O emigracji na spokojnie

Z emigracją i emigrantami jest trochę jak z gender – strach poruszać temat, bo zaraz wywołamy spór i ludzie skocza sobie do oczu. Czy da się na tę kwestię jakoś spojrzeć obiektywnie? Odsunąć emocje? Czy „emigrantów w Polsce” można sobie w ogóle wyobrazić? Urealnić?

Zwróciły moją uwagę ostatnio dwa artykuły, oba zamieszczone w kwietniu w tygodniku „Polityka”. Oba dotyczą problemu emigracji/imigracji, a więc ogólniej „migracji”. W jednym, w formie wywiadu z francuską badaczką migracji, przytaczane są wyniki badań naukowych prowadzonych we Francji na ten temat. Drugim artykułem jest wywiad przeprowadzony z Dionisiosem Sturisem, dziennikarzem, potomkiem greckich uchodźców, autorem książki „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji”, o tym, jak i dlaczego 14 tysięcy Greków po II wojnie światowej osiedliło się w Polsce.

Warto zapoznać się tymi tekstami aby móc nieco chłodniejszym okiem i z innej perspektywy spojrzeć na problematykę ruchów przesiedleńczych wielkich grup ludzkich, zarówno tych niedawno, jak i tych z XX a nawet i XX wieku

 

Ważniejsze wnioski z rozmowy z francuską badaczką migracji Hélèn Thiollet

  • Z naukowego punktu widzenia nie ma powodu aby łączyć problemy społeczne z imigracją w danym kraju. Wg naukowców większość problemów społecznych związana jest ze społeczno-ekonomicznymi nierównościami, jakością edukacji, utrudnionym dostępem do rynku pracy, tj. wieloma czynnikami, które nie są migracją.
  • Skala migracji obserwowanych obecnie jest podobna jak ta jaka była przez cały XX wiek (migranci na poziomie ok. 3-3,5% ludności świata) oraz wyraźnie niższa niż migracja obserwowana w XIX wieku, kiedy to ok. 10% światowej ludności podejmowała migrację
  • Podział na uchodźców i migrantów ekonomicznych jest politycznym instrumentem pozwalającym państwom i międzynarodowym organizacjom zarządzać migracjami. W praktyce często powody migracji są mieszane: ci którzy uciekają przed wojną pragną dołączyć do konkretnych krajów, gdzie mają sieć kontaktów i znajomych. Z kolei ludzie oznaczani jako migranci ekonomiczni uciekają często także przed przemocą i polityczną niestabilnością.
  • W większości przypadków nowo przybyłe osoby wykonują zwykle prace, których nie chcą wykonywać obywatele kraju. W tym kontekście więc, nowoprzybyli nie zabierają nikomu pracy.
  • Nie ma jasności wśród ekonomistów co do tego, jak imigranci wpływają na pensje w danym kraju. Wydaje się, że pensje wysoko wykwalifikowanej kadry rosną, a pensje nisko wykwalifikowanych pracowników najpierw nieco spadają, a później także rosną.
  • Nawet we Francji, która przyjmuje imigrantów od dziesiątków lat badania pokazują, że wkład cudzoziemców do budżetu państwa jest dodatni, tak samo dzieje się w budżecie ochrony zdrowia. Pozytywny wpływ do budżetu jest tym szybszy, im szybsza i łatwiejsza jest legalizacja ich statusu (w przeciwnym razie działają dłużej w szarej strefie gospodarki).
  • Nie ma powodów, aby traktować migracje XXI wieku inaczej niż wcześniejsze procesy migracyjne. O każdej fali migracji mówiono, że jest specyficzna, a potem z perspektywy lat nie okazało się to uzasadnione.
  • Potoczne wyobrażenie o tym, że migrują przede wszystkim najbiedniejsi, nie jest prawdziwe. Najbiedniejsi nie maja środków, aby ruszyć się z miejsca. W drogę ruszają ci, którzy mają w sobie pewien kapitał: edukację, zabezpieczenie finansowe.
  • Obiektywne dane o emigracji często nie leżą w interesie polityków. Dlatego obraz migracji jest często przez polityków świadomie zniekształcany.

