Międzykultura – krok na zawsze

Emigracja jest stara jak świat. Była, jest i będzie. Kto nie wierzy, ten niech przy okazji wizyty w Gdyni zajrzy do Muzeum Emigracji, zbudowanego na nabrzeżu skąd kiedyś w świat odpływali emigranci, w poszukiwaniu lepszego życia. Muzeum świetnie zaprojektowane, wizyta w nim – bezcenna. Ale co ciekawego można tkwić w powrotach z emigracji?

****** (o emigracji pisaliśmy już na blogu – wpis z 22 marca 2016)  *******

Zjednoczona (oby na jak dłużej) Europa, świat w wersji globalnej wioski, tanie linie lotnicze śmiało podbijające świat – taki jest nasz XXI wiek i taka w nim Polska. Ze świecą już szukać w niej rodziny, w której nie byłoby kogoś „wyjechanego mniej czy bardziej na stałe”, albo z żoną/mężem, dziewczyną/chłopakiem z innego kraju.

Międzykultura
Ciekawa jest przemiana, jaka ma miejsce w człowieku, gdy przeniesie się do innego kraju na stałe. Taki wyjazd musi mieć w tle jakąś nadzieję na poprawę życia. Liczysz, że „tam” będzie ci jakoś lepiej: może zawodowo? Może finansowo? Może sercowo? A może – masz nadzieję – wszystko razem? Jak szampon „wash & go” – dwa w jednym?

Gdy wyjeżdżasz na stałe to w jakimś sensie atuty nowego kraju w twojej kalkulacji przeważyły nad minusami. Nowy kraj przyciągnął cię swoją atrakcyjnością. Coś w nim polubiłeś, coś cię pociąga. W tym momencie robisz krok, który sprawia, że już na zawsze czegoś ci będzie brakować. A świadomość, że znalazłeś się w tej sytuacji „na własną prośbę”, że nie bardzo możesz zrzucić winę na innych, może być dodatkowym obciążeniem.

Wychowałeś się w Polsce, z polskim językiem i polską kulturą. Polskim jedzeniem i polskimi krajobrazami. Z polskimi wadami i zaletami. Kiedy wyjedziesz szukając szczęścia gdzie indziej, całego tego bagażu nie zostawisz za sobą, zabierzesz go w swojej głowie. I tak czy owak, niektórych z tych elementów będzie ci „tam” brakować. Brzmi to banalnie, bo przecież w życiu nigdy nie masz wszystkiego, niezależnie od tego czy całe życie będziesz mieszkać w Polsce, czy może gdzieś się przeniesiesz, ale tu na miejscu w Polsce wiele możesz sobie wytłumaczyć czynnikami od ciebie niezależnymi: masz akurat takich rodziców, urodziłeś się w takim miejscu, twój kraj ma taką a nie inną sytuację geopolityczną. Tymczasem decyzja o wyjeździe dorosłego człowieka jest jego osobistą decyzją.

Czego może człowiekowi brakować?
Od tego czasu, niezależnie od tego czy faktycznie zostaniesz „tam” na stałe, czy może zdecydujesz się wrócić „tu” do Polski, będzie ci czegoś brakować. Którego elementu – to już indywidualna sprawa: jeden przejedzie pół miasta by znaleźć chleb, który podobny jest do polskiego (tu najlepsze bywają, obecne na całym świecie, sklepy z jedzeniem żydowskim). Innemu dokucza najbardziej język, a może to że jego/jej dzieci będą co najwyżej (jak dobrze pójdzie) mówić językiem rodziców na poziomie podstawowym, a i to z obcym akcentem. A sam emigrant, w 99% przypadków, i tak głębsze kontakty będzie miał tylko z Polakami. Niby mógłby z każdym, ale… z Polakami jest najprościej o porozumienie. Jeszcze innemu, w pięknej Irlandii brakuje polskich lasów (akurat tego tam nie ma, choć generalnie przyroda jest piękna) albo w słonecznej i pięknej Kalifornii brakuje komuś europejskich miast, których nie zastąpią ciągnące się kilometrami obszary amerykańskiej podmiejskiej zabudowy, tak niby wygodnej i dostatniej ale… obcej.

