Smutny biznes

Smutna to chwila, gdy umiera ktoś nam bliski. W tej trudnej emocjonalnie sytuacji prozaiczne czynności związane z pogrzebem zlecamy zwykle wyspecjalizowanej firmie. Poniżej przywołujemy opis biznesu założonego przez p. Izę. Młoda kobieta, bez zbytniego wykształcenia, dopiero po 30-ce uzupełniająca maturę, założyła udany biznes i znalazła dla siebie miejsce na lokalnym rynku.

 RYNEK ****     UMIEJĘTNOŚCI ****      BARIERY ***    PERSPEKTYWY ****

W przytaczanej poniżej historii zwraca uwagę kilka elementów. Pani Iza zaczynała kompletnie od zera, po powrocie z kilkuletniego pobytu w Anglii. Najpierw, wspólnie z mężem, założyła tradycyjny zakład pogrzebowy, z lokalem i karawanem. Początki są zwykle trudne – oni skorzystali z pomocy jednego z wujków męża, który sam prowadził zakład pogrzebowy. Od niego otrzymali podstawowe informacje a także namiary na dostawców trumien i akcesoriów. Dostali także ostrzeżenia, że konkurencja bywa bezlitosna i używa wszelkich metod.

Dramatyczne wydarzenia, pożar kamienicy, w której mieszkała sprawiły, że z lokalu w którym mieścił się zakład musiała zrezygnować. Zmuszona sytuacją wymyśliła nietypową kombinację: zakład pogrzebowy „na telefon”. Minęło kilka lat, zakład w tej formule się rozkręcił.

Po drodze nieuniknione konflikty z zarządcami cmentarzy oraz konkurencją. Nowy podmiot na podzielonym rynku zawsze stwarza zagrożenie, narusza status quo, a w takich sytuacjach odzywa się solidarność pozostałych.

W sumie – inspirująca relacja, pokazująca, że nie warto się poddawać i że konsekwencja i upór w działaniu często z czasem prowadzą do sukcesu. Branża zresztą jest stabilna i dość przewidywalna, chociaż tutaj nie wyręczą nas raczej roboty ani komputery.

UWAGA: Kryteria oceny opisywanych firm  (im więcej gwiazdek, tym firma lepiej nadaje się do ewentualnego naśladownictwa):

RYNEK   – czy rynek dla produktów/usług jest potencjalnie duży?
UMIEJĘTNOŚCI – czy od lidera wymagane są unikalne umiejętności?
BARIERY   – czy są jakieś specyficzne dla branży bariery, które trzeba pokonać?
PERSPEKTYWY – czy za 2, 5, 10 lat popyt na te usługi będzie rósł? Malał?

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx  

 

Pani Charon: Często rozmawia ze zmarłymi, gdy ich ubiera albo robi makijaż. Co mówi? To samo, co do żywych

Bożena Aksamit         31.10.2015 01:00  (Gazeta Wyborcza)

Iza czuje, że ziemia ludzi przeraża. Tak samo jak czerń. Dlatego worki do przewozu zmarłych ma białe. Często słyszy: „Jak dobrze, że nie wiezie pani mamy w czarnej folii”

Wszyscy mnie pytają, co mi się śni po nocach.

Tak? I co im pani odpowiada?
– Że nic szczególnego.

A nie przerażają pani zmarli?
– Nie. Czego się bać, przed chwilą żyli tak jak pani czy ja. Izabela Jakubiec-Stawicka z Pruszcza Gdańskiego, niewysoka blondynka, ma 32 lata, była już sklepową, kosmetyczką, sekretarką, teraz prowadzi zakład pogrzebowy Światłość Wiekuista. Jako jedyna w branży nie ma biura. Wystarczy telefon albo mail – już jest.

