Jaja kobyły

Żeby była jasność. Temat nie dotyczy w ogóle kwestii wulgarnych, choć na tym blogu i takimi sprawami się zajmowaliśmy (24 czerwca 2015). Nie chodzi także o ochronę przyrody, modnej ostatnio (choćby nagrodzony niedawno polski film „Pokot”), ani o kwestie odnowy populacji koni huculskich w rejonie Beskidu Niskiego. Tytułowego wyrażenia w niektórych kręgach w biznesie, a szczególnie w gronie mniejszych firm, używa się niekiedy do oznaczenia całkiem poważnego zjawiska.

Pan Krzysztof w Rzeszowie i jego mała firma
Wyobraźmy sobie niewielką firmę, np. w Rzeszowie, czy innym większym polskim mieście, sprzedającą swoje produkty na polskim rynku. Wiedzie im się nieźle, choć bez szaleństw. Mają sporo klientów, choć pewnie przydałoby się więcej, są rozpoznawalni w niektórych segmentach rynku. Jej szefem jest pan Krzysztof, osoba z ponad 20-letnim doświadczeniem zawodowym. Pewnego dnia u pana Krzysztofa, prowadzącego firmę od lat, dzwoni telefon.

Sytuacja 1 – dział marketingu w korporacji w Warszawie
Odzywa się pan A., kolega pana Krzysztofa ze sporej korporacji, której siedziba znajduje się w okazałym biurowcu w centrum Warszawy, i proponuje spotkanie, wspólną kawę. Dodaje przy tym, że proponowałby następny tydzień, bo będzie przejazdem w Rzeszowie, ale jest elastyczny co do konkretnego dnia spotkania.

Krzysztof zna pana A już dość długo. Jest on szefem marketingu w jednej z dużych firm działających w sektorze, w którym działa także firma kierowana przez pana Krzysztofa. Tyle tylko, że pan A przyjmował go zwykle w swoim gabinecie w Warszawie, sekretarka przynosiła kawę, rozmowa była rzeczowa i serdeczna, ale po 20 minutach zdarzało się nieraz, że gospodarz dyskretnie spoglądał już na zegarek, bo w sekretariacie czekali następni goście… Tym razem było jednak jakoś inaczej. No i gość proponował spotkanie w Rzeszowie.

Zagadka wyjaśniła się dość szybko. Podczas spotkania w Rzeszowie okazało się, że w firmie u pana A zaszły spore zmiany. Korporacja pana A połączyła się ze swoim niedawnym konkurentem, zarządy i poszczególne departamenty obu firm uległy scaleniu, ludzi zajmujących kierownicze stanowiska w połączonych firmach zrobiło się za dużo i skutek był taki, że panu A wypłaconą solidną odprawę ale… pan A rozgląda się obecnie na rynku i szuka nowych wyzwań zawodowych.

Z drugiej strony, lata pracy pana A w warszawskiej korporacji pozwoliły mu poznać na wylot ten segment rynku, a solidność pana A sprawiła, że jest po imieniu z większością innych dyrektorów, przy czym wielu z nich regularnie kupuje usługi takiego typu, jakie oferuje firma pana Krzysztofa. Mówiąc krótko, propozycja do pana Krzysztofa jest następująca. Pan A, nadal urzędując w Warszawie, odbywałby rozmowy ze swoimi partnerami z innych firm warszawskich, a to z dużym prawdopodobieństwem zaowocowałoby nowymi kontraktami dla firmy pana Krzysztofa, od których pan A otrzymywałby 10% prowizji. Wszystko z zachowaniem wszelkich formalności, pan A wystawi fakturę za „prowadzenie działań marketingowych i sprzedażnych u kontrahentów”. Pan Krzysztof jest zdecydowanie zainteresowany współpracą. Ma już przed oczyma wizję nowych klientów i nowych kontraktów. A w końcu jak często przedstawiciele rzeszowskiej firmy mogą bywać w Warszawie? Z kolei pan A tam mieszka i bywa codziennie.

Obaj panowie kontynuują jeszcze rozmowy na 2-3 kolejnych spotkaniach, po czym zawierają umowę, potwierdzoną krótkim mailem. Pan A zaczyna działać, a pan Krzysztof wraca do swojej codziennej pracy.

Sytuacja 2 – szef zespołu z konkurencyjnej, większej firmy z Warszawy
Do znanego nam już pana Krzysztofa odzywa się pan B, jego inny kolega, z firmy będącej jego konkurentem. W tym przypadku pan B jest szefem zespołu wykonującego usługi o profilu podobnym do usług z firmy pana Krzysztofa. Zespół liczy ok. 10 osób, ma duże doświadczenie i jest ceniony u poważnych klientów. Posiada także na swoim stanie kilka prestiżowych projektów, które potrwają jeszcze 12-18 miesięcy. Klienci w sektorze wysoko cenią usługi pana B i jego współpracowników.