A może wrócić po kilku latach, czy kilkunastu? Wrócić „z tarczą” po udanym wyjeździe albo i „na tarczy”, gdy nie znalazłeś tam tego, czego szukałeś? Wtedy wracasz i gdy minie miesiąc miodowy dostrzegasz, jak wielu atutów pozbyłeś się tą decyzją o powrocie. Do ilu świetnych rzeczy za granicą już przywykłeś. To może być ‘ichnia” tolerancja do obcych i zróżnicowanie, a może „ichnia” pogoda ducha i otwartość. A może „ichnia” super praca ze spojrzeniem globalnym na światowy biznes. A może „ichni” porządek na co dzień albo – całkiem po prostu – „ichnia” zamożność. Może „tu” drażnić cię będzie to jak cię traktują gdzieniegdzie w urzędach (choć to w Polsce zmieniło się już drastycznie na korzyść), albo raczej jak traktują ciebie i twoje dziecko w szkołach lub w szpitalach. Jaki widzisz bałagan urbanistyczny albo jak drażni cię (lub twoje dziecko) to, że uczniowie i studenci ściągają na egzaminach…

Tej międzykulturowości nie pozbędziesz się już nigdy. Nie wracasz przecież do tego samej sytuacji co przed wyjazdem. Zmieniła się Polska, zmienili się twoi bliscy ludzie, ale najbardziej zmieniłeś się ty sam i twoje spojrzenie na świat.

O międzykulturowości krótko – zamiast podsumowania
Gdyby chcieć podsumować krótko powroty, byłoby to mniej więcej tak:

  • Nie licz, że wrócisz do starej sytuacji – życie pędzi! Zmieniła się Polska, zmieniły się twoje bliskie osoby, zmieniłeś się ty sam i twoje spojrzenie na świat.
  • Miej świadomość, że poczucie niedosytu i dyskomfortu jest u ciebie praktycznie pewne. „Tu” będzie ci brakować wielu rzeczy, które „tam” miałeś i ceniłeś. Często widzieć je będziesz szybciej i w bardziej dokuczliwy sposób aniżeli odczujesz plusy, na które liczyłeś przyjeżdżając.
  • Aklimatyzacja po powrocie nie będzie bezbolesna. Będziesz „nowy” i „obcy” i to na twojej głowie będzie stworzenie sobie (i swojej rodzinie) komfortu fizycznego i psychicznego po powrocie, bo „tubylcy są u siebie”.
  • Jeśli wracasz z rodziną, odczucia każdego z nich i ocena sytuacji może być indywidualna i bardzo różna. Każdemu inaczej wychodzi bilans pracy/przyjaciół/hobby/rodziny. Najbezpieczniej wracać „przed dziećmi” lub „z małymi dziećmi”. Dzieci szkolne będą miały większy problem z aklimatyzacją. U nastolatków mogą wyniknąć piętrzące się problemy nakładające się na normalne wyzwania wieku dojrzewania. Młodzież w wieku studenckim z reguły już za rodzicami nie wraca w ogóle. Oni są całym swoim życiem „tamtejsi”.

 

 xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Powrót z emigracji do Polski? Jak wrócić i nie zwariować

Agnieszka Burton

30 stycznia 2017 | 00:06

http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,21299105,powrot-z-emigracji-do-polski-jak-wrocic-i-nie-zwariowac.html

Ludzie często wyjeżdżają po cichu. Powrót z emigracji do Polski jest jednak wstydem.

Decyzję podjęła pewnej nocy, po prostu obudziła się z przeświadczeniem, że powinni wrócić do kraju, mimo że na Węgrzech im się podobało.

