Pracować w podróży i podróżować pracując

Powoli wracamy do normalnego życia po urlopowych atrakcjach. A gdyby tak całe życie być na wakacjach? Czy to wtedy jeszcze nadal byłyby wakacje? Ale wakacje od czego? I po co? I czy to w ogóle jest możliwe?

Pora nadal wakacyjna choć dni już coraz krótsze, a dzieci jeszcze nie chodzą do szkoły. Pialiśmy niedawno, jeszcze przed wakacyjną przerwą na blogu, o blaskach i cieniach pracy freelancera. Kogoś, kto sam sobie szefem (sterem), żeglarzem, okrętem. I że nie jest to taka sielanka, jakby się laikowi wydawało, bo żeby coś „spłodzić”, trzeba się najpierw niemało napracować. W końcu błysk talentu to tylko ze 3% końcowego wyniku – reszta to mozolna praca. Nie ma się co łudzić.

Przytaczam poniżej dwa artykuły. Oba dotyczą freelancerów i oba są jakoś – choć każdy inaczej – związane z internetem. W pierwszym zamieszczono wywiad z dwojgiem pracowników branży high-tech, a konkretniej informatyków utrzymujących się od kilkunastu lat z tworzenia i szeroko rozumianej stron internetowych. Nie byłoby nic w tym niezwykłego gdyby nie to, że co roku z nastaniem jesieni przenoszą się one na kilka miesięcy – jak ptaki odlatujące do ciepłych krajów – do mniej czy bardziej egzotycznych miejsc po to, aby być w bardziej przyjaznych, a w dodatku jakoś egzotycznych miejscach i pracować zdalnie stamtąd.

Wywiad dość przekonywująco opisuje mechanizm takiej pracy. Dobre łącze internetowe oraz charakter pracy sprawia, że klienci często nie mają szansy zauważyć i odczuć, w jakim miejscu na świecie wykonywana jest praca. Wynik z kolei, niezależnie od tego gdzie powstał, może być po prostu „dobry lub zły”, a to klienta interesuje najbardziej.

Z drugiej strony, trzeba być gotowym na niespodzianki. Czasem łącze internetowe chodzi wolniej niż by się chciało, czasem warunki lub towarzystwo stoją na drodze do wydajnej pracy, a niekiedy po prostu klient chciałby ciebie widzieć u siebie. I wtedy klops.

Są i inne elementy ceny, jaką płaci się za pracę w podróży, a właściwie pracę „gdzie indziej”. Dochodzą koszty przejazdu, trzeba szukać nowego lokum, nierzadko dzielić je z innymi albo działać w przestrzeniach co-workingowych, jeśli tam takie są. Na święta nie ma ciebie w domu, cos ci ucieka, podobnie jak te pół roku nie bywasz na imprezach u znajomych. Coś za coś. Ale „rolling stone gathers no moth” – jak mówi angielskie powiedzenie. „Jeśli kamień jest ciągle w ruchu, to nie zapuszcza korzeni…” – można by powiedzieć w wolnym tłumaczeniu. Nic dodać, nic ująć. Ale – jak pokazuje ten konkretny przykład, nie jest to niemożliwe. Kto marzyłby o czymś takim, niech nie szuka wymówek, że się nie da. „Some people make it happen, the other watch it happen, while still the others Wonder what has happened” – to z kolei powiedzenie amerykańskie.

Drugi artykuł opisuje inną sytuację. Dwoje młodych ludzi, działają w tradycyjny sposób w warszawskich korporacjach, i to całkiem poważnych, ale z pisania bloga podróżniczego zrobili sobie drugi zawód. Kombinacja pracy w korpo i równoległej pasji zawodowo-podróżniczej nie jest więc pustym hasłem, ale jest konkretnie opisana. Artykuł nie dotyczy więc popularnego hasła „rzuciłem korpo i zacząłem prawdziwie żyć” ale raczej „jak można realizować swoje pasje mimo pracy w korpo”.

Miłej więc – wakacyjnej – lektury!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Spędzają pół roku w Polsce, a zimę tam, gdzie ciepło. „Praca od 8 do 16 to byłby wyrok”

Aleksandra Podgórska

http://podroze.gazeta.pl/podroze/7,114158,22175219,spedzaja-pol-roku-w-polsce-a-zime-tam-gdzie-cieplo-praca-od.html

02.08.2017 10:52

Z piętnastu lat stażu ani jednego dnia nie przepracował w biurze czy na stałej umowie – wszystko robi zdalnie, a każdą zimę spędza w ciepłym i pięknym miejscu. Nie liczy na pomoc państwa, nie wierzy w ZUS. „Ludzie w Polsce mało się cenią”.

O tzw. cyfrowym nomadyzmie rozmawiamy z Andrzejem Budnikiem, podróżnikiem, który wspólnie z Alicją Rapsiewicz prowadzi bloga LosWiaheros.

Aleksandra Podgórska, Podróże Gazeta.pl: Czym jest cyfrowy nomadyzm? Jak wytłumaczyć to komuś, kto nigdy wcześniej o nim nie słyszał?

