W pogoni za marzeniami

Niejednemu z nas zdarzyło się, że przez głowę przemknęła mu myśl: „a może by rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?”. Tam gdzie wszystko jest proste, gdzie wokół ciebie tylko natura i podobni do ciebie ludzie? Z drugiej strony, niejednej kobiecie przychodził może do głowy czasem pomysł, aby spróbować sił w tradycyjnie męskim zawodzie. Dlaczego w końcu nie miałoby nas (kobiet) tam być? – pytają. A gdyby obie te tęsknoty połączyć? Dwa w jednym? Jak „wash & go” w telewizyjnej reklamie szamponu?

Hasło „wyjechać w Bieszczady”, rozumiane jako „ucieczka od wszystkiego”, zaczęcie wszystkiego od nowa, padało w Polsce szczególnie w latach 60-tych i 70—tych, kiedy Bieszczady, góry w południowo-zachodnim zakątku Polski, były symbolem surowej przyrody mało tkniętej cywilizacją. Był to oczywiście tylko mit. W sezonie na popularnych bieszczadzkich szlakach widać było tysiące turystów, choć zimą faktycznie na śniegu zdarzało się widywać ślady wilków. Później, w latach 80-tych, podobną rolę mitycznej „dzikiej krainy” przyjął Beskid Niski. Mówiło się wtedy, że na szlakach Beskidu Niskiego spotkasz dziwaków, drwali albo… więźniów odbywających końcówkę swojej kary w półotwartych zakładach.

W polskim tłumaczeniu ukazała się właśnie książka francuskiej autorki Catherine Poulain zatytułowana „Wielki marynarz”. Choć autorka zbliża się już do 60-tki, a książka jest jej pisarskim debiutem, na pisarkę i jej debiutanckie dzieło spadł grad nagród. Tymczasem autorka książki mieszkała jeszcze do niedawna w przyczepie kempingowej we francuskich górach i wypasała owce.

Dla tych, którym trafiają się w życiu westchnienia choćby w jednym z wymienionych wcześniej tematów, będzie to chyba ciekawa lektura. Jej pełen kontekst da się odczuć dopiero po przeczytaniu wywiadu z autorką (zamieszczam poniżej). Bardzo nietypowa (zwariowana, powiedzielibyśmy potocznie?) młoda Francuzka wyjeżdża w latach 80-tych z rodzimej Francji w poszukiwaniu przygód, szczęścia i wolnego świata. Ten wolny świat znajduje nie w Azji, na co pierwotnie liczyła, ale na Alasce, wśród rybaków i poławiaczy krabów pracujących w ekstremalnie  trudnych warunkach. Spędziła wśród nich ponad 10 lat, a pisarski zapis tego pobytu przekazuje w książce.

Książka jest naturalistycznym opisem realiów tego typu pracy i tego typu życia oraz ludzi, których taka praca pociąga. Choć są w niej elementy romantyzmu i sporo w niej kontaktu z dziką przyrodą, to jednak dominuje atmosfera surowych, czasem nawet brutalnych ludzi, słabo opłacanych i zwykle bez stabilnej sytuacji osobistej, często rozbitków życiowych, topiących swoje kłopoty w alkoholu. Kolorytu książki dopełnia sposób w jaki młoda, zawzięta, cudzoziemska kobieta zdołała stworzyć sobie miejsce w tym bardzo męskim świecie.

Polecam.

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Catherine Poulain, autorka „Wielkiego marynarza”: Nie ma w życiu niczego ważniejszego od pokory. To dała mi Alaska

Michał Nogaś

02 września 2017 | 00:02

 

Dopiero na Alasce, gdzie stałam się nikim i musiałam zacząć wszystko od nowa, zaczęłam życie na nowo. Rozmowa z Catherine Poulain, autorką „Wielkiego marynarza”.

