Przygotować się na niewiadome

Świat zmienia się szybko. Rynek pracy także. Osoby wchodzące na rynek pracy, i nie tylko one, widzą nad sobą widmo zanikających zawodów, dominacji informatyki oraz wiszącej niepewności co do przyszłości. Eksperci mówią, że kiedyś wyzwań było równie dużo, jeśli nie więcej, choć były one inne. Ale czy to ma być pociecha? Czy człowiek jest w stanie przygotować się do tak zmiennej rzeczywistości?

Przed trzema laty czytałem ciekawy artykuł na ten temat. Zaciekawił mnie na tyle i sprowokował do zastanowienia się, że „wrzuciłem go na półkę” do ponownego wykorzystania kiedyś.

Artykuł, przytoczony na końcu tego wpisu, to wywiad z prof. Augustynem Bańką, który jest psychologiem społecznym i specjalizuje się (podaję za notatką w Wikipedii) w tak nietypowych kwestiach jak… „psychologia nicnierobienia” ale i, bardziej prozaicznie, w rozważaniach nt. zachowania się ludzi na współczesnym, bardzo płynnym rynku pracy.

Poniżej kilka – jak zwykle subiektywnych – uwag, zarówno zaczerpniętych bezpośrednio z artykułu jak i dopisanych przez autora bloga. Oczywiście, kto przeczyta artykuł i skonfrontuje to z własnym doświadczeniem, wyciągnie z pewnością własne wnioski.

Co można zrobić, jako profilaktyka dotycząca swojego życia zawodowego za 20-30 lat?

  •  Podpatruj – starszych o 10 lat, a patrząc analizuj gdy patrzysz na ludzi 20-30 lat starszych od siebie, może z pokolenia swoich rodziców, często czujesz, że ich sytuacja, zarówno ta kiedyś jak i ta obecnie, jest kompletnie inna od twojej, w stopniu który czyni porównania bezsensownymi. Obserwacja ludzi starszych od ciebie o 8-15 lat może ci znacznie ułatwić realistyczne tworzenie celów własnych.
  • Aspiruj, bądź odważny
    – przyjemność nie w złapaniu króliczka, ale w gonieniu go wielu z nas nie docenia trudnych do przewidzenia (i przecenienia) korzyści, jakie zyskujesz w działaniu, w próbowaniu, nawet w analizowaniu porażek. Choć za tymi ostatnimi nie tęsknimy przecież, to porażki są nieuniknionym możliwym następstwem odważnego działania, bo wszelkie innowacje są ryzykowne.
  • Uciekaj do przodu
    zawodowo, ale też osobowością, zainteresowaniami, kontaktami to oczywiście stwierdzenie ogólne, bo psycholog powiedziałby zapewne, że osobowość masz jedną, na życie, ale rozmaitość nowych doświadczeń ułatwia uczenie się, a także zachowanie elastyczności, a pośrednio zwiększa skuteczność reagowania na zmiany zachodzące w nas i wokół nas
  • Nie uznawaj zbyt szybko, że się nie da – proaktywność to ważna cecha, jedna z kluczowych zasad Covey’a skutecznego działania. Tej kwestii poświęciliśmy kilka wpisów na blogu (m.in. 18 czerwca i 16 lipca 2015)
  • Nie bój się zmian, one zdarzą się NA PEWNO. Żadne działanie nie daje ci gwarancji na cokolwiek (!!!). Miej pokorę wymaganą do zgody na składnik niewiadomy. Różnym aspektom reagowania na zmiany poświęcono na tym blogu m.in. wpis z 21 kwietnia 2015

 