 

 

 

Rozmowa z Grekiem, potomkiem greckich uchodźców w Polsce

Ważniejsze wnioski z rozmowy z Dionisiosem Sturisem, dziennikarzem, potomkiem greckich uchodźców, autorem książki „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji”, o tym, jak i dlaczego 14 tysięcy Greków po II wojnie światowej osiedliło się w Polsce

  • W latach 1945-49 w Grecji trwała wojna domowa, na skutek której do władzy doszedł rząd wspierany przez Wielką Brytanię i USA.
  • Na skutek tego z Grecji wyemigrowało ok. 60 tys. osób, z których część (14 tysięcy osób) trafiła do Polski.
  • Przyjęcie imigrantów z Grecji było w Polsce generalnie pozytywne, a przejawy niechęci czy dyskryminacji zdarzały się sporadycznie.
  • Być może świeża pamięć wydarzeń II wojny światowej były czynnikiem zwiększającym zrozumienie dramatu ludzi uciekających przed przemocą i prześladowaniami. W kontaktach codziennych dominowało przekonanie, że ofiarom wojny należy pomagać i dzielić się z nimi tym, co się ma.
  • Przybysze z Grecji rozjechali się po całej Polsce, a z czasem powstało wiele małżeństw mieszanych.
  • Zdaniem autora książki, dzisiejsza Polska traktuje uchodźców z obojętnością i pogardą. Dzisiejsi uchodźcy z Syrii, Iraku czy Afganistanu – zdaniem autora książki – niczym się nie różnią od niegdysiejszych uchodźców z Grecji, którzy później osiedlili się w Polsce albo uchodźców (emigrantów) z Polski, którzy osiedlali się w innych krajach.
  • Zdaniem autora książki, dziś raczej zbija się kapitał polityczny na podsycaniu strachu wobec uchodźców – tak działają wszystkie partie skrajne, w różnych krajach. Decyduje przekonanie, że społeczeństwem przestraszonym łatwiej jest manipulować.
  • Gdy w Grecji zmieniły się w 1974 roku rządy i nowy rząd wydał zgodę na powrót uchodźców do Grecji, większość osiadłych w Polsce Greków wróciła do swojego kraju. Dziś w Polsce żyje ok 4 tys. Greków i Macedończyków.

 

Podsumowanie

  • Migracje ludzi między krajami i kontynentami były, są i będą. Poziom migracji na świecie obecnie, na początku XXI wieku jest podobny jak ten, który miał miejsce w XX wieku i jest dużo niższy od poziomu migracji w XIX wieku.
  • Obecne migracje niczym nie odbiegają od specyfiki migracji wcześniejszych. W żadnym stopniu nie są wyjątkowe.
  • Występujące w niektórych krajach problemy społeczne są związane w większości ze społeczno-ekonomicznymi nierównościami, jakością edukacji, utrudnionym dostępem do rynku pracy, tj. wieloma czynnikami, które nie są migracją.
  • Część partii politycznych próbuje zbijać kapitał polityczny na niechęci do migrantów. Ludźmi przestraszonymi łatwiej się manipuluje.
  • Najbiedniejsi nie emigrują, bo ich na to nie stać. Emigrują bardziej zaradni, samodzielni i dysponujący pewnymi środkami, a łączny efekt ekonomiczny dla gospodarki kraju jest pozytywny.
  • W przeszłości widzieliśmy zarówno fale emigracji z Polski jak i tysiące przybyszów do Polski z innych krajów. W obu przypadkach proces integracji i asymilacji jest możliwy i pozytywny.

 

 

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Aleksandra Lipczak

Polityka, 4 kwietnia 2017

Jak rzetelnie pomagać migrantom

Bierzemy ich

Rozmowa z francuską badaczką migracji Hélèn Thiollet o tym, dlaczego otwarcie granic pomaga rozwiązać problem migrantów.

Aleksandra Lipczak: – Twierdzi pani, że kryzys migracyjny, który dotyka Europę, ujawnił powszechną niewiedzę o tym zjawisku. Co pani ma na myśli?
Hélèn Thiollet: – Weźmy przykład Francji. W kontekście nadchodzących wyborów toczy się intensywna dyskusja o migracji. Ale o czym tak naprawdę się rozmawia? Wcale nie o migracji sensu stricto, ale o Francuzach drugiego lub trzeciego pokolenia, których rodzice albo dziadkowie pochodzili na przykład z Algierii. Mówi się o ich stosunku do religii, radykalizacji, bezrobociu. Tworzy się relację przyczynowo-skutkową między problemami społecznymi i imigranckim pochodzeniem. Kiedy popatrzymy jednak na to z naukowego punktu widzenia, okaże się, że są to raczej kwestie związane ze społeczno-ekonomicznymi nierównościami, jakością edukacji, utrudnionym dostępem do rynku pracy. Słowem: wieloma czynnikami, które wcale nie są migracją.

 W kółko mówimy o kryzysie migracyjnym. Czy migrantów jest na świecie rzeczywiście więcej niż kiedyś?
Jeśli spojrzymy na proporcje między ludźmi, którzy migrują, i tymi, którzy nie, to nie zmieniły się one tak bardzo od ponad stu lat. Mniej więcej od początku XX w. migranci stanowią około 3–3,5 proc. ludności świata i to się nie zmienia. Dawniej było inaczej. W XIX w. w ruchu było co najmniej 10 proc. ludzkości. Europejczycy emigrowali wtedy masowo do Nowego Świata, w przeciągu 50 lat wyjechało ich do USA 30 mln. Dziś w liczącej 500 mln mieszkańców Europie jest raptem 3,4 mln imigrantów, z czego 1,2 mln to Europejczycy z krajów unijnych.

