On i ona w nowych rolach

O tym, że wokół nas jest inaczej niż kiedyś, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Wiek XXI nie będzie pod żadnym względem taki jak wiek XX, więc jest to słuszne także w kwestii relacji pomiędzy kobietą a mężczyzną. Czy zmiana jest na dobre, czy może na gorsze, co do tego zapewne zdania są tak różne jak różni są ich autorzy. Jedno jest pewne: jest inaczej! Emancypacja kobiet sprawiła, że – generalnie – wymagania stawiano mężczyznom są większe, dotyczące bardziej zróżnicowanych elementów niż to było kiedyś, w tradycyjnym układzie rodzinnym, w którym on zarabiał i chodził na piwo z kolegami, a ona prowadziła dom i wychowywała dzieci.

Poniżej ciekawy tekst na ten temat, będący wywiadem z psychoterapeutą, Wojciechem Eichelbergerem. Daje do myślenia i pozwala lepiej zrozumieć otaczający nas świat. Zainteresowani przeczytają artykuł w całości, dla pozostałych kilka ważniejszych myśli z wywiadu.

Najpierw Eichelberger tak opisuje obecną, nową sytuację:

  • Zmiana oczekiwań kobiet w stosunku do mężczyzn jest ewidentna. Wymagania do nich są większe niż kiedyś, co oczywiście nie oznacza, że są „nieprawidłowe” (niezależnie od tego co by się pod tym pojęciem rozumiało)
  • Coraz częściej, choć oczywiście nie w większości przypadków, widzimy pary w których od mężczyzny oczekuje się wszystkiego tego co dotąd (czyli, utrzymywać rodzinę), ale także i znacznych obowiązków w domu, zarówno związanymi z dziećmi i prowadzeniem domu, jak i usługiwaniu swojej partnerce.
  • W tradycyjnej sytuacji, chłopcy rodzili się do życia mając przypisaną uprzywilejowaną pozycję w życiu, w stosunku do kobiet. Obecna zmiana jest więc ewidentnie pogorszeniem tej sytuacji. To oznacza, że na ewentualne uznanie, szacunek, pozycję i miłość musza sobie zapracować i zasłużyć. Kobiety stają się dla nich także groźną konkurencją w życiu zawodowym i politycznym.
  • W niektórych parach dochodzi nawet do odwrócenia ról: ona jest silniejsza i bardziej zaradna, także zarabia więcej, a on bardziej się skupia na domu i rodzinie. Jednak ten układ jest zwykle niestabilny, bo kobiecie trudno jest faktycznie zrezygnować choć w części z tradycyjnych oczekiwań. Zwykle po jakimś czasie kobieta traci szacunek do mężczyzny w takiej roli i najczęściej dochodzi do rozstania. Mężczyźni z kolei uważają, że takie oczekiwania stawiane mężczyznom są jakoś niespójne. Sytuacja jest trudna.

Potem terapeuta podkreśla, że stan obecnie panującego zamieszania potrwa jeszcze długo, może kilka pokoleń. Stara sytuacja już nie jest do przywrócenia, bo świat poszedł do przodu, a nowe wzorce jeszcze się nie ukształtowały.

W wywiadzie pojawiają się także sugestie ze strony Eichelbergera, jak – jego zdaniem – najskuteczniej wypracować sobie swój własny, nowy model relacji. Przede wszystkim odejść od tradycyjnego nazywania ról jako „damskie” i „męskie”. Dzielić się rolami w taki sposób, jaki akurat obojgu partnerom pasuje. „Porzucić stare wzorce i wszelką nadzieję na znalezienie nowego. Być całkowicie wolnym, w uważnym kontakcie z okolicznościami i pozwolić im decydować o tym, co i jak się robi.” – mówi Wojciech Eichelberger. Oczywistym wyzwaniem dla partnerki jest to jak zrobić, aby zachować szacunek dla partnera, który zarabia mniej i – ogólnie – nie dostarcza tego, co oferował stary model. Wyzwaniem dla mężczyzny jest z kolei to, aby pogodzić się z tym, że kobiety mogą być od nich lepsze, zdolniejsze, bardziej pracowite, i znaleźć sposób na zachowanie godności w takiej sytuacji.

Uzupełnieniem wywiadu jest opis czterech sytuacji, w których mężczyźni zaadaptowali się do nietypowych ról, zwyczajowo kojarzących się raczej z kobiecością.

 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

Męskość na nowsze czasy 

Wojciech Eichelberger: Odwracanie ról jest zgubne dla związku. Sprawia, że mężczyzna czuje się zbyt upokorzony, a kobieta traci do niego szacunek

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,22308784,wojciech-eichelberger-mezczyzni-musza-sie-nauczyc-ze-na.html

Maria Hawranek i Szymon Opryszek, rys. MACIEJ SIEŃCZYK

02 września 2017 | 00:01

I mężczyźni, i kobiety są teraz w trudnej sytuacji. Mężczyźni chyba w gorszej, bo to oni urządzili ten świat, a teraz muszą abdykować z wygodnej pozycji

Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Mężczyźni mówią panu czasem na terapii, że czują się dyskryminowani? Czy to jest przyznaniem się do słabości?
Nie używają tego terminu. Myślę, że z dwóch powodów. Po pierwsze, bycie dyskryminowanym dewaluuje, a po drugie, trudno się teraz nazywać dyskryminowanym, gdy przez pięć tysięcy lat dyskryminowało się drugą płeć. To byłaby lekka przesada. Rzeczywiście, przeciętny mężczyzna ciągle jest jeszcze zbyt dumny, by tak się poczuć, choć pewnie gdyby stosować obiektywne kryteria, czasem jest. 