  • Dbaj o równowagę w trójkącie: praca – grupa – ja
    Najmniejsza grupa np. 2-osobowa para. Zachowanie równowagi między poświęcaniem wystarczającej uwagi każdemu z tych trzech elementów to spore wyzwanie dla wielu z nas. Tym, których zdominuje pierwszy aspekt, grozi pracoholizm i katastrofa w społecznych relacjach. Kto poświęci własne aspiracje, osobiste lub zawodowe, sprawom rodziny, ryzykuje późniejszą frustrację i rozczarowanie. Kto skupi się wyłącznie na własnych potrzebach, niech pamięta co pisał poeta Kasprowicz: Kto zawsze tylko żył w pustyni, niechaj nikogo ten nie wini, że nie podniosą się rozpacze i tylko nad nim kruk zapłacze… 
  • Próbuj temu „trójkątowi” dawać (!), w tym trójkącie „budować” a nie zaczynaj od pytania „co dostanę w zamian?”
    To nawiązanie do słynnego powiedzenia jednego z amerykańskich prezydentów: „Nie pytaj co dała ci Ameryka, zapytaj siebie, co ty dałeś Ameryce!”. Sprawa nie jest prosta, to oczywiste. Rozważnie lokuj swoje wysiłki i energię. Ale jednak, dawaj sporo z siebie, próbuj „budować”, tworzyć coś nowego, ulepszać coś istniejącego, zanim powiesz z wyrzutem, że jednak nie jest tak jak być powinno, a świat (lub twoje otoczenie lub twoja druga połówka) jest nieprzyjazny i niesprawiedliwy…
  • Stawiaj sobie dość celów o perspektywie 1-3 letniej,
    Nie da się osiągnąć większych celów w ciągu kilku tygodni czy miesięcy. Większe cele wymagają większego wysiłku i dłuższego czasu. W słynnym eksperymencie „Marshmallow test” (blog, 3 marca i 15 kwietnia 2015), dzieci które zdecydowały się postarać się o podwójną nagrodę, choć odległą i ryzykowną, były później w życiu generalnie bardziej udane. Praktyka pokazuje, że większe zmiany w życiu musza trwać kilka-kilkanaście kroków, a „kwartał to krok”
  • Pchaj się w nowe doświadczenia, nie bój się!
    Wysil się, zaryzykuj, spróbuj! W tym wiele ci się nie uda, ale i tak nauczysz się rzeczy i zobaczysz sytuacje, których byś się nie spodziewał. W zasadzie, to jest inne sformułowanie podpowiedzi z pkt. 3. Jak to w soft skill’ach bywa, i tu warto zachować trzeźwość umysłu i zdrowy rozsądek. Przesada w czymkolwiek grozi przykrymi konsekwencjami

 

  • Rozmawiaj z mądrymi
    Większość takich rozmów odbywa się prywatnie, w gronie krewnych czy znajomych. Bywa, że mądrą osobą jest twoja druga połówka – masz ją wtedy „pod ręką”. Niekiedy, rozmowy z mądrymi ludźmi, z których wyciągnąć można użyteczne wnioski, mają miejsce w sytuacjach zawodowych. Warto pewnie czytać mądre teksty, a w ostateczności sięgać po rozmówców świadczących takie usługi odpłatnie (lekarzy, terapeutów, prawników, coach’ów). W każdym przypadku rozważnie lokuj swoje zaufanie, słuchaj różnych, decyzje podejmuj samodzielnie i sam bierz za nie odpowiedzialność.
  • Załóż, że NIC ci się nie należy, a nie będziesz rozczarowany/-a rozwojem wydarzeń.
    Ewentualnie poczytaj historyjkę „kto zabrał mój ser?”. Jeśli czasem przychodzi ci do głowy, że świat jest niesprawiedliwy, to… masz oczywiście rację!!! I co z tego? Jeśli masz ochotę, to popłacz sobie chwilę w kąciku, a później… bierz się do roboty.
  • Jeśli dotąd nie miałeś znaczących porażek życiowych, to nie przejmuj się!!! To odczucie minie kiedyś! Na pewno.
    Porażki są częścią życia, „zbieranie się” po nich także. Dziś młodzi ludzie nie mają za sobą (na szczęście) wojny, bezrobocia (zwykle), służby wojskowej (kiedyś obowiązkowej), biedy. Wielu młodych ludzi też nie ma wczesnych doświadczeń z urodzeniem i wychowaniem dziecka, bo założenie rodziny odsuwane jest często na później. „Dostać od życia w kość” i/lub „być w stresie”, to niezbędny element życia. Im później się zdarzy, tym będzie bardziej bolesny.
  • Nie marnuj swoich sił na sprzeciw wysiłki swoje koncentruj na tych sferach, na które masz wpływ. Działaj!
    Zdaniem prof. Bańki: „W najgorszej sytuacji są ludzie, którzy trwają ileś lat w jednym zawodzie, w jednym miejscu i nagle w wieku 50 lat tracą pracę. Ci, którzy przez 30 lat zmienili ją pięć, sześć razy, są życiowo ustawieni.”
  • A gdy twoje aspiracje nijak nie dają się zrealizować?
    Prof. Bańka w wywiadzie doradza: „Kiedy jesteśmy zdeterminowani płynnym światem nierównowagi, nie ma czegoś takiego, jak absolutnie źle stawiane cele. Skoro cywilizacja każe nam czekać na swoją szansę, nie powinniśmy wpadać w rozpacz i poczucie niskiej wartości. Tego akurat, jak ma sobie radzić z obrazem siebie ktoś, kto przygotował się do pracy, dopełnił wszelkiej staranności, a świat go nie potrzebuje, nie możemy się nauczyć z doświadczeń wcześniejszych generacji, bo one tego nie przeżyły. Ale tu nie ma czego terapeutyzować, tu stoimy przed nową psychologią. Każdy musi sobie odpowiedzieć, jak budować w tej sytuacji poczucie własnej wartości