W Warszawie powitała ich rodzina, każdy miał jednak swoje sprawy, własne życie, a ona cały czas porównywała wszystko z Budapesztem, trudno było już tego słuchać. Szokowała ją agresywna jazda kierowców, zatroskane, zacięte miny. Wystarczyły cztery lata za granicą, by stolica wydawała się obca.

– Styl życia, pośpiech, nie bardzo się w tym odnajdywałam. Węgrzy są bardziej wyluzowani, jest tam więcej uśmiechu, życzliwości. Mówią „dzień dobry”, a jak wychodzę z bloku, ktoś mi przytrzyma drzwi, bo prowadzę rower – opowiada Aleksandra Mościcka, z wykształcenia ekonomistka, specjalistka ds. rynku pracy.

Były też ciężkie chwile: czteroletni syn spakował plecak i oświadczył, że wraca do domu, na Węgry, a siedmioletnia córka przed zaśnięciem wyliczała przyjaciół, za którymi tęskni.

Dlatego Aleksandra wymyśliła Powroty, grupę wsparcia dla osób wracających z emigracji do Polski. Warszawska fundacja Sto Pociech udostępniła salę, potem doszła dotacja z MSZ, a w 2016 roku projekt otrzymał współfinansowanie z Senatu (w ramach opieki nad Polonią i Polakami mieszkającymi za granicą).

– Organizujemy bezpłatne warsztaty (powrotny szok kulturowy, wykorzystywanie potencjału przywiezionego z zagranicy). Przychodzą małżeństwa mieszane, jest więc sporo obcokrajowców. Spotkania dla tych, którzy już są w Polsce, zwykle co dwa miesiące, ogłaszamy na Facebooku. Są też konsultacje przez Skype’a, telefon i mailowo dla osób z całej Polski, także dla tych, którzy dopiero myślą o reemigracji. Nie zachęcamy ani nie zniechęcamy nikogo. Podpytuję rozważających powrót z emigracji do Polski, czy policzyli, ile będzie kosztować wynajem mieszkania, rozmawiam o rynku pracy, by pomóc samodzielnie podjąć decyzję. Ale zainteresowanie rośnie, minęło 12 lat od wejścia do UE, emigranci mają kilkuletnie dzieci i zaczynają się zastanawiać, co dalej.

Mówi się, że każdy rok życia na obczyźnie to pół roku przyzwyczajania się do kraju rodzinnego. W pierwszym roku po powrocie nie warto podejmować wielkich decyzji, znowu wyjeżdżać, bo wtedy rządzą nami duże emocje (ale kolejny raz na emigrację wyjeżdża 10 procent naszych „powrotowców”, na ogół w związku z pracą).

Jest też coś takiego jak „pułapka emigracyjna”, tam tęsknimy za zielonymi polami i babcią, tu przyjeżdżamy i nie jesteśmy już wyczekiwanym gościem z zagranicy, powoli przechodzi się do zwykłego życia. Ale trzeba rozumieć, że to jest proces, że będzie coraz lepiej. Do Polski nie wraca się dla lepszej organizacji życia społecznego, dla większych pieniędzy. Biurokracja też jest duża, trzeba być na to przygotowanym, najlepiej się uśmiechnąć: „Miejmy nadzieję, że to się będzie zmieniać”. Do Polski wraca się, by być u siebie i blisko rodziny. Staram się pamiętać, co jest dla mnie ważniejsze: wygodne życie w obcym kraju czy fakt, że dzieci mogą być blisko dziadków, uczestniczyć w ważnych wydarzeniach rodzinnych? To jest coś nieprzeliczalnego. Zrobiłam sobie nawet plakat, by nie zapomnieć: czego mi tam brakowało, za czym tęskniłam. Ale i tak kawałek serca zostawiłam w Budapeszcie.

Wracają po cichu
Aleksandra: – Byłyśmy w Dublinie i w Londynie zbadać potrzeby Polaków. Pytali o pracę, jakie dokumenty są potrzebne, jak rozpocząć działalność. Pewien pan z Dublina chciał założyć warsztat samochodowy w Polsce. Już tu był, starał się, rodzina mu pomagała, ale szło opornie, był sfrustrowany, zniechęcony Polską. Powiedziałam delikatnie: „Nie każdy musi reemigrować”, a on na to: „ Ale ja chcę wrócić do kraju!”, jakby szukał potwierdzenia, że wszystko będzie dobrze.