Andrzej Budnik: – Cyfrowy nomadyzm to styl życia, w którym pracujesz z dowolnego miejsca na świecie, gdzie jest internet. Jeszcze kilka lat temu w Polsce ten termin w ogóle nie istniał, choć niektórzy ludzie już wtedy w ten sposób żyli i wykonywali zlecenia będąc np. w Tajlandii, na Wyspach Kanaryjskich czy w Meksyku. Digital nomads, czyli cyfrowi nomadowie, to kolejny trend, który stał się na tyle powszechny, że trzeba było go jakoś zgrabnie nazwać.

Przesiadywanie w nadmorskiej kawiarni z pięknym widokiem, brak szefa, który przypomina o zbliżającym się terminie oddania projektu, a wieczorami okazja, aby pozwiedzać lub wybrać się na spacer po plaży w blasku zachodzącego słońca. Tak niektórzy mogą sobie wyobrażać ten sposób życia. Brzmi jak bajka, ale czy rzeczywiście tak jest?

– Będąc zupełnie szczerym, to mam spory problem ze “sprzedawaniem” idei cyfrowego nomady za pomocą zdjęcia z laptopem na kolanach, najlepiej na plaży i w pełnym słońcu – każdy, kto choć raz próbował pracować w takich warunkach dobrze wie, że to jest kompletnie nieefektywne. Osoby, które tak postrzegają pracę zdalną na rajskiej plaży, dość szybko zostaną sprowadzone na ziemię przez rzeczywistość. Na dłuższą metę, pracując przy komputerze, potrzebujemy tego samego, co w Polsce – maksimum ciszy, minimum bodźców zewnętrznych oraz wygodnego biurka i krzesła. Zdjęcia, które często widzimy w internecie, robi się na potrzeby Instagrama lub Facebooka, żeby pochwalić się jakie mamy fantastyczne życie.

Kto może zostać cyfrowym nomadą, a kto zdecydowanie nie powinien próbować?

– Każdy, kto wykonuje pracę przez internet. Jeśli spojrzysz na to, co robisz i dojdziesz do wniosku, że w sumie to nie musiałbyś chodzić do pracy, żeby wykonywać swoje obowiązki (oczywiście o ile szef na to pozwoli), to znaczy że mógłbyś ją wykonywać zdalnie, np. z domu, ale też z jakiegoś mniej lub bardziej egzotycznego miejsca.

Najczęściej cyfrowymi nomadami są programiści, projektanci stron www, graficy, ilustratorzy, twórcy aplikacji mobilnych, tłumacze, kompozytorzy muzyki, nauczyciele języków obcych (udzielą korepetycji on-line), instruktorzy gry na gitarze (niektórzy robią to przez Skype), architekci, copywriterzy czy administratorzy fanpage’y na Facebooku, bo i to staje się dziś coraz bardziej popularne. Tych zawodów jest coraz więcej, bo też coraz więcej naszego życia zaczyna kręcić się wokół nowych technologii i internetu. Warto też wspomnieć o blogerach i vlogerach, czyli po prostu twórcach internetowych, którzy niemal wszystko, co robią, wiążą z aktywnością w sieci.

Co ciebie i Alicję skłoniło do tego, żeby zdecydować się na cyfrowy nomadyzm?

– Od kiedy pamiętam, to pracuję zdalnie na zlecenie dla kogoś. Nie przepracowałem ani jednego dnia na umowie o pracę, a swoją aktywnością zawodową dobijam już 15 lat. Dla mnie więc była to naturalna kolej rzeczy, która wynikła trochę przez przypadek, gdy dowiedziałem się, że to, co robię, właśnie nazywa się cyfrowym nomadyzmem.

Gdy wraz z Alicją wyjeżdżaliśmy w 4,5-letnią podróż po Azji i Australii, zabraliśmy ze sobą laptopa, aby pisać bloga, ale też po to, aby móc dorabiać w podróży. Przed wyjazdem zajmowałem się projektowaniem stron www oraz pozycjonowaniem ich w Google i robiąc to w podróży, mogliśmy po prostu dłużej w niej być. Nie mieliśmy tyle oszczędności, aby tylko z nich pokryć wydatki na kilkuletnią podróż. Praca zdalna, bo tak to wtedy określałem, była mi więc bardzo na rękę – potrzebowałem tylko dostępu do internetu.

Mieliście dużo wątpliwości przed podjęciem decyzji? Czego najbardziej się obawialiście lub obawiacie? Jako freelancerzy, na dodatek pracujący z różnych miejsc na świecie, nie możecie raczej liczyć na takie zabezpieczenia jak emerytura czy urlop zdrowotny.

– Ja w ogóle nie liczę na jakąkolwiek pomoc państwa. Od zawsze wychodzę z założenia, że jeśli sam o siebie nie zadbam, to nikt tego za mnie nie zrobi. Mam też w związku z tym ogromny problem wewnętrzny z opłacaniem ZUS-u, bo i tak, kiedy potrzebuję pójść do dentysty czy zrobić szybko jakieś badania, to idę prywatnie i muszę za to płacić ekstra albo pokrywam je z ubezpieczenia podróżnego, które wykupuję.