Kilku poskarżyło się nam na rozszerzone oczekiwania kobiet wobec nich – że jednocześnie mają dużo zarabiać, by zapewniać byt rodzinie, a po powrocie z pracy jeszcze zająć się dzieckiem i zrobić żonie kolację.
W niektórych wypadkach tak się może dziać, ale chyba jeszcze nie mówimy o zjawisku, które ma wymiar społeczny czy obyczajowy. Po prostu ci panowie dali się sprowadzić do takiej roli w swojej rodzinie. Dyskryminacja kobiet to zjawisko o charakterze kulturowym, cywilizacyjnym, politycznym, ekonomicznym – dlatego używanie tego terminu wobec mężczyzn byłoby nadmiarowe i histeryczne. Jednak i mężczyźni, i kobiety są teraz w niewątpliwie trudnej sytuacji. Mężczyźni chyba w gorszej, bo to oni urządzili ten świat, a teraz muszą abdykować z wygodnej pozycji. Choć niekoniecznie była aż tak wygodna – bo im więcej wolności, tym więcej odpowiedzialności.

Ale przez wieki było im łatwiej.
To prawda. Do niedawna w pakiecie urodzeniowym dostawali wszystkie drogi w życiu otwarte. Oczywiście proporcjonalnie do klasy społecznej, w której się urodzili. Ale mimo wszystko nawet chłopski syn miał w życiu lepiej niż chłopska córka. Kobiety były podgatunkiem gorszego sortu, cytując klasyka. Ale ten gorszy sort się wyemancypował i obiektywnie mamy teraz zupełnie inną sytuację. 

Obiektywnie?
Tak, bo mam wrażenie, że wewnętrzna emancypacja kobiet nie nadąża za tą społeczną, prawną i obyczajową, że jest mnóstwo otwartych możliwości, z których boją się jeszcze skorzystać z powodu psychicznych barier. Ale to zrozumiałe, bo musi potrwać, zanim kobiety się do głębi z tą równością oswoją. Uważam, że emancypacja kobiet musi mieć teraz wymiar pracy wewnętrznej – ponieważ spora przestrzeń wolności jest już otwarta, tylko ciągle za mało kobiet w nią wchodzi. 

A emancypacja mężczyzn?
Podobnie – muszą się nauczyć, że już nic nie jest im dane w pakiecie urodzeniowym, że na uznanie, szacunek, pozycję i miłość muszą sobie zapracować i zasłużyć. I że kobiety są dla nich groźną konkurencją w życiu zawodowym i politycznym.

Mężczyźni chyba też potrzebują uwolnić się od przymusu robienia tego, co im kulturowo przypisane. Niektórzy to potrafią – zanim pójdą z kolegami na piwo, zadzwonią do żony spytać, czy nie ma innych planów, czy poradzi sobie z dziećmi. Często wtedy od kolegów słyszą określenia typu: cipa, pantofel.
Mężczyzna, który konsultuje swoje plany z partnerką, jest znacznie bardziej do przodu niż jego koledzy – ma po prostu partnerski związek.

I on nie musi na każdym kroku udowadniać swojej siły, dojrzałości, tego, że jest mężczyzną. Taki facet nie musi sprawy swojej męskości rozgrywać z kobietami. A najwyraźniej jego koledzy to robią – wydaje im się, że są bardziej męscy, kiedy nie liczą się z żonami, lekceważą je, traktują pogardliwie. To maczyzm, a maczyzm to fasada, wydmuszka. W środku nie ma prawdziwego poczucia wartości i męstwa, dlatego fasada musi być nieustannie eksponowana. Podobnie jak z seksualnością – ten, kto ciągle mówi o seksie, prawdopodobnie jest kiepski w łóżku.

Czy nie jest tak, że to głównie mężczyźni sprawdzają męskość innych facetów?
Wielu przyszłych mężczyzn jest upokarzanych lub rozpieszczanych przez matki. To w połączeniu ze słabym lub nieobecnym ojcem powoduje kompleks niższości. Potem tacy synowie muszą lansować się na facetów. Druga płeć też jest pozbawiona kobiecego wzorca na nowe czasy. Dlatego dla wielu kobiet najbardziej dostępnym i uwodzicielskim wzorcem jest naśladowanie mężczyzn. A kiedy taka wyemancypowana kobieta z mocną pozycją zawodową wchodzi w związek, to przyjmuje rolę, którą do niedawna przyjmowali mężczyźni: „Jestem najważniejsza, a ty mnie obsłuż”. 

I to oczywiście nie jest dobry pomysł?
Nie. Bo takie kobiety często naśladują nie najlepsze męskie zachowania, np. nadużywają się fizycznie – ciężko pracują, dźwigają ciężary na siłowni, „duszą wagę”, co czasem odbija się na ich płodności, bo estrogen dobrze się czuje w warstewce tłuszczu. W rolach zawodowych próbują rządzić w sposób autorytarny, często mobbując podwładnych. To wszystko wynika z bezradności wobec braku wzorca.

A co w tym zakresie robią mężczyźni?
Kombinują, jak być mężczyzną, skoro już wiadomo, że nie będzie tak jak dawniej. Więc wielu z nich próbuje naśladować kobiety, bo czują, że powinni rozwinąć tę swoją kobiecą stronę i móc robić to, co do tej pory uważali za upokarzające, np. chodzić z wózkiem po parku, pracować jako pan domu, który dba o codzienną logistykę – pranie, sprzątanie, dziecko. A żona na wysokim stanowisku w korporacji, ciągle na konferencjach, spotkaniach, wyjazdach. I to nie jest dla nich łatwe. Czasem z tym przeholują, bo – jak to często bywa w podobnej sytuacji z kobietami – boją się postawić silnemu partnerowi.