 

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Praca w przyszłości

Joanna Cieśla

Po prostu działaj

Prof. Augustyn Bańka o tym, jak myśleć o swej przyszłości, gdy nie wiadomo, jaka praca i jakie zawody nas jeszcze czekają

Joanna Cieśla: – Lubi pan zmiany? Prof. Augustyn Bańka: – Lubię, oczywiście, poza drastycznymi nieszczęściami. Nie ma sensu nie lubić zmian, tak jak nie ma sensu nie lubić powietrza. Ale dobrze budować sobie jakąś osłonkę immunologiczną na okoliczność, gdy te zmiany idą wbrew naszym oczekiwaniom. To mogą być relacje z innymi ludźmi, wspomnienia. Dziś wiele osób jest obsesyjnie nastawionych na przyszłość, a przez to nie tworzy systemu przetrwania odpornego na destabilizację. Człowiek np. całe studia podporządkowuje przyszłości i jedyne, co wynosi z tego okresu, to dyplom, na którym wypisany jest zawód. A zawód to coś, co dziś akurat bardzo szybko może zniknąć. Gdy nagle z jakiegoś powodu przyszłość takiego człowieka okazuje się zablokowana, nie ma do czego wrócić. Gdyby na studiach nawiązał dużo znajomości, przyjaźni – toby miał. Takie podążanie za przyszłością bywa więc pułapką, gdy odbywa się jednowymiarowo, bez koła ratunkowego, badania alternatyw. Szczególnie młodsze generacje stają się ofiarami ciągłej jednowymiarowej pogoni za czymś.

Nic nie musisz i nic ci się nie należy

Czy na pewno? Mam w redakcji o kilka lat młodszych kolegów, którzy definiują pracę jako okres między końcem jednego urlopu a początkiem następnego. Fakt, też spotykam się czasem z taką postawą, ale i ona nie jest wyrazem przystosowania do zmian, jeśli – jak podejrzewam – jedyne, co posiadają ci młodzi ludzie, to wyuczony zawód. Mają zaufanie do siebie, nigdy nie spotkała ich wielka porażka, rozczarowanie, przejawiają więc optymizm charakterystyczny dla wieku 30 lat, który dziś wciąż jeszcze jest wiekiem cielęcym, wschodzącej dorosłości, gdy wydaje się, że wszystko jest możliwe. Żyjemy w czasach długotrwałej stabilizacji, nie było wojen, nie ma skrzywienia traumą. Ale wystarczy, że pani koledzy nagle stracą pracę i zrobi się nerwowo. Bo gdyby któregoś z nich zapytać, jaką on ma alternatywę na istnienie, gdyby zamknięto państwa redakcję, okaże się, że ma tylko: „jakoś to będzie”.