Anioł Pierwszą osobą, którą odwiedziła, była Elza.
– Chciałabym, żebyście pochowali mojego Emila – zadzwoniła jesienią 2010 r. Iza w pięć minut była gotowa. Do wioski, gdzie mieszkała Elza, miała kilkanaście minut drogi. Arek, mąż Izy, po pożarze, w którym zginęli jej ojciec i brat, zrezygnował z prowadzenia Światłości. Musieli też zamknąć biuro, stracili wszystko i nie było ich stać na wynajem. Iza została z telefonem i karawanem. Staruszka z kaszubskiej wioski była jej pierwszą klientką. Elza, siwiutka i zgięta przez długie życie, pamiętała jeszcze Gdańsk z czasów, gdy był miastem-państwem i nazywał się Freie Stadt Danzig. Z Emilem była szczęśliwa, odkąd tylko mogła sięgnąć pamięcią – aż umarł. Gdy otworzyła Izie drzwi, od razu ją objęła. – Anioł przyszedł po mojego Emila – powiedziała ze łzami w oczach. Iza miała wtedy włosy koloru złocisty blond, naturalnie kręcone loki opadały na ramiona. Kilka miesięcy po pogrzebie Emila usłyszała: – Gdyby wtedy przyszedł mężczyzna, nie oddałabym męża za żadne skarby. Tamtego pierwszego poranka piły herbatę. Elza opowiadała Izie, jak dobrze jej się żyło z Emilem, potem wybrała z katalogu trumnę, ustaliły datę pogrzebu, ułożyły też napis na tabliczce. W końcu przyniosła mężowi skarpetki, koszulę i całą resztę. Gdy leżał już w samochodzie, twarz Elzy ściągnął grymas. – Boże, on będzie miał tak zimno i ciemno w tej ziemi – rzuciła na do widzenia. Iza całą drogę myślała, co zrobić. I wymyśliła biel. Pojechała do sklepu, kupiła kilkanaście metrów białego materiału i wyścieliła nim grób. Na pogrzebie Elza stanęła obok Izy. – Dziękuję, on ma tam biało, jasno i czysto – w jej głosie słychać było ulgę. – Jestem już spokojna. Elza dzwoni do Izy co jakiś czas i zaprasza na wieś. Wtedy piją herbatę i rozmawiają. W sieni stoi naszykowana torba z marchewką, ziemniakami i koperkiem. Iza nie ma prawa odmówić, wszystko jest zdrowe, a nie jak to ze sklepu – na chemii. Któregoś dnia Elza powiedziała, że gdy umrze, a stanie się to pewnie już niedługo, Iza ma ją pochować obok męża, w białym grobie. Od tamtego dnia Iza zawsze używa bieli. Czuje, że ziemia ludzi przeraża. Tak samo jak czerń. Dlatego worki do przewozu zmarłych także ma białe. Wszyscy są zadowoleni. Często słyszy: „Jak dobrze, że nie wiezie pani mamy w tej czarnej folii”.

 

Kompletnie nic
Iza nie boi się śmierci od chwili, gdy otworzyła trumny z ciałami taty i brata, których musiała zidentyfikować. – Zobaczyć zwęglone ciało własnego brata. Najtrudniejszy jest pierwszy rzut oka. Trudno mi opisać, co czułam w tym ułamku sekundy – tłumaczy. – Gdy widzisz z bliska, co się stało z osobami, które kochałaś – dopowiada po chwili milczenia. – Tajemnica znika, a to za nią czai się lęk. Tatę i brata pochowała sama, z tamtego dnia nie potrafi sobie przypomnieć ani sekundy. Pamięta tylko, że nie poleciała jej ani jedna łza. Iza była zamrożona.