Ale kobietom z tym oczekiwaniem robienia kariery i bycia mamą też jest trudno. Sam pan mówi, że jeszcze się tak nie wyemancypowałyśmy. Więc może dobrze, że w końcu mężczyźni też wiedzą, jak to jest.
Chwileczkę. Albo budujemy partnerski związek, albo odwracamy role. Chciałbym zaznaczyć, że to drugie jest zgubne dla związku. Sprawia, że mężczyzna czuje się zbyt upokorzony, a kobieta traci do niego szacunek i w efekcie najczęściej dochodzi do rozstania. Bo kobiety mają teraz oczekiwania, które mężczyźni uznają za niespójne. Z jednej strony chcą, żeby ich mężczyzna był męski, potrafił zawalczyć, wytrzymać, nie płakał, jak mu opona strzeli na szosie, a w razie czego potrafił nawet pójść na wojnę. A z drugiej strony ma być ciepłym, opiekuńczym, spolegliwym misiem.

Mężczyźni nie potrafią się w tym odnaleźć, bo ciągle są wewnętrznie ograniczeni jednostronnym, maczystowskim wzorcem.

Ale kobieta też powinna być opiekuńczą mamą i seksowną żoną.
Przynajmniej ma większy wybór sposobów na życie, może być np. dziewczynką albo wampem, chłopczycą, intelektualistką, kobietą prezesem. Mężczyźni nie mają aż takiej swobody. Trochę próbują ją zdobywać – męscy faceci mogą sobie pozwolić na bransoletkę, kolczyk czy naszyjnik, młodzi chodzą do kosmetyczek, dbają o cerę i idealną fryzurę. Ale poza tym jednym mężczyzną z Wrocławia, żaden nie decyduje się na chodzenie w spódnicy, a wszystkie kobiety mogą chodzić w spodniach. Trudno sobie wyobrazić mężczyznę ubierającego się na chłopczyka albo po kobiecemu – w suknię i szpilki. Wątpię, żeby kiedykolwiek taka całkowita swoboda w wyborze zewnętrznych atrybutów płci nastąpiła. Na razie to kobiety sięgają po atrybuty męskie częściej niż mężczyźni po damskie. Pewnie dlatego, że atrybuty władców, nawet tych abdykujących, są zawsze bardziej atrakcyjne niż poddanych.

O tym zagubieniu i braku wzorca mówił pan już dziesięć lat temu w książce „Mężczyzna też człowiek”. Jesteśmy teraz choć trochę bliżej?
Niestety, nie. Zamieszanie jeszcze długo będzie coraz większe. Potrzeba dwóch, trzech pokoleń, żeby to się przewaliło. Aby córki mogły pójść dalej, muszą mieć wyemancypowane matki i ojców w partnerskich układach z matką. I dopiero z tej gleby wyrosną pokolenia, które będą mogły zrobić następny krok. Na razie panuje zupełny chaos – polityczny i obyczajowy. Z obawy przed nowym jedne polityczne siły ciągną w stronę konserwy: wróćmy do tego, co było, a drugie nawołują, że musimy iść dalej, bo nie ma odwrotu.

Ale może chociaż kiełkują jakieś alternatywne modele męskości? Czy wiemy tylko tyle, że stary jest nieaktualny i się z nim konfrontujemy?
Eksperymenty z męskością, jakie teraz się pojawiają – strój, sposób zachowania, obyczaje – są objawami gorączkowego poszukiwania. Ale wszyscy, i kobiety, i mężczyźni, jesteśmy w tej sprawie w okresie nastolatków, którzy próbują budować swoją tożsamość głównie na buncie przeciwko temu, co było, a nie na pozytywnych wyborach. Już jakiś czas temu wymyśliłem trudne, lecz działające rozwiązanie w sprawie poszukiwania wzorców.

Słucham.
Wzorzec partnerski już istnieje, wiadomo, na czym polega: to symetryczny podział praw i obowiązków, kiedy to sytuacja decyduje o tym, kto co robi, a nie jakiś z góry zadany algorytm postępowania.

Ale by partnerstwo mogło się naprawdę wydarzyć, trzeba zrezygnować ze wszystkich wzorców i modeli. Po prostu zachowywać się przyzwoicie, empatycznie, z szacunkiem dla drugiej osoby. Właściwie nic więcej nie potrzeba.

Porzucić kategorie: to jest „męskie”, to „kobiece”?
Tak. Odrzucić kategorie modeli, zastanawianie się, co pasuje do mojego płciowego wzorca, a co nie – to ideał, do którego powinniśmy zmierzać. Wzorce zawsze ograniczają.

W partnerstwie oczywiście jest tak, że ktoś coś lepiej potrafi niż ta druga strona i możemy się uzupełniać. Ale dążymy do tego, by uczyć się wzajemnie od siebie, umieć robić wszystko i dzięki temu stać się życiowo niezależnym od partnera. Więc gdy jest potrzeba, młody mężczyzna pójdzie z wózkiem do parku i nie będzie już kombinował: o kurczę, pomyślą, że jestem cipa. A gdy jego kobiecie popsuje się kran, to go naprawi, bo chłop akurat poszedł na spacer.

Mówi pan, że nie ma dyskryminacji. A jednak wielu ojców się skarży – w naszych mailach, na forach i stronach poświęconych prawom ojca – że w sądach ich byłe partnerki z automatu dostają opiekę nad dzieckiem, a oni, by otrzymać opiekę naprzemienną, muszą udowadniać, że nie są wielbłądami. Dla sądu są mężami, mężczyznami, ale nie ojcami.
To chyba jedyny obszar, który można opatrzyć terminem „dyskryminacja”. Jednak ona jest też do pewnego stopnia uzasadniona – bo obyczajowo wciąż jest trudne do zaakceptowania, że matka zostawia dzieci ojcu. Wtedy od razu dostaję łatkę wyrodnej. Zresztą kobiety bardziej identyfikują się z rolą matki niż mężczyźni z rolą ojca.