Catherine Poulain (1960) zadebiutowała w wieku 56 lat powieścią „Wielki marynarz”, która sprzedała się w kilkuset tysiącach egzemplarzy. Poulain opisała w niej swoją ponad- dziesięcioletnią, nielegalną pracę rybaczki na kutrach na Alasce. Po deportacji z USA wróciła do rodzinnej Prowansji, gdzie pasie owce i pisze

Aix-en-Provence, gdzie rozmawiamy, mówią o tobie: nasza pasterka i rybaczka, która niespodziewanie stała się gwiazdą francuskiej literatury.

Przed laty, jeszcze jako młoda dziewczyna, pisałam krótkie opowiadania, ale wstydziłam się pokazać je komukolwiek. Jednak przez całe dorosłe życie pomysł, by zostać pisarką, tlił się w mojej głowie. Po latach prób udało mi się przekonać jednego z wydawców.

Wiedziałam, że chcę opisać historię rybaka, tytułowego wielkiego marynarza, którego poznałam podczas pracy na kutrach rybackich na Alasce. Był nieprzeciętnym człowiekiem. Wielkim, postawnym, ale wyjątkowo wrażliwym i złamanym przez życie. Zdaniem wielu jego kolegów – przegranym, zniszczonym przez duchy, z którymi musiał walczyć. Często smutek topił w alkoholu. We mnie budził jednak podziw codzienną walką o przetrwanie.

Zorientowałam się, że nie będę w stanie napisać tej opowieści bez opowiedzenia także swojej historii.

Dziewczyny, która uciekła z Prowansji na koniec świata, by pracować w świecie całkowicie zdominowanym przez mężczyzn.

Alaska przytrafiła mi się dopiero po 12 latach tułaczki! Wyjechałam z domu, gdy miałam 20 lat. Ciągnęło mnie do świata, do innych ludzi, do miejsc odmiennych od Lazurowego Wybrzeża pełnego słońca i uśmiechniętych twarzy.

Wszyscy przestrzegali mnie, że to niebezpieczne. Odpowiadałam: w moim rodzinnym Manosque, tak znakomicie opisywanym przez Jeana Giono, jest równie niebezpiecznie, tu także można zginąć każdego dnia. Widziałam wystarczająco dużo tragedii, które rozegrały się tuż obok mojego rodzinnego domu, by nie dać się zatrzymać.

Ruszyłam do Azji. Stale byłam w ruchu, ciągle chciałam coś za sobą zostawiać, iść dalej, poznawać. Być może szukałam czegoś mistycznego i, paradoksalnie, znalazłam to w najbardziej nieprzyjaznym miejscu.

Co to było?

Życiowa mądrość, której nie znalazłam w Azji, gdzie przede wszystkim zetknęłam się z biedą, nędzą, niesprawiedliwością i niezrozumieniem. Tam patrzono na mnie jak na ekstrawagancką panienkę z bogatego świata, która spełnia swoje kaprysy. Padłam ofiarą stereotypów, które rządzą naszym światem. Tym światem, z którego chciałam uciec.

Dopiero na Alasce, gdzie stałam się nikim i musiałam zacząć wszystko od nowa, zaczęłam życie na nowo.

Musiałam uczyć się od innych i nabywać doświadczenia. To jest właśnie ta mądrość, której szukałam.

Jak byś ją nazwała jednym słowem?

Pokora. Nie ma w naszym życiu niczego ważniejszego od pokory. To dała mi Alaska.

Dlaczego właśnie to miejsce?

Ponieważ jest dzikie i nieprzewidywalne. Na Alasce – jako mieszkaniec, nie jako turysta – nigdy nie możesz być pewny tego, co nadejdzie. Typowo męski świat, w którym na co dzień toczy się walka o przetrwanie.

Od dziecka zazdrościłam mężczyznom, że wykonują zajęcia, które podobno nie pasują do kobiet. Że mogą być drwalami, ciężko pracować fizycznie, walczyć z własnymi niedoskonałościami.