W sierpniu minęły trzy lata i dopiero teraz może o tym opowiadać. Gdy widzi, jak ludzie przeżywają stratę bliskich, wie, co czują. Nie ma też złudzeń, prędzej czy później ból straty dotknie każdego. Z pożaru nie uratowali nic. Spłonęły dokumenty, zdjęcia, zegarki i książki. Przywiezione z Anglii zabawki córki, garnitury Arka, perfumy i buty Izy – wszystko. Odnaleziona na pogorzelisku szkatułka, w której przechowywała biżuterię, okazała się pusta. Ale o tym Iza nie myśli w ogóle. Do dziś nie kupili sobie nowego telewizora. Rzeczy przestały być ważne. Od poniedziałku 2 sierpnia 2010 r. Tego dnia wieczorem Iza i Arek poszli odwiedzić przyjaciół, mieli wrócić o 21, położyć spać trzyletnią córeczkę Alę. Dziewczynka została u dziadków. Do przedwojennej kamienicy rodzina Jakubców wprowadziła się w latach 70. Z czasem zajęli trzy mieszkania na poddaszu. W największym mieszkali rodzice z najmłodszą córką, 11-letnią Darią. W kawalerce odziedziczonej po babci – Iza z rodziną. Trzecie niewielkie lokum wykroił ze strychu starszy brat z żoną. Kamienica stała w centrum Straszyna, przy głównej drodze. Do rogatek Gdańska było zaledwie kilka kilometrów. Dziś po domu nie ma śladu, wyrównano grunt i zasiano trawę.

Osiem metrów do ziemi
Tamtego wieczora, chwilę po 21, Ala wyszła na korytarz. – Dziadziuś, a tam jest dym! – powiedziała przestraszona dziewczynka. Z mieszkania Izy i Arka dochodziła dusząca woń. Dziadek złapał klucz, chciał otworzyć drzwi, ale było zbyt gorąco, ogień trawił już kawalerkę i płomienie powoli sunęły po schodach, obejmując klatkę. – Schowajcie się w pokoju! Natychmiast! – krzyknął do żony, córki i wnuczki. Zabarykadowali się w stołowym, okna od ulicy były jedyną szansą na ucieczkę i życie. Zadzwonili po straż. Ojciec Izy pierwszy wyszedł przez okno, miał skoczyć na nadbudówkę, a stamtąd na ziemię. Poślizgnął się i spadł, aż huknęło. Skręcił kark. One stały w oknie jak skamieniałe: z tyłu ogień, a do ziemi osiem metrów. Mama Izy wzięła się w garść i wystawiła dziewczynki na zewnątrz. Daria zamiast skoczyć na daszek, kurczowo ściskała ją za rękę. – Nie puszczaj mnie! – błagała. Dłuższą chwilę kobieta trzymała obydwie dziewczynki w powietrzu – skąd miała siłę, nie wie do dziś. W końcu na daszek wspięli się jacyś ludzie i odebrali najpierw Darię, potem Alicję. Parę minut później pojawili się strażacy. Były uratowane. Synowa zeszła po drabinie. Bardzo bała się na nią wejść, więc Daniel, brat Izy, namawiał ją dłuższą chwilę. – Schodź, kocham cię – powiedział na pożegnanie. Była przekonana, że brat pójdzie za nią, ktoś jednak wezwał strażaków w inne miejsce i przenieśli drabinę. Daniela znaleźli o drugiej w nocy, leżał pod oknem. Tam, gdzie się rozstali. Spłonął. Iza i Arek zostali z tym, co mieli na sobie, na szczęście zabrali dokumenty i karty kredytowe. W domu mieszkało 15 rodzin, większość lokatorów stała przed kamienicą w piżamach, dresach, na bosaka – do świtu.

Bo się kochamy
Pogorzelisko dymiło jeszcze kilka dni. Przez dwa miesiące lokatorzy zatrzymali się w mieszkaniu jakiegoś mężczyzny, które po śmierci jego babci stało puste. Mężczyzna nie chciał ani grosza. Potem mama Izy dostała w Straszynie mieszkanie socjalne. Było ciężko – dwa zagrzybione pokoje w starym domu, właściwie nienadające się do zamieszkania. Gnieździli się tam w piątkę przez dwa lata, Alicja łapała jedną infekcję za drugą. Gdy przejeżdżali koło pogorzeliska, za każdym razem powtarzała: „O! Tutaj dziadziuś i wujek zginęli, nie żyją”. Czasami płakała. Wszyscy płakali. Potem Iza wzięła z Arkiem ślub. Wcześniej uważali, że skoro się kochają, to żadne kwity nie są im potrzebne. Decyzja zapadła w środę. W czwartek Iza poszła do urzędu w Pruszczu, ale usłyszała, że na ślub trzeba czekać miesiąc. Urzędniczka jej podpowiedziała, że może spytać w Kolbudach, tam może będzie szybciej. Pojechała. – Dzień dobry, chciałabym wziąć ślub dziś albo jutro – wypaliła od razu. – Dlaczego? – urzędniczka kojarzyła ją. Pożar, a potem losy pogorzelców były w okolicy przez kilka miesięcy tematem numer jeden. – Bo się kochamy – odpowiedziała Iza. – To proszę przyjść ze świadkami w sobotę. W ten sposób zostali małżeństwem.