Do tej grupy nie zalicza się jednak większości potomków imigrantów ani ludzi, którzy uzyskali obywatelstwo. A tym, co budzi dziś niepokój, nie jest faktycznie sama migracja, ale rosnąca różnorodność naszych społeczeństw. 

W debacie o migracji posługujemy się rozróżnieniem na uchodźców i migrantów ekonomicznych. Czy to ma jeszcze sens?
Ten podział to polityczny instrument, który pozwala państwom i międzynarodowym organizacjom zarządzać migracjami. Często powody, dla których ludzie opuszczają swój kraj, mają mieszany charakter. Ci, którzy uciekają przed wojną, chcą często dotrzeć do konkretnych krajów, bo mają tam sieci kontaktów i krewnych. Ludzie etykietowani jako migranci ekonomiczni uciekają z kolei często przed przemocą i polityczną niestabilnością. Jak Nigeryjczycy, których wielu wyjeżdża z terenów, gdzie działa Boko Haram. Jedni i drudzy spychani są dziś w ręce przemytników. Aby dotrzeć do Europy, muszą stawiać czoła takiemu samemu niebezpieczeństwu, wyzyskowi i kosztom.

Najbardziej uderzające jest to, że Unia Europejska jako instytucja wcale nie jest przeciwna migracji. Przecież celem strefy Schengen było właśnie wzmacnianie wolnej cyrkulacji ludzi. Opiera się ona na założeniu, że europejski rynek pracy osiągnie równowagę właśnie dzięki przepływowi pracowników. Unia nie jest też wcale przeciwna migracji spoza Europy. Populacja Europy się starzeje. Potrzebujemy więc pracowników spoza Europy. I to bardzo wielu.

Do Europy ciągną ludzie. Europa ich potrzebuje. W czym tkwi więc problem? Europejskim politykom trudno obecnie przekonać opinię publiczną, że nasz kontynent potrzebuje migrantów. W Europie jest przecież bezrobocie. Skoro zmagamy się z brakiem pracy, po co nam w takim razie imigranci? Prawda jest jednak taka, że nowo przybyli wykonują zwykle prace, których nie chcą wykonywać obywatele kraju.

Ale czy napływ migrantów nie psuje jednak rynku pracy?
Jeśli chodzi o wpływ migracji na pensje, ekonomiści nie są w tej sprawie zgodni. Ale kiedy do kraju przybywa duża grupa migrantów, obserwujemy niewielki spadek wynagrodzeń wśród najniżej wykwalifikowanych pracowników. Pensje wysoko wykwalifikowanych pracowników – wprost przeciwnie, rosną. Kiedy popatrzymy na to jednak w dłuższej perspektywie, widać, że początkowy szok dość szybko mija, a pensje, nawet te z dołu drabiny, znowu zaczynają rosnąć, zwłaszcza jeśli możliwy jest wolny przepływ pracowników, jeśli ludzie mogą wyjechać, aby znaleźć pracę w innym mieście lub kraju.

 

Aż 40 proc. Francuzów uważa jednak, że migranci są obciążeniem dla systemu. Dysponujemy obliczeniami, z których wynika, że obecnie wkład netto imigrantów – czyli cudzoziemców – do budżetu Francji jest dodatni, to znaczy dokładają do niego więcej, niż otrzymują. To samo z systemem opieki zdrowotnej. Paradoksalnie, jeśli chce się, aby migranci przynosili państwu jak najwięcej dochodów, trzeba jak najprędzej zalegalizować ich sytuację. Wtedy płacą podatki, wynajmują legalnie mieszkania i tak dalej.

Jedną z pierwszych próśb świata biznesu w Niemczech było to, żeby przyjęci uchodźcy jak najszybciej uzyskali legalny dostęp do rynku pracy. Uchodźcy, migranci ekonomiczni, co za różnica – bierzemy ich, powiedział niemiecki biznes. Francuski jeszcze tego nie zrozumiał.

Mówi się, że francuska polityka integracyjna poniosła porażkę. Zgadza się pani? W przypadku Francji można mówić o polityce nakierowanej nie tyle na integrację, co asymilację. Opiera się ona na przekonaniu, że przybywający powinni się dostosować do wymogów dominującej kultury i obyczajów. I jak najszybciej porzucić oznaki własnej odrębności, religijnej przynależności.

Jednym z największych problemów, które dotykają przedstawicieli drugiego lub trzeciego pokolenia we Francji, jest kwestia miejskiej segregacji. Przybywający do Francji ludzie byli lokowani w socjalnych mieszkaniach na peryferiach miasta. Skazani byli na szkoły o najniższym poziomie edukacji. W efekcie trudno im dziś znaleźć pracę. Francuski system edukacji należy do najbardziej nierównych w całej Europie. Nie chodzi jednak wcale o rasę czy narodowość: ta nierówność zasadza się właśnie na przestrzeni. 