Byłam zafascynowana opowieściami o pracy rybaków, którzy całe tygodnie spędzają na morzu zdani jedynie na siebie i łaskę sił natury. Marzyłam, by dołączyć do tego świata, bo już wtedy uważałam, że płeć w niczym nie powinna nas ograniczać. Dlatego wspinałam się na słupy telegraficzne i drzewa.

O tym, że Alaska może okazać się moim miejscem, dowiedziałam się, kiedy dotarłam do USA. Podróżując przez kolejne stany, poznałam kobietę, która co roku jeździła tam na połowy łososi, zaciągała się na kutry. Po kilku rozmowach z nią już wiedziałam, że chcę się przekonać, jak to jest wypłynąć na otwarte morze i całkowicie stracić poczucie bezpieczeństwa.

W jakim sensie?

Kiedy ruszasz na połów, niewiele od ciebie zależy, dotychczasowe życie zawieszasz na kołku. Owszem, starasz się polegać na sobie, ale w bardzo dużym stopniu zależysz od innych członków załogi i od pogody.

Kiedy zaciągałam się na pierwszy statek, chciałam się dowiedzieć, jak to jest przekroczyć ostatnią granicę, dotrzeć na koniec świata. Bo my we Francji Alaskę nazywamy właśnie ostatnią granicą. Co tam można znaleźć? Śmierć? A może demony przeszłości?

Na Alasce łowiłam z wieloma weteranami z Wietnamu. Po powrocie z wojny nie mogli znaleźć sobie miejsca w dotychczasowym świecie. Tylko dzika natura, puste przestrzenie, rzadki kontakt z człowiekiem były dla nich ratunkiem.

Jak cię przyjęto na Alasce?

Jej mieszkańcy przywykli do takich dziwaków jak ja. Alaska przyciąga niespokojne dusze. Mogą rozpłynąć się w tamtejszym krajobrazie przez nikogo nie niepokojone.

A jednak mój pierwszy kapitan był zaskoczony tym, że chciałabym pracować na jego statku. Uznał, że niewysoka, bardzo drobna, zapewne wrażliwa i pozbawiona jakiegokolwiek doświadczenia kobieta do niczego się nie przyda. Co więcej, moje dokumenty straciły ważność i nie miałam żadnych szans na zdobycie legalnej pracy w Stanach Zjednoczonych. Cały mój dobytek, całe moje ówczesne życie mieściło się w małym plecaku.

A jednak zaryzykował i zabrał cię na pokład?

Tak, „zaryzykował” to dobre słowo. Nie tylko dlatego, że byłam nielegalnym pracownikiem i mogły go spotkać nieprzyjemności w razie kontroli. Zdecydował się mnie przyjąć, choć wiem, że nie spodobało się to części załogi. Kobieta kręcąca się po pokładzie i zapewne narzekająca? Podejrzewali, że będę jedynie utrapieniem, będą musieli za mnie pracować, a przecież nie wyrzucą mnie do morza. Byli samotnikami, bez dziewczyn, bez rodzin, bez nikogo bliskiego. Cały ich świat ograniczał się do statku i portu. I nagle zjawiłam się ja, z innego świata, intruz.

Na szczęście znaleźli się i tacy, którzy mi zaufali. Kapitan ostatecznie zgodził się mnie przyjąć, choć nie było mowy o pełnym wynagrodzeniu, nie dostawałam nawet połowy tego co koledzy. Zgodziłam się, bo wiedziałam, że niczego nie umiem, że nie mogę wymagać, gdy przede mną długa nauka.

Czyli pokora.

W pierwszych tygodniach pracy na kutrze byłam nikim. Niektórzy nawet nie zauważali mnie na pokładzie. Nie miałam łóżka, z koi, którą sobie zajęłam, wyrzucił mnie doświadczony rybak. Nie mogłam pisnąć słowa, wiedziałam, że to silnie zhierarchizowany świat. Znalazłam sobie miejsce pod schodami i tam kilka nocy z rzędu odpoczywałam owinięta kocami. Nie mogłam też okazać słabości fizycznej. Zagryzałam zęby i walczyłam.