W Anglii pytano o powrót do Polski na emeryturę. W Irlandii przyszły osoby w wieku produkcyjnym – kobiety narzekały, że w Polsce nie pracuje się na pół etatu, więc z większą liczbą dzieci nie ma po co wracać. Pytano o edukację, czy zapisać dzieci do międzynarodowej szkoły, gdzie koszty są wysokie, ale jest więcej angielskiego, czy do społecznej? Kiedy najlepiej wracać z dzieckiem? Na co generalnie mówimy, aby z nastolatkami nie wracać, tylko – jeśli można – przeczekać ten okres.

Pojawiał się też wątek psychologiczny: jakie są wyzwania po powrocie, jak poradzili sobie inni? Jak rozmawiać z urzędnikami, bo w Polsce nie ma pakietu powitalnego czekającego na reemigrantów, nikt się nie cieszy, że wrócili.

W Londynie przed spotkaniem podsłuchałam przypadkiem rozmowę: „Powrót do Polski? To jakiś joke!”. Podeszłam do tych ludzi, zaprosiłam, nawet weszli posłuchać. Wielu Polaków w Anglii może by chciało wrócić, bo nie są tam tak chętnie przyjmowani, ale wiedzą, że nie wszystkich reemigrantów nasz rynek pracy by wchłonął, szczególnie w Polsce B. Często słyszymy, że my jesteśmy z Warszawy, a ktoś chce na przykład wrócić do Lublina – i co w tym Lublinie?

Nie spotkałam natomiast ludzi, którzy chcieliby wracać z powodu Brexitu. Ci, którzy są przekonani, że chcą tam mieszkać, zostają. Ale na pewno jest niepokój. Przyznała to prywatnie jedna z działaczek polonijnych z Londynu: nikt nie wie, co będzie dalej, wszyscy czekają. Od znajomej wiem o kobiecie, która w grudniu zrezygnowała z pracy i już jest w Polsce, bo w angielskim metrze bała się mówić po polsku. Tak czy owak Wielka Brytania przeważa wśród krajów, z których wracają Polacy. W Irlandii Polakom żyje się chyba łatwiej, bo Irlandczycy są otwarci i serdeczni. Ktoś powiedział, że bardzo lubi Irlandię, bo ludzi nie ocenia się tam ze względu na tytuły, ale na to, jacy są, co zrobili dla innych.

Często słyszałyśmy: „Pomyślimy za rok”, „Gdy córka skończy szkołę”. Ludzie odkładają tę decyzję, ale się rozglądają. Powrót z emigracji do Polski jest jednak pewnym wstydem. Ludzie często wyjeżdżają po cichu. W Irlandii mówiono nam: dzieci znikają, nie ma ich we wrześniu w polskiej szkole, nauczyciel dzwoni do rodziców, okazuje się, że wrócili do Polski, nikogo nie uprzedzając.

Wkurzone twarze
Anna, wróciła do Wrocławia po ośmiu latach w USA: – Przyjechaliśmy w zeszłym roku. Moje ośmioletnie dziecko po przeprowadzce zaczęło rysować same smutne, wkurzone twarze. Gdy chodziliśmy na spacer, ludzie wydawali mi się strasznie niegrzeczni, wszędzie chciałam menedżera prosić: bo pani robi miny przy sprzedawaniu lodów, bo kasjerka jest niesympatyczna.

Żałować, nie żałuję, ale są pewne rzeczy, które mnie oburzają. W Stanach w ramach ubezpieczenia jest pełny pakiet szczepionek, do żadnego przedszkola dziecka nie przyjmą bez wykonanych szczepień, a tu nikt o to nie pyta. W szkole, na zebraniu rodziców, pani mówi: dziecko takie a takie ma ospę. Jak to? I nikt nas nie poinformował? Jedna matka się odzywa: „To tylko takie krostki”. Wpadłam w szał, a oni na mnie patrzyli jak na ufoludka.