Jaką naukę można wyciągnąć z francuskich błędów? Wychodzimy z błędnego założenia, że ludzie, którzy przyjechali do Francji w ostatnich dekadach, są inni, bardziej odmienni kulturowo niż wcześniejsi migranci, że to wyjątkowo „trudna” fala migracyjna. Ale tak naprawdę każda z nich wywoływała taką samą falę rasizmu. W latach 30. francuska prasa była pełna komentarzy dotyczących tego, że polscy imigranci nigdy się nie zintegrują. Nigdy! Są na to zbyt inni. To samo mówiono o Włochach, pisano, że Francuzi nigdy się nie dogadają z tymi dzikusami z południa.

Musimy przestać się fiksować na tym, że ostatnia fala migracji jest szczególnie odmienna. Bo mówiono tak o każdej z nich, zapewniam panią. Jedno jest pewne: potrzebne są instytucje, które dbałyby o jak najszybszą integrację przybyszów. Im dłużej są marginalizowani, tym więcej pojawia się potem problemów. 

Jeśli obawiamy się niekontrolowanej migracji, czy nie powinniśmy inwestować w pomoc rozwojową, na przykład w Afryce?
Takie myślenie opiera się na fałszywym przekonaniu, że ludzie emigrują, bo są biedni. Najbiedniejsi w ogóle nie ruszają się z miejsca, nie mają na to środków. W drogę wyruszają ci, którzy mają pewien kapitał: edukację, zabezpieczenie finansowe. Inwestując w pomoc rozwojową w biednych krajach, tak naprawdę stymulujemy więc migrację. Ludzie, którzy uzyskują dostęp do edukacji i wyższych zarobków, są bardziej skłonni do wyjazdu. Wiemy to, mamy na to naukowe dowody od 30 lat. 

Jak powinna w takim razie wyglądać europejska polityka migracyjna?
Nie mogę nikomu mówić, co trzeba robić. Sugerowałabym jednak, żeby nieco więcej naukowych faktów zostało uwzględnionych w politycznym dyskursie. Weźmy dwa przykłady. Z badań wynika jasno, że kiedy zamyka się granice, migranci, którzy są już w kraju, legalnie czy nie, mają tendencję, żeby w nim zostawać. Znika migracja wahadłowa, która działa przy otwartych granicach i która polega na tym, że ludzie krążą między krajem pochodzenia i pracy w zależności od tego, jak im się układa, czy mają zajęcie. Jeśli granice są zamknięte, nie wyjeżdża nikt, bo powstaje obawa, że nie uda się wjechać z powrotem. Nauka więc mówi: jeśli nie chcesz, żeby ludzie zostali w twoim kraju na dłużej, musisz otworzyć granice i pozwolić im krążyć. 

Rozwiązaniem na europejskie bolączki jest więc otwarcie granic?
Powtarzam: jeśli chce się pracowników, którzy przyjadą, popracują i wyjadą – tak. Co innego, jeśli nie chce się nikogo. Wtedy rzeczywiście trzeba zamknąć granice. Ale to absurdalne, bo ludzie i tak znajdą nielegalne sposoby, żeby je przekroczyć. 

Do Brexitu doprowadziło jednak w dużej mierze przekonanie, że otwarte granice sprowadziły do Wielkiej Brytanii zbyt wielu – na przykład – Polaków. Wolna cyrkulacja nie oznacza więc braku problemów.
To jasny przypadek politycznego wykorzystania migracji. Rząd brytyjski chciał otwartego przepływu pracowników, bo było to korzystne dla brytyjskiej gospodarki. Ale kiedy wybuchł ekonomiczny kryzys, partie populistyczne użyły migrantów jako argumentu przeciwko Unii Europejskiej. Tymczasem jeśli popatrzymy na dane dotyczące Wielkiej Brytanii, okaże się, że migracja utrzymywała się w ostatnich latach na stałym poziomie, nie było żadnych skoków.

Co się w takim razie stało? Odpowiedzi trzeba szukać w politycznym kontekście. Uszczuplenie państwa opiekuńczego, kryzys i kurczący się rynek pracy doprowadziły do tego, że ludzie zaczęli winić migrantów za swoje problemy. Mówienie, że to migracja jest problemem, to zasłona dymna. Ukrywa się za nią wiele innych problemów dotyczących ekonomii, sposobu prowadzenia polityki, relacji Wielkiej Brytanii z Europą, odpowiedzialności City za finansowy kryzys.

