Nudzę się… Nic się nie dzieje. Ciągle to samo!

Przyszło lato. Dla jednych kilka miesięcy, żeby dorobić. Dla innych praca jak co dzień, może tylko przerywana urlopowymi zastępstwami za sąsiada. Jeszcze dla innych powracający kłopot co zrobić z dziećmi. Dla jednych wiza – zawsze zbyt krótkiego – wyczekiwanego od dawna urlopu. Dla innych obawa, jak to będzie na tym wyjeździe…. Fajnie, ciekawie, czy może całkiem inaczej? Tak czy owak, temat ewentualnej nudy pasuje szczególnie do okresu letniego. Tym razem o nudzie mówi pani psycholog, doświadczona terapeutka. A mówi sporo rzeczy bynajmniej nieoczywistych.

Poniżej wywiad dziennikarza z panią psycholog. Jest w nim sporo informacji całkiem ciekawych. Nieoczywistych. Fragmenty tekstu podkreśliłem sobie, jako szczególnie dające do myślenia.

Oto kilka obserwacji, na które warto może zwrócić uwagę podczas lektury:

  • Nuda to TWÓJ stan emocjonalny. Nuda to NIE JEST brak ciekawych rzeczy dookoła. Możesz być w wirze spraw, możesz być w ciekawych miejscach, możesz mieć pod bokiem szeroki wachlarz opcji – NUDA, JEŚLI JEST, TO JEST W TOBIE, A NIE WOKÓŁ CIEBIE.
  • Nuda to stłumienie emocji. Psycholodzy podkreślają, że najczęściej wynika z podświadomej obawy przed rozczarowaniem. Boisz się, że się cos nie uda, że będziesz niezadowolony, rozczarowany, więc na wszelki wypadek blokujesz swoje emocje, przybierasz nienaturalną pozę i… czekasz. Wtedy wprawdzie na pewno się nie rozczarujesz ale i z pewnością nie zachwycisz. Ubrałeś się w pancerz. Oddzieliłeś się murem od świata (w żargonie terapeutów to „syndrom wypalonej trawy”)
  • Nuda może być neurotyczna. Robisz niby mnóstwo, szybko, pośpiesznie, ale masz rozczarowanie wdrukowane w psychikę. Czyli – w pewnym sensie – oczekujesz zawiedzenia, rozczarowania.
  • Przeciwieństwem nudy nie jest coś ciekawego, barwnego, tylko cos prawdziwego. Uwypukla to wagę spontaniczności i naturalności, zachęca do pewnego ryzyka emocjonalnego, do porzucenia „mundurka grzecznej dziewczynki czy grzecznego chłopczyka”. Grzeczność w tym przypadku kojarzy się z pozą, nienaturalnością i… nudą. Może być tak w grupie, a jeszcze częściej w małżeństwie czy w parze.
  • Szczególnym przypadkiem osób nudnych są osoby narcystyczne. Tylko o sobie. Mówią i myślą. Okropieństwo!
  • Nudą pachnie sytuacja, gdy używasz „wąskiej gamy odczuć”. Na przykład wszystkich wokół siebie traktujesz jak głupich, dzikich, gorszych.

Zamiast podsumowania warto zwrócić uwagę na wypowiedź pani psycholog, terapeutki, że o własną psychikę trzeba i warto dbać. Organ nieużywany zanika – mówi się. Jeśli chcesz unikać groźby nudy, to działaj, pozwalaj sobie na spontaniczność, nie przybieraj ciągle mundurka poprawności, zaryzykuj czasami! Idź na film, którego nie znasz, może zajrzyj do książki, choćby istniało ryzyko, że ci się nie spodoba. Powiedz o swoich wrażeniach drugiej osobie. Zapytaj go/ją o jego/jej odczucia. Unikaj nudy!

 

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

Kiedy życie staje się płaską równiną pozbawioną wydarzeń i sensu

Grzegobrz Sroczyński rozmawia z Danutą Golec

25.12.2013 01:00  (Gazeta Wyborcza)

Nuda to negatywny stan emocjonalny polegający na uczuciu wewnętrznej pustki i braku zainteresowania otoczeniem. Jeśli w definicji jest mowa o braku bodźców, no to w świecie wewnętrznym to nie jest możliwe. Tam zawsze coś się dzieje, nie ma jednostajności. Świat wewnętrzny to przestrzeń wypełniona popędami, które zabarwiają wszystko, działają nieustannie, również w nocy odciskają ślad na naszych snach. Przechowujemy wspomnienia, mamy rozmaite lęki – przed przemijaniem, odrzuceniem, ale też przed własną destrukcyjnością. To jest taka ilość sił, że ani przez chwilę nie brakuje bodźców w świecie wewnętrznym

Nuda. Co to za stan? Sandor Marai w „Dzienniku” pisał tak: „Życie staje się płaską równiną pozbawioną wydarzeń”.
Nudą zajmowano się dość wszechstronnie, więc definicje są różne, ale pewne elementy się powtarzają: nuda to negatywny stan emocjonalny polegający na uczuciu wewnętrznej pustki i braku zainteresowania otoczeniem. Jest też mnóstwo teorii próbujących wyjaśnić, skąd to uczucie się bierze, ale one są już nieinteresujące.