Dramatycznym rozczarowaniem była szkoła. Jestem załamana, bo mała źle znosi zmiany, jej się tutaj nie podoba. W domu mówimy po polsku, Kasia też zna angielski, myślałam – łatwo będzie znaleźć coś dla takiego dziecka. Zapisałam ją do szkoły dwujęzycznej, 800 złotych na miesiąc. Ta szkoła skończyła się, kiedy nauczycielka powiedziała do dzieci: „Go and sit on the carpet”. Tylko Katarzyna poszła, żadne inne dziecko nie zrozumiało i szlag trafił całą dwujęzyczność! W drugiej szkole prywatnej prosiłam nauczycielkę, żeby prowadziła córkę inaczej, a ona zaczęła krzyczeć, że ma program i uczy dzieci z piosenek, bo wtedy chętniej się uczą. Trzecia szkoła w ciągu roku, rany boskie! Mówię do pani dyrektor: „Córka nie chce tutaj przyjść, a ja jestem zmuszona zabrać ją z ostatniej placówki, bo pani od angielskiego słabo zna język, inni nauczyciele ciągle się zmieniają”. Dyrektorka ujęła mnie, bo pyta dziecko: „Co w tamtej szkole lubiłaś, czego nie lubiłaś, czego się boisz? Koleżanek ci nie zmienię, ale zawsze jak ci się coś nie będzie podobać, to mam w gabinecie sowę, która jest bardzo mądra, przyjdź i pogadaj z nią”. Mała, jak wychodziliśmy, mówi: „Pani dyrektor, proszę mi pokazać ten gabinet, chcę porozmawiać z tą sową”. Bała się, że dzieci nie będą jej lubić, że będzie nowa pani, nie znała słownictwa potrzebnego do zapoznawania się z polskimi dziećmi.

Na podwórku panował ostracyzm, Kasia mówi super po angielsku, ma ładniejszy rowerek i dziewczynki nie chciały się z nią bawić. Kiedyś cała grupa tych małolat podniosła ręce, a także ręce lalek, przeciwko zabawie z nią. Dzieci dwujęzycznych jest tu sporo, ale czują się dziwakami, mała nie chce na mieście słowa po angielsku powiedzieć, wstydzi się. Podobno to normalne, bo pragnie być jak inni rówieśnicy. Na szczęście w tej trzeciej szkole jest nauczycielka, która mieszkała w Stanach, rozumie kulturę amerykańską i potrafi prowadzić moje dziecko. Gdy mają klasówkę, ona ma zadania na swoim poziomie. Kiedy mieli tydzień kultury międzynarodowej, podpowiedziałam nauczycielce: „Może córka opowie o amerykańskiej szkole?”. No i mała poprzynosiła rzeczy z tamtej szkoły i mówiła po angielsku. Po przyjeździe do Polski Kasia przytulała po amerykańsku każde dziecko, a dzieci tego nie lubiły, uciekały. Po tamtej lekcji same podeszły, żeby ją przytulić, coś pękło.

To prawda, że trudniej jest zaadaptować się po powrocie do własnego kraju, niż gdy zaczynamy emigrację. Rozmawiałam z psychologiem z Powrotów, by pomóc swojemu dziecku, ale ona od razu powiedziała, że muszę zacząć od siebie. Przyzwyczajasz się do nowej rzeczywistości, stajesz się człowiekiem międzykulturowym: co znalazłaś w nowej kulturze – bierzesz, czego nie lubisz – odrzucasz. I potem te stare rzeczy, które odrzuciłaś, walą jak obuchem! Dlatego chciałam wszędzie prosić tego menedżera.