Ala do podstawówki poszła w Pruszczu Gdańskim, wiosną 2013 r. wynajęli tam mały, dwupokojowy dom, powoli odbijali się od dna. Iza rozkręciła Światłość Wiekuistą, Arek został nauczycielem angielskiego – okazało się, że ma wybitny dar do uczenia. Przed pożarem Iza pracowała jako sekretarka w szkole językowej, a w wolnych chwilach pomagała Arkowi w prowadzeniu Światłości.

Ideał ze spożywczaka
Ich miłość była jak z filmu. Poznali się w Pruszczu latem 2005 r. Arek przyjechał do Polski, żeby zacząć nowe życie, wyjechał z rodzicami w latach 80. do USA. Miał 31 lat, skończony college, pięć lat służby w US Marines i pobyt w Somalii. Z wojska odszedł, gdy chirurdzy ledwie go poskładali po wypadku na motorze. W Pruszczu zjawił się po to, żeby odwiedzić babcię. Tego dnia był straszny skwar. Wyszedł pobiegać, zaschło mu w gardle, więc zaszedł do sklepu. Krzątały się tam trzy ekspedientki, ale od pierwszych sekund nie mógł oderwać oczu od najmłodszej. Nie wierzył – on, chłopak z Marylandu, w spożywczaku spotkał ideał. Poprosił o colę, a gdy Iza wydawała mu resztę, powiedział: „Mógłbym prosić o pani numer telefonu? Może umówimy się któregoś dnia”. Na paragonie z kasy zapisała numer komórki. Miała za sobą nieudane małżeństwo ze szkolną miłością i nieskończone liceum. Nie dopuścili jej do matury, bo przez wiele miesięcy nie chodziła do szkoły, ponieważ potrącił ją samochód. Roboty w sklepie nienawidziła, ale musiała mieć na zaoczne liceum i kursy kosmetyczne, nie chciała skończyć za ladą. Arek zadzwonił do Izy pod wieczór, nie mógł przestać o niej myśleć. Następnego dnia odprowadził ją do domu – z Pruszcza do Straszyna. Szli kilkadziesiąt minut. Odprowadzał ją przez kilka kolejnych wieczorów.

