Piętrowy autobus

Czy wiesz, że na ulicach Poznania można czasem zobaczyć piętrowy autobus? Oryginalny, londyński. A jeśli zdarzy ci się go zobaczyć, to pewnie ci nie przyjdzie do głowy, jak ciekawym i nietypowym człowiekiem jest jego właściciel, Kasem Bahloul…

Zapraszam do poczytania krótkiego wywiadu z nietypowym człowiekiem. Palestyńczyk z urodzenia, Polak z wyboru, sumienny lekarz, doktor nauk medycznych i…świetny biznesmen. W Polsce od lat 70-tych, od czasu studiów. Nie oparł się urokowi poznanianki, założył rodzinę. W trudnych latach 80-tych, gdy w Polsce ogłoszono stan wojenny, wyjechał z rodziną na kontrakt do szpitala w Izraelu, wykładał też na Wydziale Medycznym Uniwersytetu w Tel Avivie. Wrócił już po zmianach politycznych i… obok pełnoetatowej pracy w szpitalu rozwinął biznes.

„Levant” to polska firma założona przez Kasema Balouhl w 1991 roku. Zajmuje się produkcją, importem i eksportem żywności i zatrudnia ponad 200 osób. Handluje produktami m.in. z Grecji, Hiszpanii, Turcji, Tajlandii, Chin, Ukrainy, Bułgarii. Swoje towary wysyła głównie do Europy Zachodniej oraz m.in. Izraela i Algierii. Firma „Levant” jest posiadaczem ok. 20 marek związanych z przemysłem spożywczym, a najbardziej znaną z nich jest Ahmad Tea London. To właśnie w związku z tą marką firma „Levant” zakupiła w celach promocyjnych piętrowy londyński autobus. Jest on wypożyczany na imprezy plenerowe albo przyjęcia.

Życiorys założyciela firmy, nietypowy przecież, jest przykładem na to, jak barwne i złożone mogą być losy ludzkie. Jak bardzo emigracja była i jest wpisana w dzieje świata. Pokazuje także, jak nietypowe kombinacje (np. lekarz i biznesmen, w branży pozamedycznej) da się w sposób udany utworzyć, jak mogą funkcjonować one przez dziesiątki lat – wystarczy tylko chcieć i umieć…

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Lekarz, który handluje herbatą

Piotr Fijałkowski

14 listopada 2016 | 01:03

Z pochodzenia Palestyńczyk, z wyboru Polak, z powołania lekarz i przedsiębiorca. – To jest właśnie Lewant – mówi Kasem Bahloul, właściciel budowanej od 25 lat rodzinnej firmy.

Piotr Fijałkowski: Pochodzi pan z Bliskiego Wschodu i prowadzi biznes w Polsce. Odczuwa pan zmianę nastawienia wobec obcokrajowców?

Kasem Bahloul: To, o czym mówią mass media, nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się na ulicy. Biznes żyje swoim życiem. Największym producentem leków w Polsce jest izraelska firma Teva. Czy ktokolwiek ma z tym problem? Ludzie idą po prostu do apteki i kupują leki. Te wszystkie wydarzenia, o których głośno, gdy jakiś młody chłopak o innym odcieniu skóry zostaje pobity, to margines. Często jest wynikiem frustracji młodych ludzi czy upojenia alkoholem. Szukają zaczepki, złapali chłopaka, uderzyli. Zresztą ostatnio to Polacy zostali zaatakowani w Anglii. Tam biały Polak dostał od białego Anglika. A mechanizm był ten sam. Ktoś stracił pracę, myśli, że to przez obcokrajowca, który zajął jego miejsce. Ale to ma krótkie nogi. A wracając do biznesu – takie napięcia się na niego nie przekładają.

Ale czy ta atmosfera nie zaszkodzi w dłuższej perspektywie?
– Trzeba odróżnić dwie sprawy. Są uchodźcy, którzy przyjechali tu i mieszkają w obozach dla uchodźców. Jest ich bardzo niewielu. I są imigranci. Niektórzy, jak ja, mieszkający tu od 40 lat. Pracują, nie czekają na „socjal”. Ja w szpitalu ciągle mam sytuację, gdy dzwonią do mnie i mówią: „Ratuj, bo na sobotę nie mamy dyżurnego”. Nikt nie patrzy na kolor skóry, nie wsłuchuje się w akcent. Potrzebują fachowca. W Polsce nie ma zjawiska masowej imigracji. Proszę jechać do Berlina, tam jest problem z uchodźcami. Ale Niemcy są pragmatyczni, wiedzą, co robią.