Dlaczego tak trudno przebić się z rzetelną informacją o migracji? Naukowy i polityczny dyskurs nie zawsze są ze sobą zgodne. Wcale nie dlatego, że politycy są głupi albo czegoś nie wiedzą, tylko że polityczna logika przeważa czasem nad ekonomiczną i naukową. Inaczej mówiąc: to, co mówi nauka, nie zawsze leży w interesie polityków. Również media, zwłaszcza telewizja, utrudniają prawdziwą debatę na ten temat. Jeśli nie słyszysz właściwych pytań albo jeśli masz pięć sekund, żeby odpowiedzieć na bardzo złożone kwestie, trudno wyjść poza utarte ramy. Sposób, w jaki ukształtowana jest dziś debata publiczna, nie zostawia miejsca na twierdzenia o charakterze naukowym.

***

Hélèn Thiollet – politolożka zajmująca się migracjami w Krajowym Centrum Badań Naukowych (CNRS) i Centrum Badań Międzynarodowych (CERI) w Instytucie Nauk Politycznych w Paryżu. Książka pod jej redakcją „Migranci, migracje. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie” właśnie ukazała się po polsku nakładem wydawnictwa Karakter.

 

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

Artur Domosławski

Polityka, 18 kwietnia 2017

Dionisios Sturis o tym, jak zmieniał się nasz stosunek do uchodźców

Gdy Polacy byli gościnni

Rozmowa z Dionisiosem Sturisem, dziennikarzem, potomkiem greckich uchodźców, autorem książki „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji”, o tym, dlaczego staliśmy się ksenofobami.

Artur Domosławski: – Dionisios Sturis to raczej niespotykane imię i nazwisko Polaka. Skąd się wzięło? Dionisios Sturis: – Mama Polka wybrała imiona dla mojego starszego rodzeństwa, a w moim przypadku zadecydował ojciec – Grek. Dostałem więc imię po greckim dziadku. Dziadek był uchodźcą i razem z całą rodziną znalazł się w Polsce po tym, jak w Grecji skończyła się wojna domowa. 

Czyli kiedy?
Wybuchła tuż po zakończeniu okupacji hitlerowskiej i trwała do 1949 r. 

Kto z kim walczył?
Prawicowy rząd wspierany przez Wielką Brytanię i Amerykanów walczył z komunistyczną partyzantką, która wyrosła na potęgę w latach okupacji. 

Dziadkowie musieli uciekać, bo…?
Żołnierze strony rządowej tak dotkliwie pobili moją babcię, że prawie straciła ciążę (mojego ojca). Powód: jej bracia walczyli w szeregach komunistycznej partyzantki, a ona nosiła im nocami jedzenie. W obawie przed dalszymi represjami cała wioska ewakuowała się do Jugosławii. Sturisowie i reszta wierzyli, że gdy tylko skończy się wojna, będą mogli wrócić do domów. Stało się inaczej. Komuniści przegrali i nie mogli liczyć na litość ze strony zwycięzców, którzy szybko uruchomili machinę represji. Ludzi lewicy czekały procesy pokazowe, kara śmierci, wieloletnie więzienia, zsyłka do obozów na wyspach czy odebranie obywatelstwa. Jedyną alternatywą było uchodźstwo. Na życie poza Grecją zdecydowało się ponad 60 tys. osób. 

W Polsce prawie nic nie wiemy o tamtej wojnie, za to o hiszpańskiej wiemy całkiem sporo. Pewnie dlatego, że Grecy nie mieli swojego Hemingwaya.
Korespondenci wojenni jeszcze kończyli swoje depesze z frontów II wojny światowej, gdy Grecy brali się między sobą za bary. Kogo by zajmował jakiś lokalny konflikt? Nikt wtedy nie myślał, że oto rusza pierwsze starcie w ramach zimnej wojny. Z jednej strony prawica i monarchia jawnie wspierane przez Brytyjczyków i Amerykanów, z drugiej – komuniści, którzy mieli aspiracje do przejęcia władzy, bo w czasie okupacji niemal samodzielnie walczyli z Niemcami, Włochami i Bułgarami. Stalin nie chciał otwarcie wspierać greckich towarzyszy, ponieważ uznał, że to strefa wpływów brytyjskich, ale przekonał do pomagania Grekom kolegów z Kominformu [biuro koordynujące działania partii komunistycznych bloku wschodniego], w tym także Bolesława Bieruta. 

To Polska Ludowa miała coś wspólnego z grecką wojną domową?
A owszem! Udział Polski w greckiej wojnie domowej jest niemal zupełnie nieznany. Tymczasem wysyłaliśmy greckim komunistom tony żywności, broni i sprzętu wojskowego. Transporty szły statkami i samolotami. Wydaliśmy na to 15 mln dol., czyli 9 proc. rocznego budżetu wojska. Polscy historycy nie zainteresowali się tym.

Bo to „komunistyczna wojna domowa”?
Nie mam wątpliwości, że tak.