Pan Krzysztof i pan B spotykają się w Warszawie, przy okazji jednej z licznych wizyt pana Krzysztofa w stolicy. Podczas wspólnego spotkania wychodzi na jaw, że firma, w której działa pan B została przejęta przez wielką firmę z branży, przeszedł do niej także i zespół kierowany przez pana B. Niestety, usługi realizowane przez zespół pana B, choć dochodowe, kompletnie nie interesują nowe szefostwo. Zespół zostaje rozwiązany, a pan B postanawia działać na własną rękę.

Pan Krzysztof jest pozytywnie zainteresowany współpracą. Nie odmówiłby, gdyby dotychczasowi klienci pana B choć w części stali się teraz nowymi klientami firmy rzeszowskiej. Obaj panowie znają się od wielu lat i mają do siebie zaufanie. Rzeszowska firma otwiera więc w Warszawie swoje mini-przedstawicielstwo, na czele którego staje pan B. Zostaje wynajęte małe biuro, powstaje krótki biznesplan na 1 stronę, potwierdzony mailem. Rzeszowska firma przeznacza na rozruch filii warszawskiej pewien niewielki budżet. W przyszłości poważnie będzie rozważane przeniesienie części zarządu do Warszawy, gdyż adres warszawski zdecydowanie pomaga w uzgadnianiu nowych kontraktów…

Sytuacja 3 – powracający z Maroka
Telefon pana Krzysztofa nadal dzwoni. Odzywa się pan C, znacznie od niego starszy, w młodości był on nawet przez kilka lat szefem pana Krzysztofa. Pan C ostatnich 6 lat przebywał w Maroku, gdzie był szefem przedstawicielstwa wielkiego europejskiego koncernu elektronicznego. Na warunki nie narzekał, miał opłacony wynajem porządnego domu w dobrej dzielnicy Casablanki oraz opłacony dość okazały samochód służbowy. Jego pracodawca opłacał mu także 3 osoby do pomocy w domu, w tym ogrodnika, który mógł służyć także jako kierowca. Kontrahenci z Maroka dokonywali w firmie C sporych, wielomilionowych zakupów, nie było więc powodów, aby ograniczać wydatki na utrzymanie przedstawicielstwa.

W lokalnym środowisku Casablanki firma zatrudniająca pana C była dobrze znana, a szef jej lokalnego oddziału tradycyjnie należał do lokalnych elit. Kiedy odbywały się imprezy okolicznościowe, pan C był zawsze zapraszany, a firma pana C tradycyjnie sponsorowała lokalne zawody jeździeckie. Podczas 6 lat swojej pracy, pan C poznał praktycznie wszystkich lokalnych vip-ów, a z niektórymi pan C i jego żona nawet się zaprzyjaźnili. Centrala wysoko oceniła pracę pana C – za jego bytności obroty firmy na lokalnym rynku znacznie wzrosły.

Czas mija szybko. Po 6 latach działania pan C i jego żona wrócili do Warszawy. W jednej z warszawskich kawiarni dochodzi do spotkania pana C z panem Krzysztofem. Pan C chce jakoś wykorzystać swoje kontakty z ostatnich lat. Wraz z kilkoma znajomymi mają pewne oszczędności, a jeszcze więcej wiedzy i rozeznania, i zakładają fundusz inwestycyjny. Liczą na to, że część ich zamożnych kolegów wykupi udziału w nowym funduszu. Minimalna wpłata to 200 tys zł, czyli relatywnie niewiele – to przecież zaledwie koszt jednej kawalerki w Rzeszowie, nie mówiąc już o cenach warszawskich. Mile widziane są także, oczywiście, większe kwoty. Pan C wraz ze wspólnikami będzie zarządzał funduszem i inwestował w wybrane firmy high-tech, zarówno start-up’y jak i firmy bardziej dojrzałe. Zdaniem pana C, spodziewane zyski roczne powinny mieścić się w przedziale 15-20%, a już co najmniej 10-15%. Wobec obecnego, symbolicznego zaledwie oprocentowania lokat bankowych, jest to niewątpliwie propozycja kusząca. Pan C zaprasza osobiście pana Krzysztofa do udziału w funduszu, choć w sumie wchodzi także w grę przekazanie tego zaproszenia innym kolegom w Rzeszowie. Pan Krzysztof kiwa ze zrozumieniem głową i prosi o podesłanie szczegółów i kilka dni do namysłu.