Kiedy przyjechał pan do Polski?
– W 1970 roku. Dostałem stypendium, przyjechałem na studia. Skończyłem Akademię Medyczną [dziś Uniwersytet Medyczny w Poznaniu – red.], później była specjalizacja, praca, doktorat. Jestem lekarzem anestezjologiem, cały czas czynnym zawodowo. Na studiach poznałem swoją żonę, która jest Polką, ukończyła rehabilitację. Zanim przyjechałem do Polski, znałem trochę język. Mój ojciec pracował wcześniej z rodzinami Polaków z armii Andersa, którzy w trakcie II wojny światowej byli w naszej miejscowości niedaleko Jafy [Armia Andersa po ewakuacji z ZSRR przeszła m.in. przez Iran, Palestynę i Egipt. Jej oddziały walczyły później m.in. we Włoszech – red.].

I pracę lekarza połączył pan z biznesem spożywczym?
– Od 1984 do 1991 roku byłem w Izraelu na kontrakcie WHO i Ministerstwa Obrony Izraela, jako ordynator oddziału anestezjologii. Organizowałem służbę anestezjologiczną dla Strefy Gazy. Byłem również wykładowcą na Uniwersytecie Hebrajskim w Tel Awiwie. Wyjechałem, bo zrobiło się tam niebezpiecznie, zwłaszcza dla dzieci, które chodziły do szkoły. Gdy w 1991 roku wróciliśmy z małżonką do Polski, był to już inny kraj. Wszystko się zmieniło. Poza pensją lekarza. Ona wciąż była głęboko socjalistyczna. Pojawiło się pytanie, co robić dalej. Żyć z pensji – 300 dolarów miesięcznie, czy zainwestować zarobione wcześniej pieniądze i uruchomić coś swojego?

Od czego pan zaczął?
– Miałem bardzo rozległe kontakty w Europie. Na początku, o ile dobrze pamiętam, importowałem oleje jadalne z Włoch w metalowych, cylindrycznych puszkach. To była wtedy nowość. Później kolejne produkty, tym razem z Grecji, Tajlandii, Turcji itd. W 1991 roku Polska była prawie pustym krajem, jeżeli chodzi o towary z nieco wyższej półki. W zasadzie wszystko z importu sprzedawało się bardzo dobrze. Nie było jak dziś – po 50 dostawców tego samego produktu. Był jeden, dwóch, czasem trzech. A ludzie spragnieni takich towarów jak ananasy czy brzoskwinie w puszkach. Dziś to zwykły produkt, który można kupić w każdym sklepie. Wtedy było inaczej.

W tej „pustej” Polsce łatwiej się prowadziło biznes?
– Tak. Przynajmniej w moim segmencie rynku. Ale fakt, że firma jest na rynku do dziś, to również zasługa tego, że zawsze działaliśmy uczciwie, a zyski były inwestowane. Od 25 lat płacimy podatki. Nigdy nie mieliśmy strat. Rozmawiamy teraz w nieruchomości, która należy do nas. Mamy centrum logistyczne w Komornikach pod Poznaniem, które też jest nasze. Tu nie ma kredytów. Na sprzedaży produktów spożywczych mało się zarabia, ale powolutku można osiągnąć sukces.

Tyle że to biznes, w którym panuje ogromna konkurencja
– I nie tylko. Są krótkie terminy ważności, lokalne upodobania smakowe.

Rozmawiałem niedawno z przedsiębiorcą, który kupił zakład i wszedł na rynek żywności. Mówił, że nie spodziewał się takich trudności. Problemy są na każdym kroku – dostanie się na półkę sklepową w największych sieciach, dystrybucja produktów.
– Znam się z tym przedsiębiorcą. Mówiłem mu, że to nie jest „jego chleb”. Tak nawiasem, sam chciałem kupić ten zakład. Ale bałem się, bo na tym etapie rozwoju mojej firmy to był za duży kąsek. Tam pracowało 440 osób. Ja dziś zatrudniam niecałe 200.

Pośliznął się pan kiedyś na inwestycji?
– Kupiłem zakład mleczarski, w którym produkujemy śmietankę do kawy. W pewnym momencie jedna z dużych sieci przestała ją odbierać, bo nie chciała zaakceptować nowych cen. A stara cena powodowała, że produkcja była nieopłacalna. Problem w tym, że 70 proc. naszej produkcji szło do tej jednej sieci. Pojawiło się pytanie, co robić dalej? Udało nam się znaleźć klienta w Anglii, który zdecydował się kupować nasze produkty. Może nie aż tyle co tamta sieć handlowa, ale przynajmniej sprzedajemy z zyskiem. Teraz produkujemy w tym zakładzie również mleczko sojowe do kawy w małych opakowaniach. Coś dla wegan, wegetarian, osób, które nie tolerują laktozy. Nikt w Polsce tego dotąd nie robił. Nisza.

