Być liderem – czyli kim?

Liderem nie można kogoś mianować. Lider to ktoś, kto potrafi sprawić, że inni zrobią tak, jak lider by chciał. Mianować można kierownika, liderem albo faktycznie jesteś albo nie. Są liderzy przez nikogo niemianowani, zarówno w grupach nieformalnych jak i w tych, gdzie ktoś niby jest „szefem”. I są tacy kierownicy, którzy dla nikogo liderami nie są. Bywa więc rozmaicie. Spójrzmy więc w bardzo trafny opis lidera w sytuacji wojskowej, ściśle hierarchicznej.

Poniżej ciekawy fragment artykułu. Niespełna 50-letni podoficer, stosunkowo niski rangą, ale z 25-letnim stażem w wojsku, w dodatku pochodzący z wojskowej rodziny, opisuje w superlatywach swojego dowódcę. Czym to jego szef, wysokiej rangi generał – zasłużył na uznanie swojego podwładnego?

Oto kilka kwestii eksponowanych w tym opisie:

  • „Przechodząc przez bazę wojskową, zawsze się zatrzymał, zagadał, zainteresował, co słychać.” To przecież nijak nie zmieniało faktu, że on był generałem, a oni podoficerami. „Potrafił podejść (..) i zwykłym żołnierzom zimne picie przynieść…”
  • Gdy przedstawiciel ministerstwa chwalił go publicznie, wręczał medal, on pokazując na swoje wojsko mówił, że to im się medal należy, że on przyjmuje to w ich imieniu… Czyli wedle zasady: nasze sukcesy są ich zasługą, nasze kłopoty obciążają moje barki (a nie odwrotnie)
  • Miał autorytet u podwładnych. Wierzyli w jego mądrość. Z jego poleceniami się nie dyskutowało.
  • Stworzył atmosferę wzajemnego zaufania pomiędzy żołnierzami. Poczucie pracy zespołowej. Tego nie zrobisz prostym poleceniem czy rozkazem.
  • Gdy w bardzo osobistej sprawie, przy pogrzebie ojca, także zasłużonego żołnierza, chorąży zwrócił się do generała z osobistą – ale uzasadnioną – prośbą, ten „stanął na głowie” aby zrobić „ukłon” w stronę podwładnego. Takich gestów się nie zapomina do końca życia…

Ktoś powie, że sytuacja na misji zagranicznej, w Afganistanie czy Iraku, to sytuacja ekstremalna, gdzie uczestnicy ryzykują własnym życiem. Jest to oczywiście prawda, ale czy analogiczne sytuacje, na inną nieco skalę, nie spotykają nas wszystkich w życiu codziennym?

 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx 

UWAGA: nigdy dotąd na tym blogu nie cytowałem WYCINKÓW z dokumentów, zawsze podawałem CAŁE artykuły, może wyróżniając niektóre co celniejsze fragmenty.

Tym razem WYJĄTKOWO robię inaczej. Ponieważ w tym blogu nie zajmujemy się polityką, a w pełnej wersji artykułu znalazły się także fragmenty, które mogłyby być interpretowane w kontekście bieżącej polityki, autor bloga zdecydował się – WYJĄTKOWO – przytoczyć JEDYNIE FRAGMENTY większego artykułu, po usunięciu potencjalnie kontrowersyjnych fragmentów mogących wywołać niezamierzone skojarzenia polityczne 

‘====================================

 

Michał Bardoń: Mam spuszczać głowę (…xxx…)?

Jacek Harłukowicz      20 lutego 2017 | 00:05

JACEK HARŁUKOWICZ: (…xxx…)

MICHAŁ BARDOŃ: (…xxx …)

Kim pan właściwie jest?
– Żołnierzem. Chorąży Michał Bardoń, rocznik 1969. W służbie zawodowej od 4 września 1990 roku, misje w Iraku i Afganistanie. Od marca ubiegłego roku na emeryturze.

(…xxx …) pan generał Skrzypczak to dla mnie prawdziwy dowódca, wzór do naśladowania i przykład prawdziwego żołnierza. (…xxx…)

Zna go pan osobiście? Służyliście razem?
– Tak, byliśmy razem w Iraku, w ramach czwartej zmiany, od stycznia do sierpnia 2005 roku.

Byłem wtedy dowódcą wozu łączności ZWD-3, a generał Skrzypczak był dowódcą całej zmiany. To człowiek, który na każdym kroku, każdą swoją decyzją dawał przykład, że jest dowódcą. Dbał o swoich ludzi. Dla nas, ale tylko we własnym gronie, był „panem Waldkiem”, ewentualnie „Waldusiem” – mam nadzieję, że jak to przeczyta, to się nie obrazi.

Przechodząc przez obóz, zawsze się zatrzymał, zagadał, zainteresował, co słychać. Potrafił bpodejść na pilnowane przejście i zwykłym żołnierzom zimne picie przynieść. Jaki inny generał tak zrobi?!

Albo gdy mieliśmy przywitanie po powrocie z Iraku na żagańskim rynku – stoi trybuna, oficjele, politycy i generałowie. Przemawia przedstawiciel ministra obrony narodowej i ogłasza, że za zasługi w Iraku generał będzie odznaczony medalem. I co robi generał? Dziękuje grzecznie i zwracając się do nas, mówi, że to nie jego medal, tylko nasz. Takie rzeczy pamięta się do końca życia.

Dla wszystkich wojskowych, których znam, generał Skrzypczak był i jest wzorem oficera stojącego na straży honoru polskiej armii, który potrafił od podwładnych wyegzekwować pewne rzeczy samą siłą autorytetu. Jak on coś mówił, to zawsze oznaczało, że tak właśnie jest. Żadnych dyskusji, nawet za plecami. Co powiedział generał, to święte. 