To znaczy, że poczucie bezpieczeństwa powinniśmy czerpać tylko z relacji z innymi ludźmi i wspomnień? Nie, zwłaszcza że nadmierna koncentracja na przeszłości to neuroza. Ale gdy praca i zawód nie dają poczucia bezpieczeństwa, ciągle może je dać pracowanie. Nawet jeśli ma tak prymitywną formę, jak ręczne zmywanie naczyń. Amerykanin David Blustein z Boston College w swojej najsłynniejszej książce ostatnich lat „Psychology of working” proponuje postrzeganie pracy jako czegoś, czego sens tkwi w działaniu dla samego działania, niekoniecznie służącego przetrwaniu; nie w marksowskiej definicji pracy jako wartości ekonomicznej, a bardziej w kategoriach tego, co robiła w czasie I wojny światowej księżna Daisy – angielska arystokratka, żona księcia pszczyńskiego, która opatrywała rannych żołnierzy w szpitalu polowym. To nie było poświęcenie, tylko poszukiwanie usensownienia życia poprzez pracę, która nie jest konieczna, by przeżyć. Dziś Afryka musi pracować, by przetrwać, ale część społeczeństw Europy Zachodniej czy Ameryki – już nie.

My w Polsce też chyba jeszcze musimy. Tak, jeszcze trochę musimy.

No właśnie, na poziomie egzystencjalnym mogę czerpać poczucie bezpieczeństwa ze zmywania naczyń, ale nie utrzymam z tego dziecka. To przykład ekstremalny. Owszem, dotyczy on wielu ludzi w naszym kraju, ale znacznie więcej jest osób, które w tak skrajnych okolicznościach nie są, a zachowują się, jakby były. Jestem przywiązany do zawodu, którego się wyuczyłem, albo po prostu do myśli, że praca musi mi zapewnić określone zarobki i ani grosza mniej – według zasady, że umrę z głodu, a nie będę jadł niegodnego mnie pożywienia. Ludzie wchodzą jak robaki w pułapkę, którą ja nazywam kryterium dobrostanu marzeń: coś mi się należy, coś chcę mieć, muszę mieć. Jeśli ktoś przechodzi bezpośrednio ze studiów do pracy klerka w luksusowym dobrze ogrzanym biurowcu, to myśli, że to będzie wiecznie trwać. A żaden raj nie trwa wiecznie. Kiedyś te biura zamkną, już zamknięto wiele oddziałów banków przechodzących na usługi internetowe.

Jak żyć ze strachem przed tym końcem raju? Psychologia pracowania mówi: coś robić i jak najdalej odsuwać zysk jako kryterium, dla którego to robimy. Wtedy przyszłość nie jest straszna, a jakkolwiek rozumiane załamanie nie jest tym, co niszczy.

Wymyśl siebie

Jak bardzo elastyczni powinniśmy być? Każdy z nas ma przecież pewne naturalne preferencje do działania artystycznego, badawczego, konwencjonalnego, towarzyskiego, przedsiębiorczego lub praktycznego, by przywołać wciąż używaną w psychologii teorię RIASEC. Dziś nawet znów zaczyna się używać niemodnych terminów w rodzaju powołanie, pasja, fascynacja. Ich odkrywanie jest bardzo bliskie psychologii pracowania – stwarza sens życia ­podobny do tego, który dawniej odczuwali ludzie wytwarzający buty, piekący chleb. Nie bez powodu od jakiegoś czasu ciągle rozwija się moda na gotowanie. Chodzi o zapotrzebowanie na działanie i uzyskiwanie sprzężeń zwrotnych – nasze dania komuś smakują.

Pasja polega na czerpaniu satysfakcji z czynienia, działania, które daje konkretny efekt. Dobrze, gdy jest on widziany, spostrzegany – ale ten efekt to nie jest wyłącznie materialny zysk. Inaczej zaprojektuje dom architekt myślący przez pryzmat pieniędzy, które na tym zarobi, a inaczej ten, który chce rozwiązać pewien problem i prosi klientów, by zastanowili się, po co im ten dom, by włączyli się w jego pracę.