Niedawno czytałem, że chce pan przejąć kolejny zakład mleczarski.
– Od pewnego czasu prowadzimy rozmowy. Chodzi o jeden z zakładów, który już teraz dla nas produkuje. Jeżeli dojdzie do przejęcia, do naszej firmy dołączy kolejne 70 osób.

Branża spożywcza to też wydłużone okresy płatności, dominacja sieci handlowych…
– Ktoś kiedyś zdecydował, by otworzyć rynek dla dużych, zagranicznych sieci handlowych i one teraz wykorzystują swoją pozycję. Tu możemy wrócić do obcokrajowców, którzy przyjeżdżają do Polski. Ja bym się nie obawiał ludzi, którzy pracują, osiedlają się tutaj i tworzą zakłady produkcyjne. Bo taki ktoś generuje zyski dla Polski – płaci podatki i wydaje tu pieniądze. A ten, który ma wielką sieć handlową, czasem nawet nie wie, gdzie jest Polska, choć ma tu 50 hipermarketów. W handlu są ciężkie miliardy złotych, które uciekają za granicę. To bym uporządkował. Myślę, że wicepremier Morawiecki da sobie z tym radę.

Coś by mu pan podpowiedział?
– Muszą być warunki, by zagraniczne firmy mogły tu prowadzić biznes. Na tym polega otwarta Europa. Ale skoro robią tu interesy, trzeba od nich pobierać podatki. Uszczelnić przepisy, by transfer środków za granicę nie był tak łatwy. Można też wprowadzić zasady związane ze sprzedażą produktów. Zagraniczna sieć może handlować, ale np. 90 proc. produktów na półkach musi zostać wyprodukowane w Polsce.

Jak wygląda łączenie prowadzenia firmy z pracą lekarza?
– 25 lat temu było trudno, bo działałem aktywnie w obu tych obszarach. Dziś mam 66 lat. Jeżeli chodzi o pracę medyczną, jestem na połowie etatu, pracuję w Certusie. Gdy wchodzę do szpitala – jestem lekarzem. Nie mam nic wspólnego z biznesem. Jestem do pełnej dyspozycji pacjentów. Pracuję na 17-godzinnych dyżurach w szpitalu, od godz. 15 do rana. Później zamiast iść do domu przychodzę do biura, jadę na spotkanie lub do zakładu produkcyjnego. Ale w firmie pełnię już tylko funkcję nadzorczą. Udało mi się znaleźć ludzi, którzy są specjalistami i są w stanie prowadzić firmę bez mojego ciągłego zaangażowania.

Firmą zajmuje się teraz pana syn?
– Jest obecnie dyrektorem zarządzającym. Z wykształcenia – magister marketingu i zarządzania. Można powiedzieć, że to człowiek szyty na miarę. Mam też córkę, która wyjechała do Manchesteru. Tam otworzyła zakład produkcyjny, który wytwarza akcesoria dla dzieci. Zatrudnia samych Polaków. Ma bardzo dobre wyniki. Płaci podatki w Anglii. Szkoda. Już chyba tam zostanie. Wyszła za mąż, stąd decyzja o wyjeździe za granicę. Serce nie sługa.

Pochodzi pan z Palestyny, mieszka w Polsce, pracował w Izraelu. Łączy biznes spożywczy z pracą lekarza. Ktoś mógłby powiedzieć, że jest w tym wiele sprzeczności
– To jest właśnie Lewant. Jeżeli pan spojrzy na historię tego rejonu, na tych ludzi – oni myślą wielokierunkowo. Cechuje ich wyjątkowy pragmatyzm. Wszyscy, którzy stamtąd pochodzą, mają swoiste rozdwojenie jaźni. To taka schizofrenia. Ale na razie pod kontrolą.

* * *

Levant Polska firma założona w 1991 roku przez Kasema Bahloula, Polaka palestyńskiego pochodzenia. Zajmuje się produkcją, importem i eksportem żywności. Handluje produktami m.in. z Grecji, Hiszpanii, Turcji, Tajlandii, Chin, Ukrainy, Bułgarii. Swoje towary wysyła głównie do Europy Zachodniej oraz m.in. Izraela i Algierii. W Polsce jej najbardziej znanymi markami, importowanymi lub produkowanymi przez Levant, są: Ahmad Tea London, dodatki do kaw i herbat Champion, przetwory owocowe i warzywne Sandra.

Lewant Pochodzące z języka włoskiego określenie państw na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Obszar ten obejmuje Syrię, Jordanię, Liban, izrael i Autonomię Palestyńską.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.