Natomiast największym problem jest samo motywowanie się do pracy, bo poza terminem, który jest ustalony z klientem, nie mam nad sobą żadnego bicza. A czasem w pięknych miejscach praca jest ostatnią rzeczą, którą chce się robić. Tak było w Australii, tak było też na Wyspach Kanaryjskich. To właśnie jedna z najczęściej wymienianych wad takiego trybu życia i pracy. Najlepiej wyraźnie podzielić sobie czas odpoczynku i korzystania z tego, co nas otacza, od czasu, gdy rzeczywiście skupiamy się na pracy. Ale nie ma jednego modelu, który będzie odpowiadał wszystkim.

Jak wy rozkładacie sobie czas pomiędzy wykonywanie obowiązków a podróżowanie?

– Na Wyspach Kanaryjskich, gdy mieliśmy dużo pracy przez pierwsze dwa miesiące, po prostu wyznaczyliśmy sobie rygor pracy od poniedziałku do piątku, ale w przedziale 6-godzinnym. Gdy ogarnęliśmy najpilniejsze zlecenia, podeszliśmy do tematu na zasadzie – jedna, nawet mała rzecz, jednego dnia. Reszta to odpoczynek.

A czy zarobki nie są problemem? Da się w taki sposób dobrze zarabiać? I czy zwracają się koszty wyjazdu za granicę?

– Od dawna uważam, że niskie zarobki w Polsce biorą się stąd, że ludzie się mało cenią i biorą na siebie więcej zleceń, ale po niższych stawkach, żeby czasem ktoś inny tego zlecenia nie dostał. O ile na początku swojej drogi zawodowej czy na studiach można to zrozumieć, o tyle z biegiem czasu i nabywanego doświadczenia stawki powinniśmy podnosić. Smutne jest to, że pracodawcy to wykorzystują, bo taki jest ogólny trend – jak nie ty, to kogoś innego sobie znajdę. My jesteśmy na takim etapie, że nie zastanawiamy się za długo, jak wycenić kolejne zlecenie – mamy swój cennik i według niego działamy. To wprowadza sporo higieny mentalnej, bo inaczej zapracowalibyśmy się na śmierć.

Co do kosztów wyjazdu, to oczywiście zależy, dokąd pojedziemy. Ostatnią zimę spędziliśmy na Wyspach Kanaryjskich, gdzie wynajęliśmy wraz z przyjaciółmi 4-pokojowe mieszkanie w miejscowości Adeje na Teneryfie. Koszty życia mieliśmy tam porównywalne do tych w Warszawie czy Krakowie, a okoliczności przyrody i przede wszystkim ilość słońca była zdecydowanie na korzyść Teneryfy. Po tygodniu wiedzieliśmy też, gdzie taniej robić zakupy, poznaliśmy lokalne sklepy z warzywami i owocami, więc nie płaciliśmy tego turystycznego frycowego.

Jak reaguje rodzina, kiedy słyszy: „Mamo/tato/babciu mam dość zimy, wyjeżdżam popracować za granicą, wrócę za pół roku”?

– Już przywykli, że nas więcej nie ma w kraju, niż jesteśmy. Kiwają głową ze zrozumieniem, ale oczywiście nieobecność podczas świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy albo imprez rodzinnych, to po prostu koszt, jaki ponosimy, będąc za granicą. Coś za coś.

A jakie są reakcje innych ludzi, kiedy dowiadują się, jak żyjecie? To trochę nietypowe dla Polaków, w naszym kraju bardzo ceni się takie wartości jak stabilizacja i posiadanie rodziny.

– Pierwszy raz otwarcie opowiedzieliśmy o naszym stylu życia na konferencji twórców internetowych See Blogers, która odbywa się w Gdyni. Pamiętam, że wtedy mieliśmy mnóstwo pytań po samym wystąpieniu, ale też kilkadziesiąt maili na prywatnej skrzynce. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że tak można, choć coraz więcej się w tym temacie dzieje i coraz częściej o cyfrowym nomadyzmie się mówi. Przykładem może być i ten wywiad.

Na początku tego roku założyliśmy też specjalną grupę na FB, która pomaga zebrać podstawowe odpowiedzi na pytania: gdzie szukać pracy zdalnej, gdzie wyjechać, aby koszty utrzymania nie były za wysokie, jakie zawody można podciągnąć pod cyfrowy nomadyzm. Zainteresowanie jest coraz większe!

Znacie kogoś, komu taki styl życia zaszkodził i zupełnie się nie sprawdził?

– Otwarcie nikt, kogo znamy, czegoś takiego nie powiedział.

Wy zdecydowaliście, że część roku będziecie spędzać w Polsce, a kiedy robi się chłodniej, przenosicie się gdzieś, gdzie jest ciepło i słonecznie. Czy zawsze jest to jedno miejsce, czy w ciągu tych kilku miesięcy jeździcie po różnych krajach?