Jaja kobyły
Pora wrócić do naszej tytułowej, sympatycznej kobyły, której obrazek rozpoczął nasz dzisiejszy wpis w blogu. Czy jest coś, co łączy opisane wyżej trzy sytuacje? Pan Krzysztof zastanawia się chwilę i…. jest! BINGO! Każde z trzech spotkań mogłoby się zacząć się od następującego przedstawienia rozmówcy:

Ja, jako były: dyrektor/szef/przedstawiciel/marketingowiec…  mam takie znajomości w branży i taki autorytet, w dodatku również wielkie doświadczenie, że teraz, gdy rozpoczynam nowy etap działań zawodowych:
– przyniosę wam nowe kontrakty (a wy mi wypłacicie prowizję)
– poprowadzę dochodowe przedstawicielstwo waszej firmy w stolicy, a wasza firma urośnie!
– przyjmę i szybko pomnożę twoje oszczędności w prywatnym funduszu inwestycyjnym.

A gdzie tu tytułowa kobyła? Popatrzmy na początek zdania:   JA JAKO BYŁY
czyli JA-JA-KO-BYŁY… czyli JAJA-KOBYŁY

Ot i cała tajemnica! Nie dziwicie się więc zapewne, że jeśli do pana Krzysztofa znów dzwoni telefon, a w słuchawce odzywa się pan D, który do niedawna pracował na wysokim stanowisku w firmie X/Y/Z, a teraz się pozmieniało i pan D jest otwarty na współpracę…. Cóż, wtedy Pan Krzysztof mruczy do siebie i swoich kolegów w firmie:  JAJA KOBYŁY!

Co dalej?
Ponieważ wszystkie trzy historyjki opisane powyżej pochodzą z prawdziwego życia, warto dopisać do nich ciąg dalszy. Pan A po 3 miesiącach przysłał do pana Krzysztofa listę spotkań w Warszawie i nazwiska ludzi w wielkich firmach, z którymi się spotkał. Lista była imponująca. Nie ulegało wątpliwości, że salony Warszawy i gabinety vip-ów stoją otworem przed panem A. Gdyby choć co 10-te z nich przyniosło kontrakt, zadowoleni byliby i pan Krzysztof i pan A. Po kolejnych 3 miesiącach nadesłana kolejna lista była już dużo krótsza. Trzeciej listy już nigdy nie przysłano, a współpraca pana Krzysztofa z panem A samorzutnie wygasła. Panu Krzysztofowi trochę było żal rozbudzonych nadziei, ale w końcu żadnych pieniędzy na tym nie stracił, więc w sumie pogodził się dość łatwo z rozwojem wydarzeń.

Pan B intensywnie działał przez kilka miesięcy. Próbował nawet przenieść dwa trwające kontrakty do firmy pana Krzysztofa, ale ostatecznie do przeniesienia nie doszło, bo klienci nie widzieli powodów do takiej zmiany. Dwa inne nowe kontrakty, jakie pan B miał na oku, właściwie już obiecane, jakoś też ostatecznie nie wyszły. Firma pana Krzysztofa poniosła pewne wydatki, choć nie był to żaden wielki majątek, a po 6 miesiącach daremnych starań pana B współpracę zakończono. Niewielkie straty, jakie poniosła firma pana Krzysztofa, a na których w żadnym stopniu nie wzbogacił się pan B, mieściły się w normalnym ryzyku biznesowym ponoszonym przez firmę z Rzeszowa. Tak więc, nikt nie miał żadnych pretensji, a pan Krzysztof i pan B do dziś pozostają dobrymi znajomymi.

Pan C nie przekonał pana Krzysztofa do wpłacenia choćby i 200 tysięcy do nowopowstającego funduszu inwestycyjnego. Wprawdzie pan C kusił pana Krzysztofa zaawansowanymi metodami szacowania ryzyka, ale nie przekonało to pana Krzysztofa (a tym bardziej jego małżonki, która ewentualną kawalerkę wolała zachować dla dzieci) i do współpracy nie doszło. Kilka lat później, gdy całkiem przy innej okazji pan Krzysztof spotkał pana C okazało się, że fundusz ostatecznie w ogóle nie ruszył, gdyż nie było chętnych aby zaufać renomie pana C, który przecież… nigdy nie działał bezpośrednio w inwestycjach kapitałowych.