Zrób to sama
Zakochał się jak wariat. Miał jednak problem – nie mógł znaleźć pracy. Amerykanin po menedżerskich studiach nikomu w okolicy nie był potrzebny. Rozgoryczony złożył CV w Londynie, w jeden miesiąc przyszło mnóstwo ofert, wybrał posadę kierownika dużego sklepu przy Oxford Street. Nie mieli żadnych wątpliwości, Iza rzuciła pracę w sklepie i naukę w liceum wieczorowym, wynajęli wygodne mieszkanie niedaleko pałacu Buckingham. Zostali w nim pięć lat. Izie na początku bez angielskiego było ciężko, ale nie chciała iść na kurs, tylko jak najszybciej do pracy. – Zaczynałam na szmacie, parę godzin dziennie. Wiadomo, że przy sprzątaniu niewiele trzeba mówić. Każdego dnia starałam się uczyć nowych słówek. Dwa miesiące po przyjeździe zachorowałam na paskudną anginę. Iza doskonale pamięta swoją pierwszą poważną rozmowę. – Gdy poprosiłam Arka, żeby zadzwonił po lekarza, położył mi przed nosem słownik i powiedział: „Zrób to sama”. Zadzwoniła. Rok później urodziła Alę. – Języka uczyłam się na ulicy, spacerując z córką, rozmawiając z innymi matkami. Pracowała w domu jako kosmetyczka. W Londynie nigdy nie martwili się o pieniądze, ale ona coraz bardziej tęskniła za rodziną i przyjaciółmi. Gdy zapadła decyzja o powrocie, mieli gotowy plan. Wymyślili, że otworzą w Straszynie zakład pogrzebowy. Popyt nie maleje, a wręcz rośnie – nawet na ulicy widać, że w Polsce jest coraz więcej starszych osób. Arek miał w Lęborku dwóch wujków, którzy prowadzili zakłady pogrzebowe. Jeden pomógł, drugi odmówił, usłyszeli: „Spalą was, dajcie sobie spokój, to nie biznes dla was”. Ten życzliwy zdradził wszystkie tajniki branży i podał namiary na producentów. Na zakończenie ostrzegł, że mało kto utrzymuje się na rynku. To krwawy biznes.

Księża się gorszą
Wrócili i pierwsze, co zrobili, to remont mieszkania w Straszynie, które Iza odziedziczyła po babci. Był rok 2009. Od razu ostro ruszyli z firmą. Kupili karawan, wynajęli biuro, dogadali się z dostawcami trumien i urn. Euforia szybko minęła, do pożaru zorganizowali osiem pogrzebów. Nie pomogło 10 tys. ulotek rozdanych w Pruszczu. Wynikły z tego same kłopoty, ludzie dzwonili, najczęściej późną nocą, że nie życzą sobie reklamówek zakładu pogrzebowego w skrzynkach. – Pójdę z tym do telewizji, do gazet! – wykrzykiwali. – Dobrze, proszę pójść, zrobią nam państwo reklamę – odpowiadali. Musieli się dużo nauczyć. Iza do tej pory spisuje w notesie pogrzebowe zwyczaje. W każdym kościele jest nieco inaczej, a księża są uczuleni na przestrzeganie rytuałów – kiedy wnieść, kiedy wynieść, jak ustawić trumnę.
Latem, gdy Iza miała na sobie czarną sukienkę na szerokich ramiączkach sięgającą do kolan, proboszcz podszedł do niej po pogrzebie: – Niech pani tak się nie ubiera, bo ja nie mogę mszy prowadzić. Jak można być w takich ciuchach w kościele? Innym razem ksiądz nie chciał jej wpuścić na cmentarz. – Skoro rodzina wybrała panią, to postawcie trumnę w kościele, a resztą zajmie się zakład, który opiekuje się cmentarzem – powiedział. – Jeśli rodzina wybrała mój zakład, to mam prawo zrobić wszystko od początku do końca – odpowiedziała. Już wiedziała, jak postępować w takich przypadkach: nie można ulegać. W branży nie jest żadną tajemnicą, że gdy cmentarze należą do parafii, wielebni często dogadują się z jedną firmą, która regularnie się odwdzięcza. I tak funeralny biznes się kręci. – Nie wejdzie pani na nasz cmentarz – ksiądz był pewny zwycięstwa. – Tutaj operuje inna firma.

Zadzwoniła do kurii i dopięła swego. Ksiądz ustąpił, a ona wygrała jedną z wielu potyczek ze swym największym przeciwnikiem. To duży zakład pogrzebowy, który działa na Pomorzu od kilkunastu lat. Administruje kilkoma cmentarzami, a biura ulokowane ma w centrach miast – w Elblągu, Gdańsku, Gdyni, Malborku. Nie toleruje konkurencji, przechwytuje klientów mniejszych zakładów. Padły już Dalia, Kalia, Zieleń. Tylko Światłość Wiekuista została.  