– Staramy się ograniczać do jednego kraju lub regionu, bo wiąże się to z niższymi kosztami. Poza tym przemieszczanie się w połowie zimy do innego kraju to ponowne planowanie, wynajmowanie mieszkania etc. Mamy jeszcze przed sobą około 40-50 zim, więc dużo zdążymy zjeździć (śmiech). Wiosnę, lato i wczesną jesień spędzamy w Polsce, ale też nie w jednym miejscu. Zlecenia mamy w różnych miastach. Jeździmy po całym kraju, filmujemy i fotografujemy z drona ciekawe miejsca. Nasze auto przekształciliśmy w mobilny dom. Można w nim spać, przyrządzić posiłek, schować się przed złą pogodą. Dzięki temu mamy okazję zobaczyć miejsca, do których pewnie bez powodu byśmy się nie wybrali.

Jakie miejsca już w ten sposób odwiedziliście?

– Jedną zimę spędziliśmy w Australii i Nowej Zelandii, a ostatnią na Kanarach. Przy doborze takich miejsc staramy się brać pod uwagę to, czy będziemy mogli zatrzymać się w miejscu, gdzie będą komfortowe warunki do pracy. Potrzebujemy spokojnego miejsca z biurkiem, dostępem do prądu i internetu. Staramy się też zorientować, jakie będą koszty utrzymania na miejscu, żeby się nie okazało, że nie mamy za co żyć.

Jakie były najbardziej ekstremalne warunki, w których pracowaliście lub próbowaliście pracować?

– Próbowaliśmy pracować, jadąc rowerami z Tajlandii do Polski. Szło nam nieźle, dopóki nie wjechaliśmy do Azji Środkowej. Tam pokonał nas bezkres stepu i spore dystanse od kolejnych dużych miast, gdzie moglibyśmy znaleźć internet, ale też naładować komputer. Tadżykistan, Kirgistan czy Uzbekistan to nie są idealne miejsca do pracy. Poza tym zdaliśmy sobie sprawę, że podróżowanie rowerem pochłania tak dużo naszej energii, że po dojechaniu do jakiegoś bardziej cywilizowanego miasta jesteśmy wykończeni i nie mamy ochoty na wysiłek intelektualny. Co innego gdybyśmy jechali motorem czy samochodem terenowym. Wtedy można to jakoś pogodzić, bo też prąd moglibyśmy sami produkować z alternatora naszego pojazdu.

Scenariusz, kiedy trudno jest znaleźć dobrze działające Wi-Fi (lub w ogóle jakiekolwiek), zdarza się pewnie dość często? Do tego mogą dochodzić inne niedogodności. Czy w takich sytuacjach pojawiają się w głowie myśli, że trzeba było jednak zostać w Polsce?

– Tak, wtedy łatwo o frustrację. Dlatego bardzo polecam sprawdzić ten styl życia na początek z jednym czy dwoma zleceniami podczas krótszego wyjazdu, niż rzucać się na głęboką wodę. W sieci można teraz sprawdzić wszystko. Zanim się wyjedzie w jakieś miejsce, warto najpierw poczytać opinie innych cyfrowych nomadów o danym kraju, kosztach i dostępie do internetu szerokopasmowego lub mobilnego.

Nomadzi żyją w hotelach czy raczej decydują się na wynajem mieszkania lub pokoju? A może wygląda to jeszcze inaczej?

– Zależy to głównie od kosztów wynajmu, ale oczywiście optymalnym rozwiązaniem jest wynajęcie mieszkania lub apartamentu. Wtedy mamy 100 proc. niezależności. Powstaje też coraz więcej miejsc do pracy dla cyfrowych nomadów. To tzw. coworkingi. Można tam wynająć miejsce do pracy na określony czas, jest dostęp do internetu i są też inni cyfrowi nomadowie z różnych branż (na przykład webmasterzy, projektanci, graficy, tłumacze, copywriterzy), z którymi można wymieniać się doświadczeniami lub poprosić o radę i pomoc przy wykonywanym zleceniu.

Praca zdalna z ciepłego, egzotycznego kraju brzmi zachęcająco dla freelancera. A jak reagują zleceniodawcy, kiedy dowiadują się, że nie ma was na miejscu?

– Często nawet nie wiedzą, że jesteśmy za granicą, chyba że trafią na naszego bloga lub facebookowy fanpage. Nie tłumaczę się, skąd wykonuję zlecenie, choć na pewno w mentalności polskich przedsiębiorców może pojawiać się strach przed zatrudnieniem kogoś, kto jest akurat w Meksyku. Na szczęście to się powoli zmienia. Pracodawcy nabywają do nas zaufania, gdy przekonają się, że zlecenie jest dobrze wykonane.

Jest możliwe, aby być cyfrowym nomadą przez całe życie? Czy dla was to tylko etap, a w przyszłości chcielibyście się ustabilizować? Powrót do rzeczywistości chyba nie należy do najłatwiejszych.