Rybacy, z którymi łowiłam, nie przebierali w słowach, klęli, wściekali się, często byli bezlitośni. Ale wiesz, szybko zorientowałam się, że nie mogę brać tego do siebie. Że nie chodzi tu o szowinizm czy pogardę.

Zwracali mi uwagę w sposób niewybredny nie dlatego, że jestem kobietą, ale dlatego, że – czy tego chcieli, czy nie – stałam się częścią ich załogi, ich świata. Na statku płeć nie ma znaczenia, liczy się tylko praca. Mężczyzną i kobietą stajesz się na nowo, gdy wracasz do portu.

Jak często myślałaś, że nie dasz rady?

Nie miałam czasu na zwątpienia. Najtrudniej było, gdy czymś się zraniłam, bo nie mogłam pokazać innym, że jestem słaba. Gdy przewróciłam się na pokładzie i złamałam żebro, nie przestałam wyciągać sieci. Po prostu o wiele trudniej mi się oddychało. Gdy przekłułam sobie palec i wdało się zakażenie, starałam się myśleć tylko o tym, by nie zawieść kolegów. Ukrywałam przed nimi ranę, choć widziałam, że pręga wywołana przez zakażenie się powiększa. Czytałam kiedyś, że jeśli dotrze do serca, przychodzi śmierć. Odpędzałam od siebie tę myśl, nie chciałam, by zobaczyli, że się nad sobą użalam. Gdyby nie zdecydowana akcja kapitana, gdy już odkrył moje cierpienie, i to, że akurat znalazł się statek, który mógł zabrać mnie do szpitala, pewnie umarłabym na morzu.

W książce opisujesz, jak zjadałaś bijące jeszcze serca złowionych i patroszonych ryb. Czemu to robiłaś?

To był impuls. Zrobiłam to na samym początku pracy na statkach. Szybko uświadomiłam sobie, że bycie rybakiem oznacza zabijanie. Niewiele różni się to od bycia rzeźnikiem.

Kiedy rozcinaliśmy kolejne ryby, zauważyłam, że ich małe serca wciąż biją, wciąż żyją. Nie mogłam tego znieść, patrzyłam na te serca i mówiłam na głos, że powinny umrzeć. W końcu pomyślałam, że jeśli połknę jedno, drugie, trzecie, te zwierzęta przeżyją we mnie.

Musiał się we mnie obudzić jakiś zwierzęcy odruch. Poczułam się częścią natury. Koledzy patrzyli na mnie jak na wariatkę.

Patrzę na twoje dłonie…

Są bardzo zniszczone fizyczną pracą, wiem.

Straciłaś część palca.

Na Alasce. Po prostu go sobie ucięłam na kutrze. Pływaliśmy wtedy we dwójkę – mój ówczesny kapitan i ja. W trakcie wyławiania sieci maszyna wciągnęła moją rękawiczkę i kawałek palca. Z początku nawet tego nie zauważyłam, nie czułam bólu, tak mocno byłam skupiona na pracy. Gdy już skończyliśmy, powiedziałam do niego: „Popatrz, kawałek mojego palca zniknął”. Kapitan pobiegł po lód, przyłożył mi go do krwawiącej dłoni, a część wsypał do plastikowej torebki. Wrzucił też do niej znaleziony na pokładzie kawałek palca. Miał nadzieję, że uda się go uratować. Ale niestety, lód był brudny i gdy dopłynęliśmy do portu, nic nie dało się już zrobić. Swoją drogą ciekawe, jak reaguje czasem ludzki organizm na ogromny ból. Byłam w takim szoku, że uparłam się, byśmy przed wizytą w szpitalu poszli do baru na piwo.