To się zmienia. Coraz więcej mężczyzn angażuje się w rodzicielstwo.
Tak, ale mężczyźni nie mają z dziećmi takiej biologicznej więzi jak kobieta, która nosiła je w brzuchu i karmiła własną piersią. To doświadczenia dla nas niedostępne, a one w ogromnym stopniu determinują siłę więzi z dzieckiem. Ojciec jest niepewnym wyborem, bo szybko pozna nową kobietę i jeszcze narobi nowych dzieci.

Ale matka też może kogoś poznać. Uważa pan, że ta asymetria w sądach jest przystosowawcza?
Sądzę, że potrzebna jest korekta poziomu zaufania społecznego do rodzicielskich kompetencji ojców. Ale to będzie długi proces.

Jeden z mężczyzn napisał nam tak: „GUS twierdzi, że będę żyć krócej od kobiety o blisko osiem lat. A polski rząd – że prawo do emerytury przysługuje mi pięć lat później niż kobiecie. To zalegalizowany podatek od mężczyzn na rzecz kobiet tylko za to, że są kobietami”. Inny zwraca uwagę na powołanie do wojska, które dotyczy tylko mężczyzn.
Słusznie. To też są obszary, które będą musiały ulegać korektom. Ale myślę, że akurat tutaj nie ma czego kobietom zazdrościć – ich wcześniejsza emerytura wynika z ekonomii. To one zwykle opiekują się wnukami i chorymi rodzicami, przez co odciążają państwo, które nie musi budować tylu przedszkoli i domów opieki. Nie ma też co narzekać na wcześniejszą śmierć, bo ostatnie lata życia to przeważnie żaden szał. A z badań wynika, że polskie kobiety mają niższy tzw. wskaźnik życia w zdrowiu, czyli wcześniej od mężczyzn zaczynają poważnie chorować, choć żyją dłużej. Nie ma się o co bić.

Wielokrotnie pan jednak podkreślał, że pod względem dbania o zdrowie mężczyźni się autodyskryminują. Wciąż na zajęciach jogi czy pilatesu pojawia się tylko kilku takich, którzy wiedzą, że to im nie szkodzi na męskość.
A może im nawet pomóc. 

Przy kolegach czasem żartują, że chodzą popatrzeć na kobiety.
Świetny argument! Trzeba sobie znaleźć przestrzeń w tym męskim betonie. Poza tym to chyba dobry sposób, by zachęcić opornych (śmiech). Ale widzę, że oczekuje pani ode mnie poważniejszej wypowiedzi. Generalnie pod względem zdrowotnym mężczyźni mają trudniej. Świadczy o tym wskaźnik przeżycia, a bardziej jeszcze – liczba samobójstw. Różnica jest dramatyczna: sześciu mężczyzn na jedną kobietę. Bo nie leczą się z depresji, która najczęściej jest skutkiem przeciążenia. Mimo postępów emancypacji jednak to mężczyzna czuje się nadal odpowiedzialny w rodzinie za bezpieczeństwo ekonomiczne i w związku z tym fatalnie znosi sytuacje zadłużenia, bankructwa i utraty pracy.

Dziś nie tylko mężczyzna powinien nieść ciężar utrzymania rodziny.
Ale ciągle tak jest. Bo kobiety też mają swoje ograniczenia czy nawyki wyniesione z przeszłości. Często półświadomie, niechcący obciążają mężczyzn tą odpowiedzialnością i są głęboko rozczarowane partnerem, który stracił pracę. A dla niego upokorzenie i brak poczucia przydatności poza domem są zabójcze.

Żeby mężczyźni mogli to znosić równie dobrze jak kobiety, muszą identyfikować się także z innymi rolami niż zawodowa. Czyli muszą być wychowani w innej kulturze, uczyć się innej historii, czytać inne książki. Bo teraz jest tam mnóstwo etosu dyskryminującego dla kobiet i heroicznego dla mężczyzn. Cholery można dostać, tak to jest nadal zobowiązujące.

No ale te książki już chyba są?
Pojawiają się. Tylko na razie główny nurt popkulturowy służy raczej wzmocnieniu kobiet. To one odgrywają heroiczne role, a mężczyzn się lekceważy i dewaluuje. Jesteśmy w okresie rozliczania mężczyzn, skądinąd uzasadnionego, pokazywania ich słabych stron. Czas odwetu.

Ale nie zbudujemy nowego świata relacji między płciami na wzajemnym dewaluowaniu się, a filmów o partnerstwie jakoś nie widać.

Co więc pan radzi tym mężczyznom, którzy czują, że nie pasują do klasycznego wzorca, ale też nie do końca dobrze jest im poza nim?
To, co już mówiłem: porzucić stare wzorce i wszelką nadzieję na znalezienie nowego.

Być całkowicie wolnym, w uważnym kontakcie z okolicznościami i pozwolić im decydować o tym, co i jak się robi.

A czy partnerki mogą im jakoś pomóc, by czuli się męscy nawet wtedy, kiedy będą zarabiać mniej czy chodzić z wózkiem?
Owszem. Partnerki muszą zadać sobie ważne pytanie, jak to zrobić, żeby szanować partnera, który zarabia mniej od nich, ma gorszy samochód i rower i nie stać go na wakacje na Bali. Jak szanować mężczyznę, który nie dostarcza tego, co zgodne ze starym modelem. Nie wtłaczać go w stereotyp. Inaczej dziać się będzie tak, jak do tej pory z mężczyznami: jeśli miał w domu gosposię, to w pewnym momencie znajdował kobietę spełniającą jego aspiracje, silną i samodzielną. Kobiety co prawda deklarują, że tradycyjny model mężczyzny nie jest już dla nich interesujący, lecz na poziomie emocjonalnym nie potrafią się z nim rozstać. Z kolei mężczyźni muszą pogodzić się z tym, że ich kobiety mogą być od nich lepsze, zdolniejsze, bardziej pracowite, i znaleźć sposób na zachowanie poczucia godności w takiej sytuacji.