Mąż jest naukowcem, dostał tu lepszą ofertę pracy w nowej placówce stworzonej z pieniędzy unijnych. Ja od roku szukam, jestem psychologiem, pracowałam długo w marketingu, ale znalezienie pracy w moim zawodzie to masakra! Mam lepsze kompetencje niż inni, płynną znajomość angielskiego, ale też to zlewają. Jeszcze mnie pytają: „Jak będzie się pani czuła w młodym zespole?”. No ludzie, czy ja jestem siedemdziesięcioletnia pani? Niektórzy pytają: „Po co wróciliście do tego głupiego kraju?”. Ale nie rozumieją, że ekonomia runęła wszędzie. W Stanach z powodu Obamacare pracodawca ma zapewnić ubezpieczenie zatrudnionym na pełny etat, więc wiele firm zwolniło pracowników albo przeszło z nimi na pół etatu. Ja straciłam pracę w administracji stanowej.

Niedawno szłam i płakałam w czarnym proteście. Ginekolog stwierdził ciążę pozamaciczną. Poleciałam na badania do szpitala, ciąży pozamacicznej nie miałam, ale to przecież mogło się zdarzyć! Musiałabym czekać, aż mi rozerwie wnętrzności!? To schizofrenia. Wróciłam do zupełnie nowego kraju.

Pozytywną stroną powrotu jest bliskość rodziny, wsiadasz do samochodu, godzinę czy więcej i jesteś, mała może przytulić babcię.

Siedziałam pod klasą
Katarzyna Tu, współzałożycielka Fundacji AZJA – Centrum Wymiany Kulturowej, asystentka kulturowa w Zespole Szkół Publicznych w Mrokowie koło Warszawy:

– Kiedy po 23 latach wróciłam do Polski, zaczęłam szukać ludzi o podobnych doświadczeniach. Dopiero kiedy znalazłam Powroty, poczułam, że ktoś mnie rozumie. Moje dzieci wychowały się na Tajwanie, chciałam wrócić, aby ich oczy i mózgi otworzyły się na kulturę polską. Ale dopiero po paru latach udało mi się dostać odpowiednią pracę, jestem asystentem kulturowym w szkole w Mrokowie w gminie Lesznowola, gdzie 13 procent dzieci to Chińczycy i Wietnamczycy.

Ale największym szokiem była polska szkoła. Syn miał 12 lat, córka 15, nastolatki bardziej przeżywają stres adaptacyjny niż małe dzieci, poza tym nie uczyli się polskiego na Tajwanie. Dziś wiem, że to był wielki błąd, ale wydawało mi się, że w Warszawie łatwo znajdę dwujęzyczne szkoły. Dzieci trafiły do gimnazjum publicznego przy liceum przygotowującym do matury międzynarodowej. Rozczarowałam się szybko, nauczyciele próbowali, jednak brakowało im odpowiedniego doświadczenia. Córka przychodziła do domu z płaczem. Była sfrustrowana, bo polscy uczniowie ściągają, onieśmielało ją, że ludzie gapią się na nią w metrze, bo ma orientalne rysy. Ale były też miłe chwile: zgubiła telefon i ktoś obcy pożyczył jej swój, żeby do mnie zadzwoniła, albo dziwiło ją przepuszczanie przechodniów na ulicy. Co dzień chodziłam do ich szkoły, siedziałam pod klasami, żeby coś usłyszeć i wieczorami pomóc w lekcjach, tłumaczyłam podręczniki na angielski.

Według ustawy cudzoziemcy i reemigranci mają prawo do pięciu godzin tygodniowo języka polskiego (w tym zajęć wyrównawczych z innych przedmiotów). Moje dzieci korzystały z tych zajęć, opłacałam też korepetytorkę z polskiego. Po jakimś czasie przepisałam je do międzynarodowej szkoły, choć dużo kosztowała, ale zależało mi, aby ich umiejętności oraz wkład w naukę zostały docenione.