I to z powodu polskiej pomocy twoi dziadkowie wybrali Polskę jako kraj azylu? Polska, poza tym, że wysyłała do Grecji karabiny, moździerze i miny, zgodziła się też na inne formy pomocy. Przyjęliśmy 2 tys. rannych partyzantów, dla których utworzyliśmy specjalny szpital w Dziwnowie oraz daliśmy schronienie blisko 4 tys. dzieci ewakuowanych z terenów walk. W tej grupie znalazła się moja kilkuletnia ciotka Kiriaki i jej starszy brat Joanis. Babcia wsadziła ich do pociągu, licząc, że gdzieś w tej dalekiej Polsce jej dzieci będą bezpieczne, dostaną jeść i pójdą do szkoły.

Dziadkowie z moim ojcem trafili zaś do Czechosłowacji. Takich rodzin, rozdzielonych między różne kraje naszego bloku, było wiele. W archiwach znalazłem dramatyczne listy rodziców, którzy pisali do partyjnych Komitetów Centralnych i błagali o zgodę na połączenie z dziećmi. W całej operacji pomógł w końcu Czerwony Krzyż i tak Sturisowie, żeby móc scalić rodzinę, przenieśli się do Polski, a konkretnie do Chojnowa, niedaleko Legnicy. Na całym Dolnym Śląsku było już wtedy wielu Greków.

Ilu przyjechało?
Blisko 14 tys. osób, bo do rannych i dzieci po wojnie dołączyli też pokonani bojownicy.
 

Jak się czuli w tym nowym, zrujnowanym wojną kraju?
Kierowca autobusu, który woził uchodźcze dzieci ze Szczecina do ośrodka wychowawczego w Policach, na końcowym przystanku wołał: „Kanada, wysiadać”. Że niby greckie i macedońskie sieroty opływają w luksusy. 

A opływały? To był mit, bo w ośrodku żyło się skromnie. Dzieci same uprawiały ogród warzywny, a starsza młodzież dorabiała w okolicznych PGR w czasie żniw czy wykopków. Podobne przypadki niegroźnej złośliwości zdarzały się niezwykle rzadko. 

Nie wyzywano Greków od „cyganów” czy „żydków”? Nie było napaści?
Nie – i porównując Polskę dzisiejszą i tamtą, jest to coś absolutnie niezwykłego. Grecy nie poznali, co to dyskryminacja lub otwarta niechęć. Nie atakowano ich, choć mówili w innym języku, mieli nieco ciemniejszą skórę, gęste, czarne włosy, nieco odmienne rysy. Przeciwnie – ich egzotyczna uroda bardzo się podobała. Nie słyszałem, by na dansingu Polak zaczepił Greka, bo ten zatańczył z Polką; albo żeby ktoś miał pretensje, że Grecy rządzą bieszczadzkim Krościenkiem. Ani żeby ktoś się awanturował, ponieważ Grekowi z Pafawagu nie powinna przysługiwać premia za wyrobienie 200 proc. normy. Żaden partyjny sekretarz nie straszył pasożytami, które mogą roznosić uchodźcy.

 

Polacy w czasach PRL byli biedniejsi, ale bardziej empatyczni, bardziej solidarni?
Nikt ich nie pytał, czy chcą mieć za sąsiadów uchodźców z Grecji. Nie dzwonili do nich ankieterzy, którzy szykowali sondaż. Cała akcja przyjmowania greckich uchodźców przez jakiś czas była trzymana w tajemnicy. A gdy Polacy zorientowali się w końcu, kogo mijają na ulicy, kto wprowadził się do mieszkania obok, zachowali się jak należy. Nauczyciele, wychowawcy w ośrodkach, lekarze, pielęgniarki, pracodawcy – wszyscy oni okazywali przybyszom troskę i zrozumienie.

Masz jakieś wyjaśnienie, dlaczego tak było wtedy, a nie jest dzisiaj?
Być może lepiej pamiętaliśmy, czym jest wojna, jakie dramaty potrafi na człowieka sprowadzić. W tamtych trudnych czasach chyba nie miało dla nas znaczenia, że jesteśmy biedni. Ważniejsze było przekonanie, że ofiarom wojny należy pomagać i dzielić się z nimi tym, co się ma.

Zintegrowali się z Polską tamci uchodźcy? Jak traktowali nowy kraj – i jak ten nowy kraj potraktował ich?
To byli ludzie z potężną traumą, bo pamiętali nie tylko wojnę domową, ale i brutalną okupację, podczas której z głodu zmarło 300 tys. osób. Polska była dla nich bezpiecznym azylem. Choć sama biedna, zniszczona, dopiero podnosząca się z gruzów, zaoferowała uchodźcom hojną pomoc: mieszkania, opiekę medyczną, pracę, szkolenia zawodowe, kursy języka, darmową edukację dla dzieci, pieniądze na wydawanie uchodźczej gazety, ale też zwyczajną ludzką życzliwość. Przybysze z Grecji rozjechali się po całym kraju – od Zgorzelca, Wałbrzycha, Wrocławia, przez Nową Hutę i Bieszczady, po Gdańsk i Szczecin. Żyli z Polakami drzwi w drzwi, podwórko w podwórko. Powstawały z tego wielkie polsko-greckie przyjaźnie, które trwają do dziś. Były też mieszane małżeństwa (moi rodzice), wspólne zabawy podczas greckich świąt, nauka greckich tańców, wspólna wódka, smakowanie tradycyjnej pity czy zupy z baranich podrobów.