– Nie potrafimy na to pytanie odpowiedzieć. To jest zbyt nowy trend, który pojawił się wraz z rozwojem internetu i ciężko znaleźć historie osób, które pracowały zdalnie przez Internet do końca swojego życia. Pewny jednak jestem tego, że nie umiałbym pracować na umowę o pracę w tzw. stabilnym trybie. Długa podróż po Azji i Australii tak bardzo nas zmieniła, że praca od 8 do 16 byłaby dla mnie wyrokiem.

Jaki jest tak naprawdę sens cyfrowego nomadyzmu, o co w nim chodzi? Podróże przecież mogą kiedyś się znudzić, poza tym dla wielu osób są wyczekiwaną odskocznią i chwilowym oderwaniem się od codzienności, a nie sposobem na życie.

– Przyzwyczajenie? Teoretyczna możliwość decydowania o każdym swoim dniu? Świetne pytanie, zaskoczyło mnie, przyznaję. Na pewno jest coś w tym, że nie czekam na podróż, jak na coś niesamowicie ekscytującego i znikł ten moment wyczekiwanej odskoczni, ale co mam w zamian? Pewnie sporo niezależności i jeśli poduszka finansowa jest wystarczająco duża, także możliwości zmiany otoczenia, a nawet zawodu, jeśli znudzi mi się to, co akurat robię.

LosWiaheros możecie śledzić na Facebooku:

LosWiaheros.pl – Podróżuj, odkrywaj, inspiruj, a także dołączyć do prowadzonej przez Andrzeja i Alicję grupy poświęconej cyfrowemu nomadyzmowi:

Cyfrowi Nomadowie i Freelancerzy, czyli praca zdalna i podróże!

 

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Trip we dwoje w Gazeta.pl! „Nie rzuciliśmy korpo, żeby podróżować. Nie chcemy podtrzymywać tego mitu”

Paulina Dudek

http://podroze.gazeta.pl/podroze/7,114158,21495294,trip-we-dwoje-w-gazeta-pl-nie-rzucilismy-korpo-zeby.html

17.03.2017 11:23

Dwa lata temu minęli się w drzwiach sopockiego klubu. Ona – blondwłosa prawniczka, on – blondwłosy instruktor kilku dyscyplin sportowych. Od tego czasu są razem: na rowerze, w wodzie, w powietrzu i na vlogu Treneiro.

Rozmawiamy z Zuzią Treneiro i Andrzejem Treneiro z Treneiro Vlog o tym, jak mieć fajne, aktywne życie, pracując na etacie, o miłości Polaków do aquaparków i jednym ważnym argumencie za tym, by natychmiast przestać narzekać. 

Jak oglądam niektóre Wasze filmiki, to pocą mi się ręce ze strachu.

Zuzia: – Nam też.

Jesteście na 450. miejscu na świecie wśród blogów w swojej kategorii (Travel). A niedawno zaczęliście.

Andrzej: – Ja od zawsze coś kręciłem, dla siebie. Kanał miałem wcześniej, ale przez długi czas nic tam nie wrzucałem. Dwa lata temu poznałem Zuzę, a w międzyczasie jeszcze Igora Leśniewskiego, który uświadomił mi, że na YouTube można być profesjonalnym twórcą. Wtedy pomyślałem o tym trochę poważniej i zacząłem dodawać filmy raz na miesiąc.

Z: – Bo na początku trzeba się przełamać. Wszyscy patrzą na ciebie jak na głupka – chodzisz z kamerą, gadasz do niej. Musisz znosić docinki znajomych: „O, vloger, co tam kręcisz?”.

A: – Od lipca 2016 roku co tydzień w każdy czwartek na kanale pojawia się nowy film.

Kiedy się zorientowaliście, że ludzie oglądają wasz kanał? Że czekają?

A: – Cały czas jesteśmy niedużym kanałem. Zawsze trochę oglądali. Jak przekroczyliśmy 10 tys. subskrypcji, to już wiedzieliśmy, że na pewno wyszliśmy poza znajomych. A trzeba zaznaczyć – nie jest to łatwy temat na Polskę. 

Dlaczego?

A: – Bo YT to druga po Google największa “wyszukiwarka”, a ludzie wyszukują to, co znają. Najłatwiej przebić się z tematami popularnymi – np. jak mieć piękne paznokcie, co student powiedział. Jeśli nie byłeś w danym miejscu lub nigdy o nim nie słyszałeś, nie masz pojęcia, jak pięknie jest w Zermatt, to na pewno nie będziesz tego szukać, a szansa, że YT sam zaproponuje Ci ten kontent, jest mała. W podróżach dodatkowo trudno wyróżnić się wśród filmików z wakacji – tych jest mnóstwo i ludzie wcale nie chcą ich oglądać. Trzeba się wysilić, żeby widz widział, że dostaje coś więcej.

Skąd się znacie? Pytam, bo to, że jesteście zakochani, jest ważną częścią kanału.

