów mogą decydować o ich urozmaiceniu – jak w przypadku zajęć z hiszpańskiego w przedszkolu w biurowcu Rondo 1.

Pomoc z ratusza
Placówki utrzymują się z czesnego, dostają też dofinansowanie z miasta. Ale tylko na przedszkole. W przypadku żłobka mogą liczyć jedynie na pieniądze od rodziców.

Na dotowanie niepublicznych żłobków przez samorząd pozwala ustawa z kwietnia 2011 r. Gdańsk dopłaca 200 zł do dziecka w żłobku i 100 zł do malucha w klubiku. Kraków dokłada 1,7 zł do każdej godziny pobytu malucha w prywatnej placówce. Warszawa do tej pory nie zdecydowała się na takie rozwiązanie. Ratusz organizuje konkursy na opiekę nad maluchami dla placówek niepublicznych. Finansuje też prywatne żłobki w ośmiu dzielnicach, gdzie „wykupuje” miejsca dla tych, którym nie jest w stanie zapewnić miejsca w placówkach publicznych. W latach 2014-16 wydał na ten cel ok. 7 mln zł, a w latach 2016-18 – 10 mln.

Ale to dlatego, że miejsc w publicznych żłobkach jeszcze brakuje. Zamiast jednak finansować przedsiębiorców i ulżyć rodzicom, prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła niedawno „Warszawski bon żłobkowy” – każdy, kto spełnia kryteria (płaci podatki w Warszawie, a jego pensja nie jest bardzo wysoka), może dostać miesięcznie 400 zł na prywatny żłobek.

Z kolei wypłatę dotacji z miasta dla niepublicznych przedszkoli ustawa zapewnia. Warszawski ratusz mógłby płacić więcej niż 75 proc. kwoty, jaką miasto daje na dziecko w placówce publicznej, ale się na to nie zdecydował. Teraz właściciele warszawskich prywatnych przedszkoli dostają ok. 750 zł miesięcznie na każdego przedszkolaka.

Jeden z właścicieli Pomarańczowej Ciuchci i zarazem członek zarządu Stowarzyszenia Przedszkoli Niepublicznych jeszcze kilka lat temu narzekał na łamach „Gazety Wyborczej”, że miasto obniża dotacje: pomija kwestie tzw. wsadu do garnka, księgowości, szkoleń nauczyciel. – A przecież przedszkole to małe przedsiębiorstwo, nasze rachunki musimy opierać na konkretnych danych – mówił Mirosław Sławek.

Ratusz nie chce przyznać mu racji. Urzędnicy uważają, że rekompensata, której domaga się SPN, to koszty, które w przedszkolach publicznych finansują rodzice (wsad do garnka), lub takie, którymi są obciążone inne podmioty (księgowość i szkolenia nauczycieli).

O tym, ile miesięcznie wydaje na personel i wyżywienie, prezes Pomarańczowej Ciuchci mówić nie chce. Jednak dyrektorka przedszkola i żłobka z biurowca Rondo 1 przyznaje, że wybrała sektor prywatny, bo zarobki są po prostu wyższe.

Pomarańczowej Ciuchci udało się stworzyć skutecznie działające przedsiębiorstwo. W tym roku zdobyli tytuł „Super żłobek 2016” przyznawany przez rodziców z Warszawy. A w latach 2012 i 2015 dwukrotnie zdobyli tytuł Gazeli Biznesu (w konkursie dziennika „Puls Biznesu”) jako „średniej wielkości firma, która rozwija się bardzo dynamicznie”. Ich usługa jest pożądana na rynku. Nie chodzi tu o ofertę oryginalnych zajęć dodatkowych (w przedszkolach publicznych w Warszawie też oferuje się zajęcia sportowe czy z językiem angielskim). Większym problemem miasta jest to, że miejsc w państwowych placówkach wciąż jest mało. W tym roku w Warszawie w kolejce do żłobka czeka aż 10 tys. maluchów. I tę nadwyżkę może przyjąć ponad 260 niepublicznych żłobków, a w późniejszych latach ok. 330 prywatnych przedszkoli.