Czy w takim razie w ogóle ma teraz sens stawiać sobie konkretne cele związane z życiem zawodowym? Trzeba sobie je stawiać. Mówi się, że do 35 roku życia człowiek powinien się odnaleźć np. w którejś z opisanych przez teorię RIASEC kategorii. Ale na tym nie kończy się rozwój. Dalej trzeba tę swoją kategorię wymacać – wymyślić, jak ją zmaterializować, urzeczywistnić, wypróbować, jakie jej granice są dla człowieka do zniesienia. Kiedyś, jeszcze gdy ja kończyłem studia, nie potrzebowałem się modelować. Oczekiwania wobec młodego magistra psychologii i jego możliwości jeszcze na przełomie lat 60. i 70. były jasno określone. Dziś mówię studentom: nikt na was nie czeka, sami musicie wymyślić wszystko, począwszy od wizytówki na waszych drzwiach. I ktoś zostaje na przykład psychoneurologiem. Prawdę mówiąc, mam wątpliwości, co to w ogóle znaczy, ale ludzie mają tyle problemów z dziećmi, trzeba im pomagać. A w takiej akurat nieuchwytnej, płynnej dyscyplinie jak psychologia najważniejsze jest to, czy ktoś ma wrażenie, że otrzymał pomoc, czy odczuwa ulgę.

Takie badanie siebie i świata to zadanie, którego rozwiązanie jednym przychodzi spontanicznie i łatwo, ale dla większości ludzi jest wyzwaniem. Niektórzy odpuszczają i kończą życie na starcie. Kupią konsolę i telewizor i czekają, aż przyjdzie minister pracy i coś zmieni. A on nic nie zmieni.

Dziewczyna ma powołanie do aktorstwa, ale żaden teatr nie chce jej zatrudnić. Mogłaby zostać szwaczką. Ma w to pójść? To zależy, o co jej w tym aktorstwie chodzi. Moim zdaniem w ostatnim czasie z roli zawodowej aktora czy artysty często zbyt wiele nie wynika. Nie tworzy się realnej wartości, raczej zajmuje sprawami, które nie poprawiają świata, nie zmieniają niczego na lepsze. Nie mówię o wszystkich – co jakiś czas wiele szumu robi np. artysta konceptualny Piotr Uklański, który przez naruszanie tabu swoją sztuką popycha coś do przodu. Osiągnął wysoką pozycję nie dlatego, że robił to dla kasy i dla samego szokowania. On sam się stworzył – wynalazł drogę, nikt mu nie dał pracy.

A jeśli dziewczyna uczciwie mówi, że w aktorstwie najbardziej chodzi jej o bycie na scenie i oklaski, to nie warto walczyć? Może walczyć. Jeśli ma dobrą figurę, może zostać tancerką w klubie na Zachodzie – niektóre dziewczyny tak robią. Idąc za powołaniem liczą, że odmienią swój los. I jest to uprawnione, dość uczciwe rekonstruowanie swojego dobrostanu marzeń. Na Zachodzie ma się trochę lepsze pieniądze i jasną sytuację, w kraju może musiałaby wchodzić w jakieś niezręczne relacje, żeby ostatecznie wylądować w piwnicznym teatrze, gdzie kres sensu, frustracja są na wyciągnięcie ręki.

Pani pytanie można postawić trochę ostrzej: czy jeśli kultura nie daje dziś gwarancji, że absolwent szkoły artystycznej zostanie aktorem, to czy on ma zrezygnować z zajęć? Może w ogóle nie warto się uczyć, skoro po studiach nie ma gwarancji pracy? No skąd, to oczywiście nieprawda.

Nie żyw złudzeń

Czy każdy cel można przełożyć na język codziennych czynności? W sferze pracy wiele osób w Polsce ma problem z przełożeniem dobrostanu marzeń, który sobie zbudowali w głowach, na wdrażanie go do rzeczywistości. Ludzie potrafią marzyć: chciałbym być kimś. Ale nie zastanawiają się nad tym, jak to zrealizować. Duńczyk, żeby znaleźć się wysoko, bardzo się stara. Na politechnice w Kopenhadze ogarnęło mnie zdumienie, bo tam wszyscy noszą wielkie torbiszcza wypchane rzeczami potrzebnymi do zajęć. A na zajęcia w Poznaniu studenci przychodzą z malutkimi plecaczkami. Mają złudzenia, że nic nie robiąc, mogą liczyć na szczęście, że im się w życiu powiedzie. Duńczykom, Australijczykom czy Anglikom wiedzie się dobrze tylko wtedy, gdy uczciwie na to zapracują.