 

Masz za sobą osobiste doświadczenie dyskryminacji? Nie. Zdarzają się jedynie zabawne, a momentami irytujące sytuacje, gdy muszę zapewniać, że Sturis to nie pseudonim, że Polak może się tak nazywać. Gdybym chociaż był Sturisowski…

Pamiętam, jak w liceum brałem udział w olimpiadzie polonistycznej i wrocławski profesor, zanim zaczął odpytywać mnie z twórczości Sępa-Szarzyńskiego, dobrą chwilę dziwił się, że stoi przed nim chłopak, nie dziewczyna. Co ciekawe, nie miał też pojęcia, że w jego mieście żyło przed laty kilka tysięcy Greków, a grecka wojna domowa kojarzyła mu się jako ta hiszpańska.

 

W 2015 r. jako reporter Radia TOK FM jedziesz na grecką wyspę Kos i słyszysz bluzgi polskich turystów na uchodźców. Odzywa się historia rodzinna? To było jeszcze za czasów premier Ewy Kopacz, która długo nie chciała się zgodzić na przyjmowanie uchodźców. Zamożni Polacy na wakacjach, którzy na jednodniową wycieczkę katamaranem przypłynęli na Kos z pobliskiej Turcji, tłumaczyli mi, że w pełni popierają rząd i nie życzą sobie finansowania pomocy dla Syryjczyków.

 

Co im przeszkadzało w obecności uchodźców? Mówili: niech się tym zajmą inne kraje, my pomagajmy naszym samotnym matkom…

 

…uderzenie w szlachetne tony.
nas rzekomo nie stać, nie mamy obowiązku. Poza tym – mówili – to są przecież muzułmanie, więc pewnie terroryści, a my musimy chronić nasze dzieci. Ich nieracjonalne argumenty wywołały we mnie wściekłość, bo dwa kroki od tawerny, w której siedzieliśmy, grupa zagubionych i zdesperowanych Syryjczyków od kilku godzin czekała na rejestrację przed posterunkiem policji. Wśród nich kobiety z niemowlętami. Wszyscy oni mieli ze sobą co najwyżej plecak. Uciekali w obawie o życie, tak jak blisko 70 lat temu uciekali moi dziadkowie z moim małym ojcem – z jedną zmianą bielizny i jedną patelnią. Ci polscy turyści nie mieli ochoty porozmawiać z uchodźcami, by zapytać o ich wojenną historię.

 

Swoją książkę dedykujesz „Dzisiejszym uchodźcom” – te dwie historie, dawna i dzisiejsza, nie są rozłączne, prawda?
Jest mi wstyd, że dzisiejsza Polska traktuje uchodźców z taką obojętnością i pogardą. W czym Syryjczycy, Irakijczycy czy Afgańczycy są gorsi od Greków, którym kiedyś pomogliśmy? Albo od nas Polaków, którym kiedyś pomagały inne kraje? Chciałbym, żeby moja książka była głosem w dyskusji, ale nie łudzę się, że przyczyni się do zmiany sytuacji. Musiałaby ją przeczytać pani premier i minister Błaszczak, a szanse na to są niewielkie. Dla nich wiedza zawarta w mojej książce byłaby niewygodna – dowodzi bowiem, że potępiani w czambuł komuniści mieli w tym konkretnym przypadku więcej przyzwoitości, więcej empatii, że wykazali się większym człowieczeństwem, że lepiej rozumieli, na czym polega realna solidarność.

Jedno z najmocniejszych zdań w twojej książce: „Od dzisiejszych uchodźców Polska bezwstydnie odwraca się plecami”. Masz hipotezę, dlaczego tak jest?
Nasz rząd cynicznie próbuje zbijać kapitał polityczny na podsycaniu strachu wobec uchodźców – tak działają wszystkie skrajne partie w Europie od greckiego Złotego Świtu, przez francuski Front Narodowy, po brytyjski UKIP. Politycy świadomie mylą ich z terrorystami albo nielegalnymi imigrantami. Twierdzą, że ludzie, którzy są ofiarami wojny, będą nas mordować, a w najlepszym przypadku zabiorą nam pracę. Trzeba się więc ich bać. Społeczeństwem przestraszonym łatwiej manipulować.

