Nie chce mi się

Czy to nie jest odczucie, jaka często przychodzi nam do głowy? Bądźmy szczerzy! Czy tak faktycznie nie bywa? A czy może jest na to jakiś sposób?

Jakiegoś ogólnie cudownego sposobu – oczywiście – nie ma, ale jest kilka pomysłów, które dość często mogą się okazać zaskakująco skuteczne. Wielu z nas ma na ten problem swoje własne sposoby, poniżej podaję tylko trzy pierwsze przykładowe.

Bezpośrednim impulsem do napisania tego wpisu był komentarz dziennikarza i pisarza, Mariusza Szczygła, w ostatnim numerze miesięcznika „Wysokie Obcasy Extra” (tekst Szczygła przytaczam poniżej).

Rób to co lubisz – czyli o przycinaniu drzewka
Każdy ogrodnik wie co to znaczy „formować drzewko” albo krzew. Tak je korygować, aby rosło tak jak chcemy, w takim kształcie i kierunku. I tu są dwa sposoby. Z jednej strony możesz naginać już rosnące gałęzie w stronę, która ci pasuje. Efekt jest co najwyżej średni: widać ślady korekty, roślina jest mniej ładna, układ gałęzi nienaturalny. Z drugiej strony, możesz po prostu usuwać gałęzie rosnące w złą stronę, a pozostałe zostawiać, może wzmocnić, do czegoś przywiązać. Ten sposób daje zwykle ładniejsze efekty i bardziej naturalne.

Podobnie z wykonywaniem różnych rzeczy w życiu. Jeśli na siłę zmusisz się do rzeczy niechcianych, jakiś efekt będzie ale… raczej mizerny. Może da się znaleźć takie działania, które autentycznie sprawiają ci przyjemność? Może da się je wkomponować w twoje życie codzienne, w miejsce tych innych niemile widzianych?

Może tu chodzić o sport, jaki uprawiasz „aby nie zardzewieć”, może rodzaj pracy zawodowej, a może styl działania w domu? To na przykład, czy gotujesz samodzielnie czy nie, sprzątasz itp. Gdy do kwestii doboru czynności podejdziesz w ten sposób, w jakimś sensie proaktywnie, możesz zdziwić jak spory jest zakres zmian, na które masz wpływ. W przytoczonym poniżej artykule Szczygieł na pytanie czytelniczki „czy chce mu się pisać?” – odpowiada, że pisze bez przymusu bo… po prostu bardzo to lubi. I ta motywacja, obok być może innych (zarobkowych, dotrzymywanie zobowiązań itp.), bywa bezcenna.

Modyfikacje tych niechcianych czynności, których nie możesz się pozbyć
Może – dajmy na to – powinieneś chodzić na sport, za którym nie przepadasz. Albo nie cierpisz domowego sprzątania, które przypadło ci w ramach domowego podziału obowiązków. Zastanów się wtedy, czy możesz jakoś je skorygować, aby poprawić sytuację. Może na pływalni przeszkadza ci chlor, więc wybierzesz taką, gdzie woda jest ozonowana. Może podczas sprzątania włączysz sobie muzykę. Może zmienisz styl pływania i np. nauczysz się kraula. A w domu rozbijesz monotonię sprzątania podziałem na dwie części. Może wybierzesz inną porę dnia, kiedy rozpiera cię energia albo co trzeci raz zafundujesz sobie – już bez skrupułów – swoje ulubione lody. Nie ma granic na dobre pomysły, warto jednak coś spróbować zmienić, a nie tylko narzekać.

Wsparcie drugiej osoby
W przytaczanym poniżej artykule, oprócz wskazania tego, że rzeczy lubiane robi się z przyjemnością, podany jest konkretny przykład jak Mariusz Szczygieł, generalnie nie zaliczający siebie do fanatyków uprawiania sportu, poradził sobie z chodzeniem na siłownię.

Trafił na instruktora-pasjonata. Kogoś absolutnie i pozytywnie zakręconego. Przy takim kimś, po prostu „nie chciało się nie chcieć!”. Dobre towarzystwo czyni cuda! Resztę przeczytacie poniżej.

‘* * * *

Więc kiedy następnym razem pomyślisz „żeby mi się tak chciało jak mi się nie chce!” – zastanów się gdzie są te sposoby, które nadają się do ciebie i twojej sytuacji. I spróbuj ich. A jak one nie poskutkują, to spróbuj innych. Nie czekaj!

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

W prasie dzielimy ludzi na normalnych i tych, co piszą do redakcji.

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,152731,22237917,wchodzilem-na-orbitrek-i-jak-chomik-w-swojej-maszynce-galopowalem.html

List od czytelniczki:

Dzień dobry, Panie Mariuszu!

Piszę, zamiast zapytać na żywo w sprzyjających okolicznościach, bo jestem niecierpliwa i porywcza (wielokrotnie słyszałam, że to domena urodzonych w latach 90., być może…). A przecież siedzę spokojnie od ponad dwóch godzin w kawiarni i czytam „Projekt: Prawda”, i zachwycam się jej przekazem, i wzruszam, i piszę do przyjaciół, przerywając czytanie, i tak zastanawiam się… Czy Panu się czasem NIE CHCE? Nie chce pisać. Po prostu ma Pan dosyć, i już. Nie wiadomo dlaczego, ale dosyć. Czy to może jest swego rodzaju uzależnienie? Wydaje mi się, że wszyscy jesteśmy uzależnieni. Od pasji i nie tylko. Od pracy, rodziny. I ostatnio tak myślę, że przecież każdemu czasem się nie chce. Nawet z takim kunsztem słowa też może się nie chcieć. Ale to dopiero byłaby strata, jakby Panu się naprawdę długo nie chciało pisać. W sumie to nie spodziewam się odpowiedzi. Zgłoszę się po autograf. Ściskam!