Myśli pan, że polscy studenci i zachodni marzą o tym samym? Nie, znam badania, które pokazały, że bardzo odstajemy od Zachodu. Polacy marzą, żeby dostać w międzynarodowej korporacji rolę niewolnika, a Australijczyk czy Anglik marzy, żeby go tylko w tego klerka nie wmontowali, żeby być liderem, wyjechać w tej roli do Azji, Afryki. Wybierają wolność, swobodę, równowagę życiową. Dla Polaków liczą się marzenia w kategoriach przetrwania – wysokiej pensji, tego, co pokazują filmy i media jako atrakcyjne.

Trochę to zrozumiałe – ustaliliśmy, że my ciągle jeszcze musimy dużo pracować, by przetrwać. Tak, ale w efekcie, gdy nasi młodzi wykształceni wyjeżdżają do Anglii, zajmują niższe pozycje niż emigranci z Danii czy Szwecji, którzy też tam trafili.

Dlaczego Duńczykom, Szwedom i Australijczykom lepiej idzie to zgrywanie marzeń z życiem? Bo są, wbrew pozorom, trzymani w zimniejszym wychowie niż my. Takie kategorie jak praca, bezrobocie są dla nich bardzo konkretne. Jeśli ktoś sam czegoś nie przeżył, pamięta, jak to było z matką, dziadkiem, jest jakaś wielogeneracyjna praktyka.

A u nas, jeszcze gdy zaczynałem pisać podręcznik „Bezrobocie” na przełomie lat 80. i 90., nie było bezrobocia. Później to się radykalnie zmieniło, ale nadal znaczna część społeczeństwa ma po prostu relatywnie mało doświadczeń. Taka sytuacja sprzyja żywieniu złudzeń – np., że przemieszczę się ze świata biednych do świata bogatych i też stanę się bogaty. Australijczyk ucieka przed biedą, którą definiuje jako zależność, niską podmiotowość, do świata, gdzie będzie podmiotowy, sprawczy. W psychologii nazywa się to konstruowaniem drabiny społecznej. Wyobrażam sobie strukturę społeczną, to, na którym szczeblu ja się znajdę, i co mi jest do tego potrzebne. I działam, żeby to zrealizować.

Jest jeszcze jedno złudzenie: że jak mi się nie powiedzie, to mogę wrócić. O, tak – a po powrocie nie mogę już zmaterializować tego szczęścia, które przepuściłem, które było uchwytne tylko w tamtej rzeczywistości. Najszerzej podzielane i najbardziej szkodliwe jest jednak złudzenie, że kiedyś będzie dla mnie jakaś właściwa praca, więc na razie zapożyczę się, ale nie pójdę tam, gdzie mi proponują. To już problem etyki, bo wiąże się z uczciwością wobec samego siebie. Że nie tracę czasu, że nie cofam się, że nie jestem w sytuacji upokorzenia. Jest sprawą udowodnioną, że poziom agresji rośnie proporcjonalnie do czasu wolnego i odcięcia od aktywności.

Od czego zacząć? Zastanowić się, co mamy szansę zmaterializować czy jakie mamy marzenia? Stara teoria Davida McClellanda na pytanie, od czego zależy bogactwo narodów, odpowiadała konkretnie: od wysokich aspiracji ich członków, więc do wysokich aspiracji należy ludzi wychowywać. Jednak dziś, gdy nawet w ojczyźnie McClellanda, czyli w Ameryce, nie każdy już pucybut może zostać milionerem, powstaje pytanie: na ile możemy panować nad swoimi aspiracjami, kiedy to nie my panujemy nad sytuacją, lecz sytuacja panuje nad nami? Koncepcja wychowywania do najwyższych aspiracji nie ma sensu, prowadzi do frustracji. Jedyną powinnością, jaką musimy ludziom narzucić w formie wychowawczego imperatywu (nie przymusu na zasadzie „Arbeit macht frei”!), jest ciągłe bycie w działaniu. Nie wiadomo, kiedy po studiach medycznych uda mi się zostać lekarzem, ale nie ustaję w drodze poszukiwania swojego przeznaczenia, swojej pasji.