Jaki stąd morał? Wszyscy trzej panowie, A, B i C, błędnie oceniali swoją własną, osobistą markę i to, z jakich powodów ich dotychczasowi partnerzy biznesowi ich doceniali. Wszystkim trzem wydawało się, że szacunek i respekt im okazywany przez innych powodowany był ich własnymi umiejętnościami i dokonaniami, podczas gdy faktycznie wrażenie na partnerach robiła korporacja, dla której wówczas pracowali. Nazwisko + marka korporacji i stanowisko: to połączenie działało znakomicie. Gdy angaż się skończył, wizytówka firmowa zniknęła, a na nowej zamiast znanego logo znalazł się adres prywatny i numer telefonu komórkowego, wtedy ten czy inny skłonny był jeszcze wypić wspólną kawę ale… coraz częściej sekretarka kolegi informowała miłym głosem, że „szef – niestety – jest bardzo zajęty…” Więc „może przy innej okazji?”.

Cóż dodać, cóż ująć: JAJA KOBYŁY !

 

Syndrom dyrektorski
Pewną odmianą tytułowej sytuacji jest telefon od pana E, kolegi pana Krzysztofa ze studiów. Pan E jest lekko po 50-tce i 20 ostatnich lat kierował sporym działem technicznym w firmie rzeszowskiej zatrudniającej ponad 1000 osób. Los tak chciał, że pan E rozgląda się obecnie za nowym zajęciem i zajrzał w Rzeszowie do pana Krzysztofa aby zapytać, czy jego firma nie potrzebuje kogoś, skoro regularnie ogłasza się w gazetach i w internecie.

Pan Krzysztof obiecał, że sprawie się przyjrzy. Następnego dnia zarząd firmy pana Krzysztofa (3 osoby) faktycznie przez 10 minut o tym dyskutował na swoim spotkaniu. Wykształcenie, kompetencje i profil zawodowy pana E robiły pozytywne wrażenie, ale… firma pana Krzysztofa szukała ludzi z 5-10 latami doświadczenia do nisko- i średniopoziomowej pracy przy projektach. Poziom wynagrodzenia byłby wówczas na poziomie 30-50% tego co ostatnio zarabiał pan E. Oczywiście żadnego samochodu służbowego ani pakietu medycznego. . Po 2-3 latach może perspektywa awansu. Mimo wyraźnej deklaracji pana E, że byłby on otwarty na wszelkie propozycje, opcję zatrudnienia pana E po 3 minutach dyskusji na zarządzie zamknięto, nikt bowiem przy stole nie wyobrażał sobie pracy pana E na prostym stanowisku produkcyjnym i bez osobistej sekretarki. „syndrom dyrektora” – skwitowano tę kwestie i zmieniono temat.

Ostatecznie wakat na stanowisku analityka-konsultanta w firmie pana Krzysztofa wypełniono 32-letnią osobą, która bardzo pozytywnie przyjęła zaproponowane przez pana Krzysztofa warunki, a od tego czasu (5 lat) już dwukrotnie lekko awansowała w firmie.

Syndrom dyrektorski w wersji bez zmiany firmy?
Dodatkowym wariantem „syndromu dyrektorskiego” jest rozważana przez wielu odchodzących opcja ewentualnego pozostania w tej samej firmie, ale na stanowisku niższego szczebla, przy mniejszym wynagrodzeniu. Niektórzy proponują nawet, że „podporządkują się nowemu szefowi czy nowej szefowej” i będą z nim/nią pokojowo współpracować.

To niestety nie wychodzi. Wizerunek dyrektora, nawyki, wiedza (przeszkadzająca w tym przypadku) sprawiają, że jeśli przestajesz być dyrektorem – to w praktyce musisz odejść. Możesz rozważać stanowiska na niższym poziomie ale… w innej firmie. Tam nie będą ciebie w ogóle kojarzyć z poprzednim etapem i stanowiskiem, dla nich będziesz „nowym”.

Wyjątkiem od powyższej reguły ogólnej są byli prezesi w niektórych instytucjach. W niektórych z nich, mając byłego prezesa czy dyrektora, zwykle już po 60-tce, tworzy się specjalne stanowisko „doradcy zarządu”. zakładamy oczywiście, że zmiana dyrekcji odbyła się „pokojowo”. Taki doradca zarządu otrzymuje zwykle (choć nie zawsze) pewne wynagrodzenie, ma wizytówkę, łatwo mu/jej odpowiedź na niewygodne pytania znajomych „a co u ciebie? musi ci być ciężko?”. W końcu, były prezes/dyrektor ma także skromny pokoik, do którego co dzień rano może wyjść z domu – a to już coś.

Miłego dnia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.