Odkupiony żłobek i budowanie zaufania rodziców
– Ale nie tylko długie kolejki do żłobków publicznych pozwalają prowadzić nam biznes, a potrzeby rodziców – mówi Magdalena Czub-Piotrowicz, właścicielka żłobka Tuptusie. To kameralna, samodzielna placówka na warszawskim Mokotowie. Działają od godz. 7 do 18. Mają pod opieką 15 dzieci w wieku od roku do trzech lat. Zatrudniają trzy opiekunki. – Zdecydowałam się otworzyć żłobek, gdy okazało się, że mój synek na publiczny żłobek będzie musiał długo czekać. Mimo że zarejestrowaliśmy go w trzecim miesiącu życia, cały czas byliśmy na 241. miejscu na liście oczekujących – opowiada.

Na co dzień pracuje z ludźmi (z wykształcenia jest pielęgniarką), lubi dzieci, więc przekonała męża. Lokalu z miejscem na plac zabaw szukali kilka miesięcy – bezskutecznie. Dodatkowo odstraszały ich wyśrubowane wymogi ustawowe: odpowiedni metraż, wyposażenie, poświadczenie od sanepidu. Zdecydowali się więc odkupić gotowy żłobek od kogoś, kto już nie chciał pracować w tej branży.

– Żłobek Tuptusie miał wpis do rejestru żłobków, lokal był już „odebrany”, więc ta część nas ominęła. Ale to miejsce nie cieszyło się dobrą opinią, więc i tak nie było łatwo. Chociaż lokalizacja na Mokotowie, blisko metra, dobrze rokowała – opowiada pani Magdalena.

Na start mieli 100 tys. zł. Odmalowali ściany, odnowili sanitariaty, szatnię, bawialnię, sypialnię, przeorganizowali plac zabaw i zostało jeszcze na kilkumiesięczne pensje dla personelu. Wszystkie opiekunki Tuptusiów pracują na podstawie umowy o pracę. Pani Magda mówi, że daje im to gwarancję w miarę stałej kadry. Bieżące opłaty regulują z czesnego (1100-1700 zł z wyżywieniem, w zależności od czasu, jaki dziecko spędza w żłobku). Dotacji od miasta przecież nie ma. Wynagrodzenie pracowników pochłania najwięcej – aż 45 proc. wszystkich kosztów, materiały do zajęć i środki czystości trochę mniej – 20 proc., a czynsz i media – 18 proc.

– W pierwszym semestrze opiekowaliśmy się ósemką dzieci, co nie pozwalało nam na pokrycie bieżących kosztów utrzymania placówki. Komplet mieliśmy dopiero po pół roku. Ale odnowiliśmy wszystko, założyliśmy stronę na Facebooku i rodzice zobaczyli, że coś się tu zmienia. Zaufali nam. W sierpniu zeszłego roku był już boom i od tego czasu wciąż wpisujemy chętnych na listę rezerwową – cieszy się właścicielka.

Klientów przyciągnęły nie tylko odnowione pokoje, ale też zajęcia muzyczne, plastyczne, sensoryczne, sportowe, kulinarne i nauka języka angielskiego. – Naszymi klientami są głównie młodzi rodzice, których dzieci w większości nie dostały się do państwowych żłobków albo są bardzo daleko na liście oczekujących – tłumaczy pani Magda. – W takiej działalności jak nasza nie wystarczą dobre chęci. Trzeba mieć dobry pomysł na spędzanie czasu z dziećmi. Współcześni rodzice są bardzo wymagający – podsumowuje.

Przedszkole, które nie potrzebuje szyldu
Szyldu nie ma. Trzeba wejść między niskie bloki i nacisnąć guzik domofonu. Za progiem trzeba zdjąć buty, dostaniesz wysłużone kapcie. Wręcza je niezwykle energiczna starsza kobieta. – Już 38. rok prowadzę to przedszkole – mówi Bogna Neumann i prowadzi do dużej, widnej sali z miękkim dywanem. Bawią się na nim same dziewczynki.