Z: – Poznaliśmy się w Mewie Towarzyskiej, to taki klub w Sopocie. Ja wychodziłam, Andrzej wchodził. Zrobiłam Andrzejowi “eye contact”. Koledzy mnie nauczyli takiej techniki podrywu w trzech krokach, ale to sekret (śmiech).

A: – Zagadałem: „Może jednak zostaniesz?”. No i została. To, że na kanale pojawiła się dziewczyna, to tylko lepiej. Ale nie wiem, czy nazwałbym to zaplanowaną strategią.

Od razu się zgadaliście, że oboje lubicie sport?

A: – Tak, to była jedna z rzeczy, o których rozmawialiśmy pierwszego wieczora. Zuza wcześniej jeździła na snowboardzie, ale też pokazała mi wakeboard i surfing. Ja ją wciągnąłem w rowery.

Z: – Tak naprawdę szukałam kogoś, kto by mnie tego nauczył.

A: – Widzisz. Nie ma przypadków.

Kto jest w waszej parze odważniejszy?

Z: – Wczoraj się nad tym zastanawialiśmy. W sportach – ja.

A: – Ja niestety mam za sobą trzy poważniejsze złamania, więc też trochę straumatyzowany umysł. W sporcie Zuza jest większym harpaganem. Jedzie, nie patrzy. Ja muszę coś wyćwiczyć i jak już czuję, że jestem pewien, to wtedy robię.

Kto wystawia głowę z auta i pyta o drogę?

A: – Ja

Z: – Jak Andrzej mi każe do kogoś dzwonić, to od razu mówię, że nie mam numeru. W życiu Andrzej jest odważniejszy. Świadczy o tym sam fakt, jak on się przeniósł do Warszawy.

A: – W dwa dni rzuciłem pracę i przyjechałem tutaj. I nie żałuję.

Jest coś, czego próbowaliście i już byście tego nie powtórzyli, bo to jednak było zbyt hardkorowe?

Z: – Pizza z jednej z polskich sieciówek (śmiech).

A: – Tak, nie lubimy głównie słabej pizzy. A serio, nie wybieramy raczej rzeczy, które by nam nie podpasowały.

Rzecz, którą bardzo chcielibyście zrobić, ale się boicie?

A: – Skok ze spadochronem.

Z: – O tak. Tu trzeba mocno zawalczyć, żeby zaufać sprzętowi, gdy wszystko ci mówi: „Nie wychodź, zginiesz!”. Ale zrobimy to.

Zdarza się, że internauci chcą, żebyście coś przetestowali?

Z: – Non stop. Z jakiegoś powodu dzieciaki uwielbiają aquaparki. To jest jakiś polski fenomen.

A: – Nie tylko dzieciaki. I nie tylko polski.

Z: – My możemy się tylko cieszyć, bo akurat w to trafiliśmy, dobrze się bawiąc. Ale przyznaję, że jestem w lekkim szoku, kiedy wrzucamy film z Zermatt, sami wciąż jesteśmy pod wrażeniem, jak tam jest pięknie, jak lecimy helikopterem, i dostajemy komentarz: „Przetestujcie aquapark np. w Solcu Kujawskim” (bez urazy dla tej miejscowości, na pewno ma fajny park). Nieważne, że właśnie zjechaliście z lodowca, bo ten aquapark na pewno bardziej by wam się podobał. Pod każdym naszym filmem jest lista miejsc, gdzie mamy pojechać, głównie aquaparki, ale zdarza się, że ktoś poleca miejsce w górach, w którym spędził ferie.

A: – Wydaje mi się, że ludzie lubią, kiedy pokazujemy miejsca, z którymi potrafią się zidentyfikować. W Polsce już coraz więcej osób jeździ za granicę, ale wciąż nie jest to mainstream.

Co Wy na to, że oglądają Was dzieci?

A: – Nigdy nie planowałem, że będę w jakikolwiek sposób docierał do młodszego widza. Nasz kontent oglądają głównie dorośli, ale 20% widzów mamy w najmłodszej grupie wiekowej. Bardzo się cieszymy, że dzieciaki chwytają, że w internecie można obejrzeć coś innego niż gaming, że poza YT jest życie – park linowy, trampoliny, ścianka, aquapark, rower.

Wydaje mi się, że w Polsce nie ma w tej chwili mediów i kanałów, które pokazywałyby alternatywę spędzania czasu wolnego, która naprawdę jest atrakcyjna dla młodych ludzi. Ja zresztą stąd jestem „treneiro”. Jako instruktor narciarstwa i innych sportów zawsze miałem super kontakt ze swoimi podopiecznymi.

Z: – Można ich namawiać, ale jeżeli nie trafisz do nich w ich języku, to nic się nie zmieni.

A: – Pokazujemy im prawdziwe emocje, nie reżyserowane.

Zdarzyło wam się, że rodzice dzieci dziękowali wam za zachęcenie ich pociech do wyjścia z domu?