Misje zbliżają żołnierzy? Skracają dystans między dowódcą i podwładnymi?
– Może nie zabrzmi to najlepiej, ale takie misje przygotowują żołnierzy, zarówno psychicznie, jak i fizycznie, do tego, co może wydarzyć się(…xxx …) . Tam każdy żołnierz sprawdza, ile jest wart. Bo codziennie śmierć jest za rogiem. W warunkach bojowych poznaje prawdziwe znaczenie słów „przyjaźń”, „lojalność”. Trudno to tłumaczyć cywilowi, na myśl przychodzą mi słowa sierżanta Hoota z „Helikoptera w ogniu” Ridleya Scotta: „Kiedy zapytają: dlaczego to robisz, nic nie odpowiem. Oni nie zrozumieją, że tu chodzi o kolegę”.

Jechaliśmy kiedyś na patrol. Dostaję sygnał, że nasi koledzy z innego plutonu wpadli w zasadzkę gdzieś pod Diwaniją. Szybka decyzja: zmniejszamy odległość między wozami, gasimy światła, noktowizory na głowę i jedziemy pomagać. Jak dojechaliśmy, chłopcy pohałasowali trochę działkiem przeciwlotniczym, zatrzymaliśmy kilku ludzi, zebraliśmy z drogi trochę broni i spokój. A tu nagle jak nie zaczęły świstać kule. Jeb, jeb nad głową, obok, wszędzie. Potem jeszcze rykoszet, dokładnie między mnie i kierowcę rosomaka. Człowiekowi robi się w takiej sytuacji bardzo zimno, choć temperatura przekracza 40 stopni. Tam wiesz, że odpowiadasz nie tylko za własne bezpieczeństwo. Możesz liczyć na innych, a oni muszą być pewni, że w sytuacji skrajnej nie narobisz w gacie. To jest niemożliwe bez odpowiedniej atmosfery, a za nią odpowiada przełożony. Moim był gen. Skrzypczak. Ale mam do niego szacunek również dlatego, że pomógł mi w bardzo dla mnie ważnej, osobistej sprawie. 

Jakiej?
– Mój tata też był zawodowym wojskowym. W czasie wojny należał do Armii Krajowej, walczył w okolicach Ostrowii Mazowieckiej. Po wojnie się nie ujawnił, tylko wstąpił do wojska. Dosłużył się stopnia pułkownika. Kiedy kilka lat temu odszedł z tego świata, w wieku 88 lat, chciałem zorganizować mu pogrzeb wojskowy. Taki z kompanią honorową. Był sezon urlopowy i odbijałem się od drzwi, nikt nie chciał mi pomóc, nawet w mojej jednostce. Pożaliłem się jednemu koledze, z którym byłem w Afganistanie. I kiedy z rodziną rozmawialiśmy już, że będzie tylko werbel, że nie wiem, czy będzie sztandar, że skromnie i tak dalej, dzwoni komórka. Pamiętam to, jakby to było dzisiaj. „Halo? – słyszę generała, już wtedy w rezerwie był. – Camel (taką miałem ksywę na misji), w czym jest problem?”. No to opowiadam. A on na to: „Spokojnie, Michał, zadziałam”. Po godzinie dzwoni jeszcze raz: „Nie jest łatwo, ale próbuję”. Do samego końca nie było wiadomo, czy się uda, czy będzie asysta, jak duża. A jak przyjechaliśmy do domu pogrzebowego, zobaczyłem: orkiestra, kilka pocztów sztandarowych, pełna kompania honorowa. Był hymn, przemówienie. Po wszystkim podszedłem do kompanii honorowej podziękować, a młody porucznik, miał może tyle lat, co ja w wojsku byłem, oddał mi honor szablą, choć nie miałem na sobie munduru, i powiedział: „Odszedł jeden z nas, panie chorąży, ku chwale Ojczyzny”. Nie jestem beksą, ale miałem łzy w oczach.

(…)

 Wojskowym chciał pan być od małego?
– Wielkiego wyboru nie miałem, bo tata był wojskowym, choć nie przypominam sobie, żeby jakoś mnie cisnął w tę stronę. Ale wojskowymi było także pięciu moich starszych braci, więc medale za zasługi dla obronności kraju: brązowy, srebrny i złoty, dostawała też nasza mama.

Najstarszy, Władek, poszedł do szkoły radiotechnicznej do Jeleniej Góry, Janusz do Warszawy, na Akademię Techniczną. Andrzej do szkoły wojsk pancernych do Poznania, Grzegorz do chorążówki samochodowej w Pile, Romek na Wojskową Akademię Medyczną do Łodzi, no a ja do Legnicy, do szkoły chorążych. 

Któryś jeszcze służy?
– To już wiekowi panowie. Między mną i najstarszym Władkiem jest 18 lat różnicy. Jak ja się rodziłem, to brat właśnie wkładał wojskowy mundur.

Dom trochę jak koszary. Tata lubił pomusztrować?
– Nic z tych rzeczy. Ale posłuch był jakoś tak sam z siebie.

(…xxx …)

Michał Bardoń – lat 47, emerytowany chorąży Wojska Polskiego, łącznościowiec. Służył w 17. Wielkopolskiej Brygadzie Zmechanizowanej i 15. Batalionie Ułanów Poznańskich. Żołnierz z 25-letnim stażem, uczestnik misji w Iraku i dwukrotnie w Afganistanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.