– Mamy miejsce na 18 osób. W tym roku przyszło do nas 12 i akurat nie było żadnego chłopca. Trochę mało – martwi się pani Bogna. Ale mówi, że brak szyldu nie ma tu nic do rzeczy. Zwykle wieść o przedszkolu Pod Myszką rozchodzi się pocztą pantoflową. Działają od 7 do 14, dziećmi zajmują się trzy opiekunki.

– Na początku opiekowaliśmy się tutaj dziećmi przyjaciół. Przychodziły na cztery godziny w tygodniu. To był mój sposób na utrzymanie dużego mieszkania. Wcześniej w tej bawialni była pracownia plastyczna mojej mamy. Po jej śmierci musiałam poradzić sobie z utrzymaniem i mieszkania, i mojej półtorarocznej córki. Jako przedszkolanka dostałam pozwolenie od władzy ludowej na otwarcie prywatnej placówki – opowiada.

Teraz przychodzą nie tylko dzieci znajomych i sąsiedzi. Przyjeżdżają też z innych dzielnic Warszawy – Bielan, Bemowa. – Szyldu wciąż nie ma, ale stronę na Facebooku prowadzę. Całkiem dobrze się przy tym bawię – śmieje się pani Bogna.

– Jesteśmy bardzo kameralni. Dzieci nazywają nas ciociami. My pozwalamy im na dużo swobody, w myśl pedagogiki waldorfskiej. Polega to na tym, że dostrzegamy nie tylko aspekt ilościowy, ale też jakościowy rozwoju dziecka. W naszym pojęciu wiek przedszkolny to czas, w którym dziecko powinno działać, czyli bawić się tak, jak chce: budować domki pod stołem, gotować zupę z szyszek i kasztanów, a nie siedzieć nad zajęciami z angielskiego i nad kolorowankami. My dajemy im czas i spokojny rozwój. Nie boimy się, że coś im odbieramy. Mamy sygnały, że potem w szkole nasze dzieci są bardzo twórcze i społecznie dobrze zorganizowane.

A mają kontakt, bo absolwenci wciąż ich odwiedzają. To wpadną na jasełka, to na kawę. – Taki czterdziestoparoletni absolwent czasem wpada i pyta: „Ciociu, jaki to ja znaczek w szatni miałem?” – śmieje się pani Bogna. – Teraz przyprowadza swoje wnuki – dodaje.

Przedszkole Pod Myszką utrzymuje się z czesnego: 600 zł na miesiąc za cztery godziny opieki dziennie. Ale bez wyżywienia. Sanepid nie pozwolił. Proponowali im katering pudełkowy, ale „to zaśmiecanie środowiska”. Dzieci biorą ze sobą drugie śniadanie, a na obiad wracają do domu. Dużą pomocą są też miejskie dotacje. – Bez tego nie moglibyśmy działać – przyznaje właścicielka. – Ja jestem absolutnie antyekonomiczna i antybiznesowa, nie znam się na tym, a jakoś to działa. Czasem komuś opuścimy czesne, czasem pomożemy, a i tak dajemy radę.

Konkurencja ich nie wykańcza, mimo że z okna obserwują, jak radzi sobie pięknie odnowione prywatne przedszkole brytyjskie. – Kiedyś w tym budynku było przedszkole dla dzieci na wózkach. Żyliśmy w wielkiej przyjaźni. Często odwiedzaliśmy ich ogród. Odkąd sprowadziło się tu brytyjskie – nie byliśmy ani razu. To zupełnie inna filozofia. My byśmy chcieli, żeby nasze dzieci mogły swobodnie pobiegać, podłubać w ziemi, a nie uczestniczyć w półgodzinnych, zorganizowanych zajęciach sportowych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.