Ludzki organizm jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. Do bólu, do braku snu, bo w czasie połowów nie można odpoczywać dłużej niż dwie, trzy godziny. Do tego, że poranną kawę pije się o 15, a obiad je o 3 nad ranem. Do samotności, która nie musi być przekleństwem. Jest uwolnieniem od pędzącego świata.

A miłość na statku się przydarza?

Jeśli, to jest bardzo trudna. Na morzu lepiej unikać uczuć, odepchnąć je od siebie.

Tobie chyba nie do końca się to udało. Byłaś i wciąż jesteś zafascynowana tytułowym wielkim marynarzem.

Mimo wielu wad i uzależnień był pięknym człowiekiem o pięknym imieniu – Jude. Przypominał mi bohaterów mitologii. Upadał, ale wstawał i walczył dalej.

Jak Syzyf.

Mam nadzieję, że wciąż żyje, że nie przepadł całkowicie. Gdy postanowiłam napisać książkę, której był inspiracją, próbowałam go odnaleźć. Od naszego ostatniego spotkania minęło przecież kilkanaście lat. Wysyłałam listy, ale wracały. Ktoś ze znajomych z Alaski napisał mi ostatnio, że widział go na spotkaniu anonimowych alkoholików. Przyszedł, posiedział chwilę i wyszedł.

Twoja przygoda na Alasce skończyła się po 11 latach. Nagle.

W końcu mnie dopadli, nie wiem, może ktoś na mnie doniósł? Pewnego dnia, gdy wróciłam z kolejnego połowu, służby imigracyjne już na mnie czekały. Kazali mi spakować rzeczy, co zajęło chwilę, i wsadzili do samolotu do Francji. Nie miałam nawet czasu na dobre pożegnać się z Alaską i znajomymi.

Ciężko było wrócić do domu po ponad dwóch dekadach tułaczki, ucieczki?

Całe życie uważałam się za outsiderkę. Nie chciałam mieć domu, partnera, dzieci, pieniędzy, bezpieczeństwa. Ale czas przynosi zmiany.

Po powrocie do Prowansji zostałam pasterką, wypasam owce, chodzę z nimi po górach. Poznałam mężczyznę, z którym – z wyboru – zamieszkaliśmy w przyczepie w lesie, w ciszy i spokoju. Początkowo ta przestrzeń całkowicie nam wystarczała, ale kiedy zaczęłam pracę nad książką, potrzebowałam samotności. Przeniosłam się więc do domu rodzinnego, gdzie mieszka moja siostra z rodziną, by móc pracować.

Ostatniej zimy dzięki pieniądzom zarobionym na książce kupiłam mały, bardzo stary dom z wielkim ogrodem i kawałkiem lasu. Nikt go nie chciał, widać czekał właśnie na mnie. I nagle mam swoje miejsce na ziemi, niedaleko Bordeaux.

Ale pewna myśl wciąż nie daje mi spokoju. Obserwując swoje życiowe wybory, ciągłe ucieczki, podróże, stałe zmiany miejsca pobytu, doszłam do wniosku, że powinnam przecież skończyć w schronisku dla bezdomnych. Tymczasem nagle, prawie u schyłku życia, mam własny dom!

Za „Wielkiego marynarza” dostałaś już dziesięć wyróżnień, byłaś nominowana do Nagrody Goncourtów.

To bardzo miłe, ale kłopotliwe. I czasem niezwykle śmieszne. Po raz pierwszy w życiu, gdy o książce zrobiło się głośno, musiałam pokazać się w telewizji i… umalować. Dziennikarze dzwonili z prośbą o wywiad, akurat gdy byłam z owcami w górach, zimą, i gdy mieszkałam w szałasie bez elektryczności.

A jedną z nagród przyznał mi minister pracy. Czy to nie zabawne, że dostałam ją za książkę, w której opisuję swoją pracę na czarno?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.