One są dziećmi trzeciej kultury, córka nie lubi, kiedy pytają ją, skąd pochodzi, odpowiada: „Mama jest z Polski, tata z Tajwanu, urodziłam się w Stanach”. Jak chcą mi dopiec, mówią, że nigdy tu nie zostaną, że Polski nienawidzą, ale i tak widać, że ten kraj już w nich jest. Chciałabym jeszcze nacieszyć się Polską, bardzo mi jej brakowało, tych wierzb płaczących, zmieniających się pór roku, wcale mi się nie spieszy do kolejnego wyjazdu.

Dublin przestał się opłacać
Łukasz wrócił do małego miasteczka po dziesięciu latach w Dublinie, marzył o założeniu firmy i własnym domu. – Jak się ma rodzinę, to emigracja tak nie smakuje, brakuje dziadków dla malucha. Wiele osób, chce wrócić, ale się boją, patrzą na nas jak na śmiałków – czy im się uda, czy nie?

Łukasz skontaktował się z Aleksandrą z Powrotów. Mieli alternatywę pracy w Londynie, ale Łukasz przekalkulował, że przeprowadzka do Anglii nie byłaby łatwa. Gdy córka skończyła rok i dostała irlandzki paszport, spakowali się.

– Założenie działalności poszło łatwo, są dotacje, można dostać pieniądze na start. Poza tym byli starzy znajomi, koledzy po fachu, łatwiej było znaleźć zlecenia. Gdybym nie miał tu kontaktów, może musiałbym z powrotem jechać do Irlandii. Choć ekonomicznie życie w Dublinie przestało się opłacać, przedszkola są bardzo drogie, różnica w poziomie życia nie jest już taka duża. Jedzenie mamy tu lepsze, w dużych miastach markety niczym się nie różnią, jest ten sam niedobry chleb i przetworzona żywność. Ale u nas na prowincji są jeszcze smakołyki. Zamiast do Hiszpanii jedzie się nad polskie morze. W Irlandii zarabia się lepiej, ale w Polsce jak się dużo pracuje, to można dobić do tych stawek. Tak, w Polsce trzeba dużo pracować! Ale w Dublinie stresowałem się tak samo jak tutaj. Teraz pracuję dla siebie.

Łukasz łatwo zaaklimatyzował się w kraju. Zajęty był pracą i nie myślał o tym. Ale widzi: żonę stres adaptacyjny bardziej dotknął, tam miała większe szanse, by realizować się jako grafik. Tu jest pedagogiem. Małe miasteczko, nic się nie dzieje, żonę czasem to denerwuje, jednak nie namawia na kolejną emigrację. Łukasz pracuje jako geodeta, podwykonawca dla dużych firm. – Ludzie narzekają, ale jeżdżę po kraju i widzę zmiany. Ekonomicznie jest lepiej niż kiedyś. Bardziej uderza nie bieda materialna, lecz mentalna. Wiele osób choruje na alkoholizm i depresję, nie ma rozwiniętej siatki pomocy. To duży, choć ukrywany problem. Na Zachodzie łatwiej znaleźć pomoc.

Są w kraju od trzech lat. Łukasz marzy: – Chciałbym w Polsce osiągnąć stabilizację i już nie ze względów zarobkowych, ale poznawczych gdzieś na rok sobie jechać i popracować, bez presji zarabiania pieniędzy.

 

***

Trzeba wiedzieć, po co wracam

Rozmowa z Kingą Białek, psycholożką

Jak przygotować się do powrotu?
– W Polsce rzadko się mówi, że powracający przechodzą szok kulturowy, który bywa trudniejszy niż przy emigracji.

Dotyczy tylko Polaków?
– Nie. To uniwersalne zjawisko, nieważne, z jakiej do jakiej kultury wracamy.