To właśnie z podszeptów władz biorą się coraz częstsze pobicia imigrantów, zagranicznych studentów, właścicieli punktów z kebabem. Nie słychać, by członkowie rządu czy prezydent publicznie potępiali te ataki.

Pokłóciłbym się z tobą o jedną rzecz: rozróżniasz uchodźców i nielegalnych imigrantów. Ci ostatni mieliby niby być w lepszej sytuacji. Tymczasem wielu z nich znajduje się w sytuacji równie dramatycznej co uchodźcy wojenni, choć formalnoprawnie nie spełniają definicji uchodźcy: uciekają przed niewolniczą pracą w Bangladeszu, przed porwaniami dla okupu w Afganistanie, przed egzekucjami na tle politycznym czy religijnym w Pakistanie, przed suszą w Rogu Afryki… To rozróżnienie służy tylko manipulacjom polityków. Kondycja ludzka tych ludzi jest tak samo dramatyczna jak kondycja uchodźców. A my jesteśmy im winni taką samą solidarność.
Co do racji etycznych – pełna zgoda. Ja nie dokonuję rozróżnienia na gruncie etyki czy potrzeby pomocy, lecz prawa. Polska jest zobowiązana do udzielania pomocy uchodźcom, bo ratyfikowała konwencję genewską. Kropka. Ludziom, o których mówisz – i którzy w sensie ściśle prawnym nie mają statusu uchodźców – też powinniśmy pomagać, nie mam co do tego wątpliwości.

Co się stało z tymi blisko 14 tys. „polskich” Greków? Ilu wróciło do ojczyzny, ilu zostało w drugiej?
Gdy upadła junta czarnych pułkowników w 1974 r. i władzę w Grecji przejęły siły prodemokratyczne, z nową mocą wróciła dyskusja o powojennych uchodźcach. Nowy rząd wydał zgodę na ich powrót do ojczyzny. Mogli na nowo ubiegać się o grecki paszport i liczyć na symboliczną rehabilitację. Większość spakowała mienie i walizy, załadowała je do wynajętych pociągów towarowych i ruszyła w drogę na południe. Została garstka – według ostatniego spisu powszechnego z 2011 r. w Polsce żyje dziś 3600 Greków i 500 Macedończyków.

Twoi bliscy wrócili?
Prawie wszyscy. W Polsce został jeden wujek, który dorastał w ośrodku dla dzieci w Policach, i kilkoro dalszych krewnych.

Jak się czują dzisiaj ci, którzy zostali? Jaki mają stosunek do uchodźców i do Polski, która uchodźców nie chce?
Dawni uchodźcy są Polsce dozgonnie wdzięczni i nie powiedzą o niej złego słowa, nawet wobec tej haniebnej antyuchodźczej polityki. Część z nich zresztą niekoniecznie łączy własne doświadczenia z odyseją, jakiej doświadczają dziś Syryjczycy. Niektórzy wręcz oburzają się na takie porównania. Ale są też tacy, którzy jak ja odkryli w sobie uchodźczy gen i wyraźnie widzą wspólnotę losów. 

Kończysz książkę na wyspie Makronisos. Co tam się wydarzyło?
Na tej małej bezludnej wyspie działał najpierw rządowy obóz dla żołnierzy, których oskarżano o sympatie lewicowe, a już po wojnie domowej na Makronisos zesłano dziesiątki tysięcy dawnych partyzantów i komunistów uznanych za zdrajców ojczyzny. To miejsce stało się symbolem cierpienia, synonimem bezdusznej przemocy. W Atenach poznałem człowieka, 90-letniego staruszka, który spędził na Makronisos 38 miesięcy. Dzielnie znosił surowe warunki, tortury i bezsensowną pracę, która polegała na przenoszeniu kamieni z jednego brzegu wyspy na drugi. Władze obozu urządzały komunistom pranie mózgu – z głośników sączyła się tania propaganda, a celem pobytu na wyspie była ideologiczna rehabilitacja. Przesłanką do skrócenia kary było podpisanie deklaracji, w której więźniowie wyrzekają się politycznych ideałów i okazują skruchę. Papier wysyłano do rodzinnej wioski i drukowano w gazetach. Do dziś nie ujawniono, ile osób straciło życie podczas pobytu na Makronisos i innych wyspach – obozach. Z pewnością setki, może tysiące. Umierali z powodu nieleczonych chorób, na skutek tortur lub samobójstw.

Dlaczego wybrałeś tę wyspę i opowieść o horrorze jako ostatni akt opowieści? Gdyby Bolesław Bierut zachował się jak dzisiejsze rządy i nie zgodził się na przyjęcie uchodźców z Grecji, część z nich z pewnością trafiłaby na Makronisos. Czy ktoś zastanawia się, co dzieje się z Syryjczykami, którym odmawiamy pomocy?

rozmawiał Artur Domosławski

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.