Z: – Mieliśmy wiadomość od mamy dziecka, które nas ogląda – ucieszyła się, że dziecko akurat tego szuka w sieci, a przy tym sama zaczęła oglądać.

A: – Zawsze bardzo chętnie odpisuję na wiadomości, w których ktoś pyta o rady odnośnie tego, co było w naszych filmach.

Macie już swoich etatowych hejterów?

A: – Stałych nie. A odpisujemy na 99% komentarzy.

Z: – Ale na ewentualny hejt tak „po ludzku”, np.: „Słuchaj, zastanów się nad tym, co piszesz, nie znasz w pełni sytuacji”. Część internautów uważa, że jeśli ktoś robi coś publicznie, na większą skalę, to można mu rzucić w twarz cokolwiek, bo to już nie jest człowiek, tylko produkt. Chyba nikt nie myśli o tym, że taka np. Natalia Siwiec jest człowiekiem i może jej być przykro, jak ktoś ją zwyzywa. Pokazujemy, że jesteśmy ludźmi, mamy uczucia.

A: – Wydaje mi się, że w ludzie w internecie się przyzwyczaili, że ich komentarz trafia w próżnię. Jest jakieś medium, które nie odpowiada na hejt. Pamiętam jeden komentarz: „O nie, teraz wszyscy chcą być fit, w jakim smutnym świecie żyjemy”. Zapytałem czy mamy nagrywać gaming, mimo że jestem po AWF-ie i przez całe życie uprawiam sport. Komentarz od razu zniknął. A czy mamy hejterów – okaże się po tym artykule.

Z: – Spodziewamy się tego. Na razie jeszcze oglądają nas ludzie, którzy chcą i lubią.

Ludzie wam czasem zazdroszczą fajnego życia?

A: – Nie wiem, czy jest czego zazdrościć. Wiadomo, że w internecie wygląda to, jak wygląda, bo pokazujemy tylko fajne rzeczy. Ludzie nie chcą oglądać smutnych rzeczy, więc ich nie pokazujemy, ale jak każdy mamy swoje problemy. Kanał jest o tym, co może robić każdy normalny człowiek. Przekrój społeczny w Polsce jest bardzo duży i nie każdego stać na wszystko. My akurat mamy to szczęście, że możemy sobie pozwolić na wyjazd do Szwajcarii, bo oboje pracujemy, ale nieraz taki wyjazd spłaca się jeszcze długo po powrocie. Tak wybraliśmy – dla nas wyjazdy są ważniejsze niż auto na kredycie albo większe mieszkanie.

Pytają: „Skąd macie pieniądze?”

A: – Tak. I odpowiedź jest zawsze ta sama: pracujemy.

Z: – Staramy się też pokazywać, że pewne rzeczy nie kosztują aż tak dużo, jak by się mogło wydawać, że można je robić różnymi sposobami. Np. w większego tripa można jechać dużym samochodem i w nim spać.

A: – Nasz samochód kosztował 6 tysięcy złotych, Volkswagen Transporter T4 z 1997 roku. Jak jedziemy przez Polskę, to 70% gospodarstw ma te samochody. Kolega od którego go kupiliśmy nazwał go „PanToster” i tak zostało.

Zuzia, Ty jesteś prawniczką na etacie. W pracy wiedzą, co robisz po godzinach?

Z: – Tak. Mój szef wie, dla niego to jest ok – to dla mnie najważniejsze. Mam świadomość, że może mnie ktoś rozpoznać z klientów, więc uważam, żeby się za bardzo nie wygłupić

A: – Zuza chyba dobrze trafiła ze swoim pracodawcą i balans między pracą a życiem jest u niej zachowany. Mówi się korpo, korpo, a ja z mniejszymi pracodawcami miałem dużo mniej przyjemne akcje.

Na blogu podkreślacie, że dzielicie obowiązki służbowe z wyjazdami.

A: – Tak. O to w tym u nas chodzi. Nie rzuciliśmy pracy w korpo, żeby podróżować. W ogóle nie uważamy się za super podróżników. Pokazujemy tylko to, co każdy człowiek przy odrobinie motywacji jest w stanie zrobić

Z: – Nie chcemy podtrzymywać tego mitu, że żeby uprawiać sport czy oglądać świat, trzeba to robić na milion procent. Nie każdy może sobie pozwolić na gap year. I nie każdy tak chce. My wcale nie chcielibyśmy przez rok zasuwać jak mróweczki, nie wydawać ani grosza, żeby potem móc powiedzieć: „Rzucili korpo i pojechali być wolni na Kamczatce”.

Czemu?

Z: – Bo to jest rok naszego życia, którego nie odzyskamy. Wolimy sobie jeździć po troszku.

A: – „Rzucanie korpo” było przez pewien czas bardzo nośnym tematem. Myślę, że takie decyzje bywają powodem hejtów i frustracji ludzi. Moim zdaniem każdy musi znaleźć swoją drogę. Tu nie chodzi o wybór między skrajnościami “praca w korpo – brak życia” albo “podróż – odcinka od jakiejkolwiek pracy i cywilizacji”. Trzeba znaleźć swój złoty środek.