Dwa razy cięższe ciało
Nie pozwala się odsunąć od łopaty. Jest zdania, że każdy szef powinien znać swój biznes od podszewki. Dlatego prowadzi karawan, nie stroni od łopaty i kilofa, kopie groby, zasypuje. Podczas ekshumacji wyjmuje ciała i układa kości. Bywa, że niesie trumnę. Na ramionach pojawiają się siniaki, a ciężkie drewniane trumny potrafią zostawić ślad na długo. Trudno to wytłumaczyć, ale gdy wnoszą trumnę do kościoła, nie ma problemu, a jak wynoszą, to ledwo się udaje. Jakby ciało stawało się dwa razy cięższe. Iza zatrudnia głównie młodych, kilku jeszcze studiuje. Na początku bali się patrzeć, gdy otwierała wieko. Odwracali głowy, zerkali w bok. Z czasem przywykli. Szefowa starszym też daję szansę, jeśli się wykażą i podołają. Jednym z nich jest „Mistrz”, który dorabia w Światłości, w branży jest ponad 20 lat. To przy jego boku Iza stawiała pierwsze kroki w ekshumacjach. „Pani Izo, tu pani ma komputer, trzeba go delikatnie wyjąć” – objaśniał i wyciągał czaszkę. Zawsze jest spokojna, nie boi się, nie brzydzi. Ciekawi ją, co zostaje z człowieka po latach – ile po pięciu, ile po dziesięciu – jaki wpływ ma miejsce i rodzaj gleby. Dziś już wie, co spotka, gdy jadą na stary cmentarz w Pruszczu i mają dochowanie po siedmiu latach, a co ich czeka w Gdańsku. Wie, jaki sprzęt musi zabrać i w jakim stanie będzie ciało. Zdarzają się miejsca, które błyskawicznie rozpuszczają człowieka i nie zostaje prawie nic.

Rozmowy
Iza często rozmawia ze zmarłymi, gdy ich ubiera albo robi makijaż. Co mówi? To samo, co do żywych: „Pani Kasiu, proszę podać rękę, założymy bluzkę. Świetnie na pani leży”. Jest pewna, że wtedy ciało pozwala się łatwiej ubrać. – Dla mnie to nie jest odrażający nieboszczyk – tłumaczy. – Ciągle jest to ta sama osoba, tyle że zmarła. Nadal jest panią Kasią, która potrzebuje pomocy, żeby dobrze wyglądać. Bardzo ważna jest twarz, żeby ludzie zapamiętali ją jako najpiękniejszą z możliwych. Iza prosi rodzinę o zdjęcia, często o te kosmetyki, których zmarła używała. Często słyszy: „Dziękujemy, mama tak pięknie wygląda”. Kiedyś święcie wierzyła, że przy ubieraniu łamane są kości, a ciała wyginane, ale to nieprawda. Wystarczy odpowiednio szybko wyjąć człowieka z chłodni – wtedy staje się wiotki. Poza tym prawdziwe cuda czyni gimnastyka. Trzeba pomasować, kilka razy zgiąć, wyprostować palec i już. Stara się także pomagać żywym. Gdy w rodzinie wybucha spór o strój, namawia klientów, żeby zmarli mieli na sobie ubrania, które lubili za życia. Profesor historii został pochowany w ulubionej tweedowej marynarce, z książką, którą napisał. – Nie zniechęcam, wręcz mówię, żeby się nie krępowali, jeśli chcą włożyć do trumny jakiś ulubiony przedmiot – wyjaśnia. – Ludzie wkładają papierosy, alkohol, zabawki, listy pożegnalne. Jakiś czas temu była moda na „odsypki”, czyli wisiorki, w których można było nosić odrobinę prochu po kremacji. Skończyło się, gdy księża powiedzieli: nie – rozdzielanie ciała jest niezgodne z nauką Kościoła. 