Brzmi trudno.
I takie jest. Do tej pory jest tak, że takie związki kiepsko rokują – w obie strony. Mężczyźni nie wytrzymują w tej roli lub wytrzymują ją z wielkim trudem i przypłacają to utratą zdrowia, a kobiety znajdują sobie atrakcyjniejszych partnerów.

Odwrotna dysproporcja zarobkowa i statusowa to najczęstszy problem, z którym pary się do mnie zgłaszają. Mamy szczere chęci, wiemy, że nie powinno tak być, ale stare schematy emocjonalne i kulturowe mają ogromną bezwładność i nadal rządzą.

Dlatego każda płeć musi teraz pracować wewnętrznie nad sobą, zagospodarować raz zdobyte rubieże emancypacji. W przeciwnym razie szybko znajdzie się ktoś, kto będzie chciał podważyć nasze prawo własności, tak jak to czyni obecna ekipa w Polsce usiłująca odebrać kobietom ich prawa reprodukcyjne. 

Kobiety od lat próbują się jakoś organizować. Może mężczyznom też są potrzebne męskie marsze, kręgi, warsztaty? Książki pt. „Czasem czuły, czasem barbarzyńca?”
Na zachodzie Europy, w krajach kulturowo lepiej rozwiniętych niż nasz, już takie są. W Polsce też się pojawiają, np. takie jak fundacja Masculinum, obozy, kręgi, kluby czy męskie warsztaty, ostatnio w Bieszczadach. 

To taki harcerski obóz przetrwania?
To przede wszystkim trudna podróż wewnętrzna. Odkrywanie swoich prawdziwych potrzeb, aspiracji i zasobów. Wielu mężczyzn czuje się uwikłanych w role i sytuacje, które nie zaspokajają ich głębokich potrzeb. Mają poczucie, że zostali wpędzeni na fałszywe ścieżki życia i kariery. Wyłączenie się z codzienności, natura – do najbliższego sklepu jest 30 km – pomagają im przywołać zapomniane pytania: „Kim jestem?”, „Co jest dla mnie ważne?”, „Czego pragnę?”. 

To dość romantyczne myślenie, że tydzień w Bieszczadach pomoże nam znaleźć siebie.
Często pomaga. Bo przyjeżdżają ci, którzy już wcześniej zaczęli czegoś szukać, więc jest to dla nich jakaś kontynuacja i dodatkowa inspiracja. Poza tym ten proces nie kończy się wraz z zakończeniem warsztatów. To taki starter, który nabiera impetu i znaczenia, pod warunkiem że kontynuuje się pracę nad sobą w swoim realnym życiu. Uczestnicy odkrywają często, że chcieliby być w innej relacji z partnerką, więcej czasu spędzać z dzieckiem, inaczej niż do tej pory zarabiać pieniądze itd. Urealniają swoje oczekiwania wobec kobiet, a sami wydobywają się z postaw opiekuńczych lub maczowskich. 

W takim układzie męski mężczyzna to kto?
Taki, który nie musi udowadniać swojej męskości. Może angażować się w każdą rolę i sytuację, ponieważ nie kierują nim żadne wyobrażenia o tym, jaki powinien być mężczyzna. Jest zdolny adekwatnie reagować na zmieniające się okoliczności: kiedy trzeba walczyć – walczy, kiedy trzeba opiekować się dzieckiem – opiekuje się, trzeba prać – pierze, trzeba napisać książkę – pisze.

Jeśli spotka kobietę podobnie wolną od jej stereotypowej kobiecości, stworzą partnerstwo, do którego powinniśmy wszyscy dążyć. Wtedy nie będziemy już sobie do niczego potrzebni. Tylko do kochania.

––––––––––

 

SEBASTIAN. PANOWIE SIĘ GANIAJĄ

 

– Dotyka pan dzieci?

 

Sebastian nie wie, co odpowiedzieć. Siedzi naprzeciw pani dyrektor w gabinecie.

 

– Tak, dotykam. Podaję rękę na dzień dobry, przytulam i głaszczę, kiedy trzeba.

 

– A rodzice nie mają z tym problemu? – dopytuje dyrektor.

 

– Odpowiedziałem, że nikt jeszcze słowem nie skomentował – opowiada Sebastian. – Ufają mi i tego zaufania nie zawiodłem. Wyjaśniłem też, że poczułem się tak, jakby mnie pytała, czy je molestuję. Czy spytałaby o to nauczycielkę? Zrobiło jej się głupio. Ostatecznie dostałem tę pracę.

 

Jak zwykle – na zastępstwo za panią w ciąży.

 

Dopiero w tym roku, po sześciu latach pracy jako pedagog, Sebastian dostał pierwszy etat w przedszkolu. W Łodzi jest ich co najmniej trzech – nauczycieli przedszkolnych, jak tłumaczy przez telefon jeden z nich („żaden przedszkolanin”). Na większości dyplomów z kursów i szkoleń mają wypisane „pani”, a dalej męskie imiona i nazwiska. – Jak na radach pedagogicznych słyszę: „Dziewczyny, musimy zrobić to i tamto”, to cieszę się: czyli mnie to nie dotyczy.