Asia

Odpowiedź Szczygła:

Pani Asiu,

już miałem nie drukować tego listu w całości, bo za dużo w nim komplementów, ale ponieważ użyła Pani określenia „kunszt słowa”, pomyślałem, że skorzystam z okazji i powiem: ja z moim kunsztem przy książce „Alchemia słowa” Jana Parandowskiego jestem jak wikary przy papieżu, a przy książce „To ty jesteś Daniel” Hanny Krall – jak dziewka służebna przy królowej angielskiej. (Pomyślałem, że przy okazji podpowiem lektury).

Skoro przy pisaniu jesteśmy – to odpowiadam: TAK, zawsze mi się chce. A jak nie zawsze, to wiem, że za chwilę będzie mi się chciało, ponieważ pisanie przeszło u mnie w potrzebę organiczną. Tak jak muszę jeść, tak muszę pisać. Jestem najedzony, a już myślę, gdzie zjem następny posiłek… A może lepsze byłoby porównanie do potrzeby seksualnej? Pisanie bowiem rozładowuje mi wewnętrzne napięcia.

Przyjaciółka kiedyś coś opowiadała, a mnie zaczęły drżeć dwa palce: kciuk i wskazujący. Zetknąłem je ze sobą i wykonywałem szybkie miniaturowe ruchy. „Jezus, co się stało?! Ręka ci tak cały czas drży” – zaniepokoiła się.

Piszę, odparłem.

Co?

Piszę. Jak coś do mnie mówisz, to muszę to zapisywać. A skoro nie mam kartki, chociaż dwoma palcami w powietrzu…

Nie wiem, Pani Asiu, czy to jest uzależnienie, ale jeśli nawet, to najlepsze z uzależnień. Myślałem, że kiedy zaczęto mnie chwalić 35 lat temu za próby dziennikarskie (tak jak Pani w swoim liście), może wtedy pobudził się ośrodek przyjemności w moim mózgu i zaczął mnie uzależniać od tych pochwał? Tyle że radość mam nawet z pisania do szuflady tekstów, których nigdy nikomu nie pokazuję. Albo z takich, które nie zyskały aprobaty czytelników czy przeszły bez echa. Niedawno napisałem w „Dużym Formacie” o ukraińskim żołnierzu i nikt tego tekściku nie zauważył, o pochwałach nie mówiąc, a dla mnie to mój najlepszy felieton w tym roku. I cieszę się, że go napisałem, bo udało mi się zapisać coś, co może by umknęło. Więc to nie uzależnienie od akceptacji z zewnątrz…

Pani Asiu, wyszukałem w internecie, czym się Pani zajmuje. Pracuje Pani w klubie fitness. I to w tym, gdzie ćwiczę (stąd zdanie, że może mnie Pani zagadnąć na żywo?). Dobrze się stało, ponieważ podsunęło mi to myśl: właśnie trening jest zajęciem, którego mi się przez lata bardzo NIE CHCIAŁO podjąć. Planowałem, że przyjdę do klubu za dwa dni, przychodziłem za dwa miesiące. Wchodziłem na orbitrek i jak chomik w swojej maszynce galopowałem przez godzinę. Lepiej mi się po tym oddychało; gdy człowiek porządnie się wypoci, czuje się lżejszy i zwinniejszy. Jednak za dwa dni już mi się nie chciało wracać do siłowni, już znajdowałem przeszkody. Potrafiłem dojść do drzwi z całym ekwipunkiem i zawrócić! Aż wyczaił mnie w rogu sali (zawsze starałem się wejść na ostatni orbitrek za załomem muru) trener. Rozmowny bardziej ode mnie i sympatyczniejszy niż ja. Z takim ciężko sobie poradzić, bo nic go nie zraża. Kiedy tylko zauważył mnie na jakiejś innej maszynie, od razu powiedział, że trochę źle jej używam i chętnie pokaże prawidłowe ruchy. A może następnym razem chciałbym nauczyć się dwóch fajnych ćwiczeń… W końcu sam mu zaproponowałem treningi, bo poczułem, że wreszcie jestem w tej siłowni naprawdę.

Tak zaczęła się przygoda z moim – jak go nazywam – wuefistą, Staśkiem. Po trzech miesiącach powiedział mi, że postawił sobie za punkt honoru wyciągnięcie tego faceta z rogu sali. („Zawsze się tam chowałeś, a jak ktoś do ciebie się odezwał, od razu nieświadomie zaciskałeś dłonie”).

Pani Asiu, chce mi się ze Staśkiem ćwiczyć, choć podczas treningu daje mi wycisk straszny. Wyzywam go wtedy i krzyczę, że Hitlera mam prywatnego. Ale to tylko po to, by odreagować męczarnie. Chce mi się więc przychodzić na te zajęcia, a wcześniej mi się nie chciało. Samemu. Chce mi się, bo zobowiązałem się wobec drugiej osoby, że nie zawiodę jej wysiłków. Chce mi się, bo wszedłem w relację.

Na „nie chce mi się” często lekarstwem jest drugi człowiek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.