Dzieci
Najtrudniejsze pogrzeby to te, gdy umiera dziecko. Chowała dziewczynkę, która miała 30 dni i zmarła w szpitalu. Całe życie przeleżała w inkubatorze. Była szóstym dzieckiem swoich rodziców i mama chciała ją sama ubrać. Gdy pojechały z Izą do prosektorium, dała radę umyć ciałko, ale ubrać już nie. Usiadła obok ciała i płakała. Iza cierpiała razem z nią, ale musiała poprosić, aby jej troszkę pomogła. Powoli ubrały dziewczynkę. Potem matka wzięła niemowlę na ręce, a mąż, który dojechał, zaczął im robić zdjęcia. – Ja wiem, że pani na mnie źle patrzy – kobieta zwróciła się do Izy, której trudno było ukryć zaskoczenie. – Nie, to jest przecież pani dziecko – uspokajała matkę. – Musi pani wiedzieć, że urodziłam ją i nigdy nie trzymałam w ramionach. Iza nie dała rady, musiała wyjść i się uspokoić. Łzy same lały się po policzkach. Do dziś ma kontakt z tą rodziną. 

Opowieści
Choć chowają za dnia, bywa, że Iza nie śpi po kilka nocy. Ludzie dzwonią o każdej porze – o pierwszej, o drugiej, trzeciej nad ranem i proszą, aby zabrać ciało. Wyszedł ksiądz, lekarz stwierdził zgon, wypisał kartę zgonu, a żywi zostali sami z ciszą. Trudno ją znieść. Potem do drzwi puka Iza. Początek znajomości to opowieści. Iza słucha bardzo uważnie, wie, że jeśli ludzie zrzucą z siebie trochę emocji, będzie im lżej. Wie też, że często łatwiej rozmawia się z kimś obcym – dlatego jest cierpliwa. Wielokrotnie dzieci uspokajały: „Mamo, tato, daj spokój, przestań, już wszyscy to słyszeli”. Iza jednak za każdym razem zachęca: „Chętnie posłucham, nie ma problemu”. Poznała już setki historii: gdzie się poznali, kiedy urodziły się dzieci, ile świata zwiedzili, jakiej marki był pierwszy samochód. W którymś momencie przerywa. Jednym z trudniejszych momentów jest wybór trumny, ale Iza musi w końcu wyciągnąć katalog. Potem znowu rozmawiają. W trakcie pogrzebu kieruje żałobnikami. Mówi: „Proszę pójść w stronę grobu, położyć kwiaty, wsiąść do busa”. Robi wszystko, aby na cmentarzu ludzie nie czuli się zagubieni. Rozstają się i Iza powinna wrócić do swojego życia, ale tak nie jest. Nerwy puszczają wieczorem. Gdy chowa niepotrzebne już papiery i się zrelaksuje, przychodzą smutek i żal. Pamięta wszystkie adresy i rodziny, trafiłaby do nich po ciemku. – Jestem taką panią Charon – uśmiecha się. – Przeprowadzam ich wszystkich na drugi brzeg. I wiem, że robię to dobrze.

Dom
Iza stara się pilnować granic. Czasami się nie daje. Wigilia, stoją z Arkiem w kuchni i pichcą, a tu telefon: „Tata zmarł, przyjedzie pani?”. Co ma zrobić – jedzie. W domu leżą urny, tabliczki, naklejki, różańce, książeczki i dziecięce trumienki. Trzeba mieć pod ręka mały zapas. Gdy Iza wraca z pogrzebu, Ala pyta: – A kogo dziś chowałaś mamo? Panią czy pana? Zdarzyło się, że wbiegła za Izą do prosektorium, między trumny. – Mamo widziałaś, jak tam te duże, stare lalki śpią? – zawołała zdziwiona. Dziś Alicja ma już siedem lat i rozumie znacznie więcej. Jest też mniej absorbująca, dlatego Iza wróciła do szkoły. W maju zdaje maturę. To już trzecie podejście, za pierwszym razem przeszkodził wypadek, za drugim – miłość i wyjazd do Londynu. Jak zda, chce od jesieni studiować psychologię. – Rozmawiać z ludźmi umiem od zawsze – tłumaczy. – Czasami jednak to nie wystarcza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.