Jest ileś form pośrednich?

A: – Mnóstwo. Chyba dlatego udaje nam się unikać hejtu, że nie uczymy ludzi, jak mają żyć, nie mówimy: „Jak nie będziecie podróżować, to straciliście życie”

Z: – Albo: „Jesteście gorsi, bo pracujecie na etacie”

A: – Każdy ma swoje priorytety i jeżeli stwierdza, że dla niego najważniejsza jest w tej chwili rodzina, ale lubi podróżować i chce sobie kupić samochód campingowy za 300 tysięcy złotych, to niech go sobie kupi. Nawet jak ma gdzieś jechać raz w życiu, a poza tym ten samochód będzie stał na trawniku. Nikt nie może sobie rościć praw, żeby temu człowiekowi mówić, jak ma żyć, oceniać jego wybory. Każdy chce robić fajne rzeczy. A jakie to są? Dla każdego co innego.

Nie da się ukryć, że w środowisku ludzi, którzy podróżują, często powraca ten podział na podróżników i turystów.

A: – Tylko co to za różnica? Chyba tylko dla ludzi, którzy chcą się poczuć lepiej od innych. Jeżeli podróżujesz, to jesteś turystą  i na odwrót. Sami nie chcielibyśmy być klasyfikowani: „O, oni robią z siebie podróżników, a są turystami”. Każdy niech robi to, co lubi, i tylko niech nie sprawia tym przykrości innym.

Z: – Są ludzie, którzy wolą spać w namiocie w Gruzji, są tacy, którzy wybiorą  hotel all inclusive, bo to lubią, nawet nie z powodu różnicy w cenie. Ja jestem za tym, żeby nie mówić temu, kto chce leżeć przez tydzień na plaży, że nie powinien tego robić, albo że nie jest to podróż.

To jest to, co chcielibyście przekazać ludziom? Róbcie co chcecie i cieszcie się tym?

Z: – Tak. Przede wszystkim korzystajcie z tego, co macie. Ja kiedyś miałam takie „oświecenie”, że to, co się dzieje w moim życiu, to są moje wybory. I kiedy marudzę na to, jak sobie to życie ułożyłam, to tak naprawdę marudzę na to, co sama wybrałam. I co mogę zmienić. Gdy ludzie z jednej strony chcieliby zobaczyć dużo świata, z drugiej lubią swoją pracą, to zawsze jest coś pośrodku. Pula dni urlopowych – może nie wielka, ale jest. Można zagadać z pracodawcą i wziąć urlop bezpłatny

Jak ktoś chce żyć tak, jak my, to powiemy mu – żyjcie raczej tak, jak wy chcecie. I korzystajcie z tego, co jest u was możliwe. Jeśli macie tylko trochę czasu wolnego, to korzystajcie z tego trochę. Nie stać was na Alpy, to jedźcie w Tatry. Nie lubicie gór – też macie do tego prawo.

Andrzej, a co Ty byś powiedział ludziom, którzy chcieliby robić to, co Wy?

A: – Róbcie to, bo jest super. Ale czy chcecie żyć tak, jak my – nie wiem, bo nie znacie tak naprawdę naszego życia z jego ciemniejszymi stronami. Pięć lat temu, po studiach, pracowałem za 1300 złotych, z tego wynajmowałem mieszkanie i spłacałem 500 zł kredytu studenckiego. Nie wiem, czy każdy by tak chciał. Jeżeli ty dasz radę, to podejrzewam, że poradzisz sobie w każdej sytuacji

Trzeba pamiętać, że życie ma się jedno i tylko od nas zależy, jak je sobie ułożymy. Nie ma co zazdrościć innym, bo każdy ma i lepiej, i gorzej. A 90% sukcesu to jest ciężka praca i konsekwencja. W życiu nie ma nic za darmo, zawsze coś jest kosztem czegoś innego. Najważniejsze, żebyśmy na koniec dnia się z tym w miarę dobrze czuli. Bo wiadomo, że nigdy nie będzie tak, jak w internecie. Internet to telewizja, oglądacie to, co wybraliśmy, żeby pokazać i co chcemy zachować jako wspomnienie.

Dzięki. Najważniejsze pytanie na koniec: pojedziecie do tego Solca Kujawskiego?

Z: – Mamy trochę parków trampolin i aquaparków na liście. Nie obiecujemy, ale pewnie pojedziemy. Ogólnie chcemy odwiedzić też mniejsze miasta, bo nasi widzowie zasługują na to, żeby pokazać im atrakcje w ich okolicy.

Andrzej Treneiro – absolwent AWFiS w Gdańsku, były zawodnik Dirt MTB. Obecnie prowadzi firmę Twosix.video i kanał YT Treneiro Vlog.

Zuzia Treneiro – prawnik z wykształcenia, snowboardzistka z zamiłowania. Obecnie pracuje na etacie i każdą wolną chwilę poświęca na sport i prowadzenie wspólnie z Andrzejem vloga.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.