 

Niewysoki, radosny, uzbrojony w „Harry’ego Pottera”, którego ponownie czyta od początku. W liceum myślał o aktorstwie, wybrał teatrologię, ale brakowało mu tam zajęć praktycznych. Poszedł na pedagogikę i już na pierwszych praktykach poczuł, że chce pracować tylko z dziećmi.

 

– Wtedy jeszcze można coś zmienić w ich umysłach. W przedszkolu jest miejsce na ruch, zabawę. Nie spieszę się i dzieci też nie. Jestem wielbicielem metody Montessori. A szkoła dalej wygląda u nas jak u Witolda Gombrowicza: ławki, dzwonki, uśrednianie.

 

W przedszkolu od koleżanek czasem słyszy, że rozpuszcza maluchy. – Biorę na ręce, przewracam do góry nogami, robię samolot. To aktywności, które znam z zabaw z tatą w połączeniu z metodą Weroniki Sherborne, która polega na rozwijaniu relacji poprzez ruch, współdziałanie, siłowanie się. Panie mają inną energię, nie ganiają się. Myślę, że tego męskiego wigoru w szkole i przedszkolu brakuje.

 

Sebastian woli chodzić na zumbę, gdzie zwalcza swój perfekcjonizm („Już się nie irytuję, że mylę kroki”), niż na siłownię, na którą namawia go dziewczyna („Za dużo testosteronu”).

 

– Kiedy koleżanki skrytykowały, że chodzenie na zumbę jest niemęskie, to sprawiła mi ogromną przyjemność, mówiąc: „Sebastian jest męski i dlatego nie musi sobie niczego udowadniać”.

 

Nie przeszkadza jej, że chciałaby pójść na horror, a on woli romanse (ostatnio popłakał się na „Pięknej i Bestii”). A to, że uwielbia sprzątać i dobrze gotuje (specjalność: kurczak z ananasem i sosem sojowym) – tylko cieszy. Jednak chociaż poznali się na tych samych studiach, oczekuje, że to on będzie więcej zarabiał.

 

– Zaproponowała, bym poszedł do banku. Wytłumaczyłem, że jestem szczęśliwy w swojej pracy. Usłyszałem: „Nie masz ambicji?”. Zabolało. Bo przecież mam! Chciałbym w przyszłości założyć firmę edukacyjną.

 

––––––––––

 

KUBA. KASTRACI NIE MOGĄ MIEĆ JAJ

 

Kuba lata na Seszele, do Kenii. Tam modelki zmysłowo wiją się przed obiektywem jego aparatu. Twierdzi, że jest jak ginekolog – nie robią na nim wrażenia. To nie on zdradza pierwszy.

 

Próbuje poukładać relację z żoną. Są razem od zawsze, wspólnie przeszli traumę: ich pierwszy syn, wcześniak, zmarł na sepsę. Kuba miał wtedy 23 lata. Rzucił się w wir pracy. Jego agencja fotograficzna odniosła międzynarodowy sukces. Urodził się drugi syn, potem córka.

 

– Brałem udział w szkole rodzenia i dwóch porodach. Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy to na pewno rola mężczyzny.

 

Za to z przyjemnością chodzi z dziećmi na spacery, bawi się. Dziwi go zaskoczenie jednej z mam w szkole, że umie robić warkocz. A denerwują naklejki ze spódnicą w pokojach do przewijania. – Przez nie czułem się jak intruz.

 

Ubiera dzieci do przedszkola (zimą – stres, bo jedno w kombinezonie, drugie się zsika, on spieszy się na sesję, a żona śpi). Wieczorem czyta – od wierszyków do „Władcy Pierścieni”. Kiedy jest. Bo jak trwa sezon – sesje na kolekcje jesień-zima, wiosna-lato – to może go nie być prawie dwa miesiące. Po powrocie słyszy: „Lepiej, jak cię nie ma”, „Nie wtrącaj się”.

 

– Stopniowo wycofywałem się w pracę, bo bałem się, że jakoś szkodzę rodzinie. Tam czułem się sprawczy. A wtedy słyszałem: „Tylko pracujesz, nie masz dla nas czasu”. Żona najpierw mnie wykastrowała: wypchnęła z uczestniczenia w poważnych decyzjach, a potem, kiedy nie potrafiłem jakiejś podjąć, rzucała: „Nie masz jaj”.

 

Rozeszli się. – Po rozwodzie chciałem dalej uczestniczyć w życiu syna i córki, a nie tylko płacić. A żona zaczęła ustawiać pole minowe.

 

Prowokuje go i nagrywa rozmowy na telefon. Zapisuje, jeśli syn po wizycie u ojca dostanie gorszą ocenę. Za radą prawnika Kuba zaczyna robić zdjęcia przy wspólnie odrabianych lekcjach, chodzić na każdą wywiadówkę. – Fakt, że utrzymujesz rodzinę, to za mało, by w sądzie zrównoważyć przewagę kobiet.

 

Po trzech miesiącach mediacji ustalają opiekę za porozumieniem stron. Warunek żony: wysokie alimenty. Kubie udaje się zejść do 4 tys. zł (opłaca też szkołę prywatną i wakacje). – W porządku, żona wraca na rynek pracy. Ale mam nadzieję, że z czasem układ się zmieni, bo dzieci spędzają pół czasu ze mną, pół z nią, a ja ponoszę 100 proc. kosztów.

 

Po rozwodzie Kuba odkrywa w sobie siłę:

 

że potrafi przeprowadzić remont i urządzić mieszkanie (buszuje z córką po Ikei), jednocześnie prowadzić firmę i dom. – Wcześniej byłem zdominowany przez silne kobiety: mamę, wspólniczkę, żonę, która stosowała wobec mnie przemoc psychiczną. W kampaniach społecznych z ekranów skarżą się tylko kobiety.