Przy powrocie do własnego kraju powinno być łatwiej.
– To złudzenie, że dobrze znamy to miejsce. Kraj się zmienił, bliscy się zmienili, my też jesteśmy inni. Polacy wracający z Wielkiej Brytanii nauczyli się innego etosu pracy, pracownik mówi tam o swoich potrzebach, nie ma problemu z odmawianiem. Anglosaska kultura wymaga też uprzejmości innej niż polska, umiejętności small talk, szybkiego, niezobowiązującego nawiązania kontaktu. W Polsce nie znamy tego i albo jesteśmy nieśmiali, albo bardzo szczerzy, gdy ktoś zapyta o pogodę, wchodzimy w sferę intymną: „Pogoda taka, że aż głowa mnie boli”. I pamiętajmy, że Polska to nowy kraj dla dzieci, które urodziły i wychowywały się za granicą.

Czyli przyjazdy na wakacje nie dają żadnej wskazówki, jak będzie, gdy już na stałe wrócimy?
– Właśnie! Zawsze na początku jest fajnie, dużo się dzieje, wszyscy są stęsknieni, chętnie się spotykają. Nazywa się to „miesiącem miodowym”. Wg badań po mniej więcej miesiącu relacje zaczynają się osłabiać, znajomi i rodzina mają swoje życie. I tu dla reemigrantów zaczyna się trudny moment. Większość czuje się odrzucona. Trzeba sobie wtedy powiedzieć, że to naturalny proces.

Istnieje pojęcie depresji emigracyjnej. Czy jest depresja reemigracyjna?
– Zdarza się. Ale czym innym jest depresja, a czym innym stan depresyjny. Stany depresyjne zdarzają się bardzo często, gdy minie „miesiąc miodowy”. To obniżenie nastroju, aktywności, większa senność, brak motywacji do codziennych czynności, chęć kolejnego wyjazdu. Jest teoria litery U: najpierw miesiąc miodowy, potem etap utraty złudzeń, docieramy na sam dół litery, konfrontujemy się z rzeczywistością, zastanawiamy się, czy znów wyjechać. Potem następuje okres przystosowania. Jeśli wiemy, jak radzić sobie z emocjami, rozmawiamy z przyjacielem, rodzicem, potrafimy ten stres obniżyć. W grupie Powroty mamy duże zapotrzebowanie na naukę technik pozwalających radzić sobie z tym stresem.

Co pomaga przetrwać?
– Trzeba zaplanować wszystko, co można, by nie było powrotu bez rozpoznania rynku pracy, szkoły dla dziecka, przedszkola. Należy poczytać o okolicy, w której chcemy wynająć, kupić mieszkanie. Musimy pogodzić się z tym, że będziemy mieli różne stany emocjonalne, co w większości wypadków nie oznacza, że jesteśmy zaburzeni psychicznie. Nawet jak wszystko będzie szło dobrze, i tak będzie dużo zaskoczeń. Wiadomo np., że w Polsce nie zawsze załatwia się sprawy z uśmiechem i z uprzejmością jak na Zachodzie. Gdy podchodzimy do okienka, a urzędniczka zaczyna pić herbatę, nie znaczy to, że chce nas zlekceważyć, ale może nie ma czasu na przerwę i za mało zarabia. W tej sytuacji mogę mieć postawę roszczeniową albo powiedzieć: „Doskonale panią rozumiem, bo siedziałam wczoraj do późna, jestem przemęczona i jeszcze ta pogoda”. Ważne jest skupianie się na tym, co tu i teraz.

Chyba największą sztuką jest być szczęśliwym niezależnie od miejsca zamieszkania?
– Ciekawym zjawiskiem są dzieci trzeciej kultury, które mają kilka ojczyzn lub mityczną ojczyznę rodziców, więc nie wiadomo, skąd mają czerpać poczucie tożsamości. Ale okazuje się, że jeśli człowiek ma silne poczucie wartości, oparte nie tylko na tym, z jakiego kraju pochodzi, ale jaką jest osobą, ma poczucie przynależności do całego świata. Wtedy niezależnie, gdzie mieszka, jest sobą. Więc najważniejsze to dobrze się czuć ze sobą. Wtedy dobrze będziemy się czuć w każdym kraju.

Kinga Białek – psycholożka, trenerka i konsultantka międzykulturowa, politolożka

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.