Ale nawet tego, czy to ja panuję nad sytuacją, czy ona panuje nade mną, nie wiem z pewnością. Co brać pod uwagę? Na to nie ma patentu. Kiedy jesteśmy zdeterminowani płynnym światem nierównowagi, nie ma czegoś takiego, jak absolutnie źle stawiane cele. Skoro cywilizacja każe nam czekać na swoją szansę, nie powinniśmy wpadać w rozpacz i poczucie niskiej wartości. Tego akurat, jak ma sobie radzić z obrazem siebie ktoś, kto przygotował się do pracy, dopełnił wszelkiej staranności, a świat go nie potrzebuje, nie możemy się nauczyć z doświadczeń wcześniejszych generacji, bo one tego nie przeżyły. Ale tu nie ma czego terapeutyzować, tu stoimy przed nową psychologią. Każdy musi sobie odpowiedzieć, jak budować w tej sytuacji poczucie własnej wartości.

Jaka jest pańska odpowiedź? Wciąż ta sama – działaniem. Nie każdy od razu po studiach medycznych musi zostać lekarzem, niekoniecznie będzie to w tym miejscu, które wybrał, niekoniecznie na jego poziomie aspiracji. Ale co ma robić? Robić. Choćby tak jak nasza młodzież – wyjeżdżać, choć ubolewam, że Polacy są do tych wyjazdów tak słabo przygotowani.

Nie marnuj sił na sprzeciw

Wyjeżdżać na te zmywaki? To ostateczność. Ale zmywak też niejednego nauczył życia w sensie poznawania relacji między wartościami. Że niektóre wartości, takie jak ciężka praca fizyczna, nie są wcale bezsensowne.

Kiedyś w Dublinie spotkałem się z moją studentką. Spojrzała na hotel, w którym nocowałem, i powiedziała: Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mieszkać w takim ładnym miejscu, ale to nie ma znaczenia, bo ja się niczego nie boję. Kiedy tu przyjechałam, przechodziłam Dublin wzdłuż i wszerz, pracowałam w tylu różnych miejscach, że teraz jestem spokojna.

W najgorszej sytuacji są ludzie, którzy trwają ileś lat w jednym zawodzie, w jednym miejscu i nagle w wieku 50 lat tracą pracę. Ci, którzy przez 30 lat zmienili ją pięć, sześć razy, są życiowo ustawieni.

Skąd brać energię na ciągłe reagowanie na zmiany? Nie marnować sił na sprzeciw wobec nich. Jeśli ktoś nie ma wyjścia, okoliczności go zmuszają, musi zapewnić utrzymanie innym osobom – niech nie wybrzydza i bierze to, co jest, albo sam sobie coś tworzy. Można do tego podejść jak do gry w życie. W dłuższej perspektywie – opłacalnej.

Rozmawiała Joanna Cieśla

prof. dr hab. Augustyn Bańka     Uniwersytet SWPS w Katowicach Zajmuje się psychologią społeczną, psychologią środowiskową oraz psychologią pracy i rozwoju zawodowego.

Pozostałe obszary tematyczne:

  • Na czym polega psychologia nicnierobienia?
  • Na czym polega pozytywna strona konsumpcji?
  • Jak radzić sobie z zagrożeniami współczesnej cywilizacji?
  • Co mogą robić ze sobą ludzie w płynnej rzeczywistości rynku pracy?
  • Na czym opierać swoje plany życiowe w rzeczywistości nieprzewidywalnej?
  • Tworzenie miejsc i społeczności lokalnych jako antidotum na zagrożenia współczesnej cywilizacji.
  • Dlaczego niektórzy ludzie angażują się w pracę i w sprawy swojego otoczenia, a inni pozostają bierni?

 

W katowickim wydziale Uniwersytetu SWPS prowadzi zajęcia z zakresu psychologii społecznej, projektowania środowiska fizycznego, kulturowego i społecznego, a także na temat psychologii architektury.

W pracy wykładowcy akademickiego najbardziej ceni otwartość studentów. Prywatnie lubi podróżować.

***

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.