 

Kuba teraz widzi, że mężczyznom brak męskich przyjaźni i grupy wsparcia.

 

– Ale jest taki obszar dyskryminacji, którego mężczyźni nie doświadczają – zaznacza i pokazuje nam zdjęcie zrobione dla zabawy. Ubrany w białą spódnicę, szminka na ustach, biust i loki. – Podszedł do mnie kelner i złapał mnie za pierś. Mogłem mu przypieprzyć, a stałem jak wryty. Poczułem bezradność i poniżenie. Każdy szowinista powinien zostać postawiony w takiej sytuacji.

 

––––––––––

 

MARCIN. ANTYFACET UPRAWIA NIEPOSŁUSZEŃSTWO

 

Zaczęło się od stóp. Jeździł wykładać do kolegium nauczycielskiego w Legnicy. Późna wiosna, w pociągach gorąco, codziennie smród z butów na koniec dnia. – A koleżanki ubrane lekko, ażurowo bez utraty majestatu. Domyślałem się, że przy odsłoniętej stopie i siateczkach jest inaczej – opowiada Marcin Boronowski, anglista, wykładowca na Uniwersytecie Wrocławskim. – Owszem, na początku miałem w sobie obsesyjną ciekawość kosmicznych kobiecych ubrań i łączyłem je z płcią. Z czasem doceniłem ich funkcjonalność – na obcasach mam lepszą sylwetkę, nie garbię się, a spódnice lepiej chłodzą organy męskie.

 

Na początku, kiedy w obcasach i różowym topie wyrzuca śmieci, wstydzi się, bo nie wie, jak o sobie myśleć. – Transseksualista? Jestem heteroseksualny. Wiedziałem, że to nie to, ale nie miałem innych narzędzi. Potem przeczytałem o gender. I teraz tłumaczę studentom: „Postanowiłem żyć w sposób wolny od genderu, dlatego ubieram się tak, jak mam ochotę”. Nie agituję. Jakoś nikt mi z grup nie ucieka.

 

Pilotażowo pojawił się na Uniwersytecie Wrocławskim w spódnicy w 2002 roku (nic ekstrawaganckiego, zgodnie z dress codem). Mundial w Korei Południowej, mecz Polski i pamiętne wykonanie hymnu Edyty Górniak. W mieście pustki. Dostał telefon od kolegów: nie wypada, uczelnia to konserwatywna instytucja. Więc spodnie rozszerza tiulowymi wstawkami na kolanach, tak by maskowały obcasy i nie podciągały się przy siadaniu.

 

– Uprawiałem pełzające nieposłuszeństwo.

 

Na forum internetowym kolegium w Legnicy czyta szyderstwa, że jest „czarownikiem z krainy Oz”. Całą noc wystukuje swoją motywację: „Panuje terror kulturowy. Kobiety mogą ubierać się po męsku, a my nie możemy nawet pomyśleć, że mielibyśmy ochotę na coś damskiego. Mężczyźni uwierzyli, że są uprzywilejowani, a to oni potrzebują wyzwolenia. Nawet w liberalnych mediach wyglądają jak z jednej fabryki – garnitury, koszule, krawaty. To tekstylna realizacja munduru i zbroi. Panuje przekonanie, że to strój do robienia rzeczy poważnych, dlatego np. prawnik musi go mieć. Rzeczniczka prokuratury może się wypowiadać w mediach z gołymi nogami, a mężczyzna bez długich spodni, skarpet i zamkniętych butów ma się czuć nieubrany. Schemat ubioru jest arbitralny, to wycinek rzeczywistości bez uwzględnienia perspektywy historycznej. Jakby barokowy dworzanin pojawił się na blokerskim osiedlu, to z marszu dostałby wpierdol za pedalstwo”.

 

Buduje stronę internetową Antyfacet. Dochodzi do wniosku, że aby dali mu żyć tak, jak chce, na osiedlu (napadów, wyzwisk, pobić i zadrapań samochodu nigdy nie policzył) i uczelni – musi się stać rozpoznawalny. Udziela się w happeningu w ramach Kampanii przeciw Homofobii, trafia do mediów. W końcu przychodzą na uczelnię, a tam rzecznik mówi ważne dla Marcina zdanie: „Oceniamy za pracę, nie za wygląd” (na wszelki wypadek trzyma to nagranie – rzecznik się zmienił, czasy też). Potem już nikt się nie czepia, a Marcin chętniej chodzi do pracy, bo nie musi się przebierać. Robił to tylko dla rodziców, póki żyli. Ojciec się irytował, mama martwiła, że marnuje sobie życie. Więc zatrzymywał się na obwodnicy przed rodzinnymi Tarnowskimi Górami i wciągał spodnie. – Ubierałem się w konformizm.

 

Ale kiedy tato wprowadził się do niego na ostatnie miesiące, to dwa razy skomplementował go, że ładnie wygląda. – Już nie miał w głowie tych schematów. Chorował na demencję – uważa Marcin.

 

– Nawet nie wiedziałem, że dotknąłem tym strojem ważnej społecznej nierówności. Denerwuje mnie obsesyjne rozgraniczanie kobiet od mężczyzn. Męska rola płciowa jest zbudowana na negacji – trzeba się odcinać od wszystkiego, co w kulturze ostemplowano jako żeńskie, by nie dostać łatki „zniewieściały”. A jeśli uznajemy równość płci, to pojęcie „zniewieściały” nie powinno być negatywne. Nie wolno nosić spódnic? Wykonywać niektórych zawodów w szpitalu czy przedszkolu? To przecież obraźliwe dla rozumu.

 

––––––––––

 

MICHAŁ. PANTOFEL ZDOBYWA KORONĘ ZIEMI

 

– Najbardziej czuję się dyskryminowany przez to, że jestem agnostykiem. A w życiu – za szczerość. Pracownicy nie chcą słyszeć, że są kiepscy, przyjaciele – że podejmują ryzykowne decyzje, np. o szczepieniu dzieci. Obrażają się. Smuci mnie to zakłamanie – wzdycha Michał, specjalista od bankowości korporacyjnej. – Jako mężczyzna też mógłbym się tak czuć. Gdybym się przejmował.

 

Bo na pilatesie instruktorka mówi: „Dziewczyny, rolujemy kręgosłupy”.

 

Babcia, kiedy wpada do niej w odwiedziny ze starszym synem: „Ach, tak rodzinnie spędzacie czas, tak cudnie!”. „Babciu, przyszliśmy się pobawić, nie przesadzaj” – odpowiada. Jego mama, choć otwarta, nie potrafi przeżyć, że to on wiezie trzymiesięcznego Tymcia do lekarza (dwuletni Tadek ma fazę na mamę i nie da się go od niej odciągnąć). „A jak coś się stanie? Michał, tak nie powinno być” – strofowała.

 

Wysoki i przystojny, pewnym ruchem otwiera drzwi do gabinetu. A tam nefrolożka od razu pyta: „Gdzie mama?”.

 

– „No ja jestem, z dzieckiem” – bąknąłem. Zazwyczaj mam cięte riposty pod ręką, ale wtedy mnie zatkało. Następnym razem powiem, że matka umarła przy porodzie.

 

Jednak najwięcej Michał nasłuchał się od kolegów.

 

Mieszka w Gliwicach. Otwiera drzwi do mieszkania na poddaszu z Tadziem umoszczonym na brzuchu. Podaje rosołek. Na deser budyń, który przygotował wspólnie z Tymonem, kiedy żona brała długi sobotni prysznic. Wstał dziś o 5.40, żeby poćwiczyć – wspina się, biega maratony, od siedmiu lat trenuje triatlon, zdobył już cztery z dziewięciu szczytów Korony Ziemi – i przygotować śniadanie na moment, kiedy domownicy otworzą oczy.

 

– W banku obsługuję klientów korporacyjnych. Jestem płatną prostytutką – żartuje. – Sporo jeżdżę na szkolenia, razem imprezujemy, ćwiczymy, klienci mają być zadowoleni, że spędzają ze mną czas. Więc jak jestem w domu, to chcę być naprawdę.

 

Koledzy z pracy i życia marudzą, że nie chodzi z nimi na browar i piłkę. Albo że kiedy chłopcy zasną i się wyrwie, to nie pije „do spodu”, bo na drugi dzień chce być na chodzie. Nawet starszy brat, który zapisał się na kurs haftu, by wyhaftować babci zielonego konia, nie do końca go rozumie. – Najwięcej docinków słyszę, kiedy proponują: „Chodź się napić, pograć w Xboxa”, a ja odpowiadam: „Muszę ustalić to z Anią”. To naturalne, że podejmujemy decyzje o naszym czasie razem. Wiem, że jak mnie nie ma, musi z naszą dwójką walczyć sama. A oni: „Jesteś pantoflem, cipą”. Nie odpowiadam, bo jeśli ktoś nie rozumie, dlaczego liczysz się ze zdaniem osoby, którą kochasz, to nie ma sensu tego tłumaczyć – mówi i odwraca się do syna: – Tymcio, nosek trzeba wytrzeć.

 

Michał ma wrażenie, że na Śląsku nawet wśród młodych wciąż dominuje tradycyjny model męskości: facet chodzi do pracy, a jak coś zrobi w domu, to czeka na pomnik. Michał miał dobre wzorce, jego tato też się angażował. Dlatego nigdy nie przeszkadzało mu bieganie z wózkiem po parku. Nawet tym z mufką. Kolega zniesmaczony rzucił: „To nie możesz włożyć rękawiczek?”. – Ale to wygodniejsze, przy niemowlęciu cały czas robisz coś gołymi rękami.

 

Nie zdecydowali się na podział urlopem rodzicielskim, bo mają asymetrię zarobkową, poza tym Ania, architektka, nie chce wracać na etat. No i w banku Michał mógłby usłyszeć: „Szukasz pracy?”. Nawet o dwa tygodnie tacierzyńskiego musiał zawalczyć. „Ania sobie nie poradzi?” – słyszał. – Wiedziałem, że chcę przy tym być. Ale dla kogoś, kto nie ma mocnego kręgosłupa, takie sytuacje są trudne, bo zaczynasz wątpić: może rzeczywiście nie powinienem.

 

Ale choć kocham synów, to tak naprawdę nie chciałbym być na tacierzyńskim – uśmiecha się. – Między pracami byłem z rocznym Tymkiem miesiąc sam w domu. Wstawałem w nocy kilka razy, byłem przemęczony i ciągle chorowałem. Czułem się gorzej niż teraz, gdy pracuję, ćwiczę i zajmuję się młodymi. Ustawowo powinni taki samotny urlop nakazać – bo jak matka jest obok, to masz luz psychiczny, a jak zostajesz sam, nagle wszystko rozumiesz. I już nigdy nie skomentujesz: „Miałem nadzieję, że zrobisz dziś więcej, w końcu siedziałaś cały dzień w domu”. Zrobiłem to tylko raz.

 

‘=================

 

Wojciech Eichelberger – psychoterapeuta, coach i trener, dyrektor Instytutu Psychoimmunologii (IPSI). Autor kilkunastu książek, m.in. „Daj sobie spokój”, „Kobiety bez winy i wstydu”, „Mężczyzna też człowiek”, „Zdradzony przez ojca”

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.