Nudne.
Neurologiczne. Ich autorzy badali zapotrzebowanie mózgu na bodźce. Brak bodźców ma powodować nudę. Ale spójrzmy na nudę od strony świata wewnętrznego. Jeśli w definicji jest mowa o braku bodźców, no to w świecie wewnętrznym to nie jest możliwe. Tam zawsze coś się dzieje, nie ma jednostajności. Psychoanaliza widzi świat wewnętrzny jako przestrzeń wypełnioną między innymi popędami, które zabarwiają wszystko, działają nieustannie, również w nocy odciskają ślad na naszych snach. Przechowujemy wspomnienia, mamy rozmaite lęki – przed przemijaniem, odrzuceniem, ale też przed własną destrukcyjnością. To jest taka ilość sił, że ani przez chwilę nie brakuje bodźców w świecie wewnętrznym. A jednak ludzie przeżywają poczucie wewnętrznej pustki, jednostajności, nudy. I często o tym mówią w gabinetach terapeutów. To pacjenci, u których w specyficzny sposób działają mechanizmy obronne, blokując dostęp do tego bogatego świata. Komunikacja między racjonalnymi, świadomymi częściami psychiki a tymi nieświadomymi, w których wiele się dzieje, zostaje stłumiona.

Po czym to można poznać?
Na przykład sny. Tacy pacjenci zwykle ich nie pamiętają. Nie przeżywają też stanu, który można nazwać zachwytem. Wyobraźmy sobie, że stoimy przed genialnym obrazem, niech to będą „Myśliwi na śniegu” Pietera Bruegla starszego. Osoby ze sprawniejszą komunikacją wewnętrzną wejdą z dziełem sztuki w rezonans. A jak nie z dziełem sztuki, to z dziełem natury, zachodem słońca, pięknym krajobrazem. Niektórzy to nazwą przeżyciem estetycznym, ktoś inny powie: „Ciarki mi chodziły po plecach”, i wyjdzie z muzeum jak pijany. Albo z kina po świetnym filmie.

Znajoma poetka potrafi zwymiotować w kinie z emocji.
Skrajny przykład, ale ją rozumiem. Ten rezonans może być bardzo silny. Nie polega to na tym, że stoisz i przemyśliwasz: „Aha, zaraz, Bruegel chciał nam tym obrazem powiedzieć to i to”. To jest jak zakochanie. Ścina z nóg. I niektórzy ludzie są na to zamknięci, nie potrafią się zakochać w świecie, w sytuacjach, w przeżyciach.

W ich świecie wewnętrznym nic się nie dzieje i stąd ta nuda?
Dzieje się, bo zawsze się dzieje. Tylko stracili do tego swobodny dostęp. W grupie pacjentów szczególnie mocno doświadczających nudy działa mechanizm, który bym nazwała wypalaniem trawy. Ponieważ świat wewnętrzny odbierają jako chaotyczny, trudny, a z różnych powodów – konstrukcji psychicznej, sytuacji życiowej – nie mogą znieść tego chaosu, więc wypalają wszystko, co tam jest. Całą bujną trawę.

I mają równinę bez zdarzeń, o której pisał Marai.
To często wynika z małej odporności na frustrację. Takie osoby wolą czuć niewiele i mało przeżywać, niż ryzykować, że ich przeżycia nie będą wystarczająco dobre.

Jak to?
 Chciałabym pojechać do Indii. Chciałabym napisać książkę. Chciałabym iść na randkę z facetem z biurka obok. Świetnie. Tyle że może to wszystko nie wyjść. Nie dostanę urlopu. Książka będzie słaba. A facet nie będzie mną zainteresowany. Jeśli pozwalam sobie na to, żeby mieć pragnienia, to ryzykuję frustrację, że ich realizacja się nie powiedzie. Osoby, które „stosują” nudę jako mechanizm obronny, nie chcą chcieć tak na wszelki wypadek. Jak Bill Murray w filmie „Broken Flowers”. Siedzi na kanapie z kamienną twarzą i tak spędza życie. Jeżeli ktoś ma monotonną pracę przy taśmie montażowej, to oczywiście będzie się nudzić. Nawet jeśli ma zdrowe życie wewnętrzne. Ale będzie również marzyć o zmianie pracy albo rozwinie jakieś hobby. Są osoby, które nie pracują przy taśmie, mieszkają w dużym mieście, mają dostęp do kultury, mają gdzie wyjść i mimo to przeżywają dojmującą nudę. Ponieważ po cokolwiek by sięgnęły, to smakuje im tak samo. Pacjent mówi: „Nie czuję smaku życia”. Ma niezłe pieniądze i sporo wolnego czasu, ale nic nie robi. I brakuje mu nawet pomysłów. „Mógłbym pojechać na miesiąc na egzotyczną plażę, ale co z tego, jeśli tam będzie tak samo jak tutaj”. „Za cokolwiek bym się zabrał, to wydaje mi się podobne”. Nie wie, czym jest przyjemność i zaciekawienie. „Ale tu fajnie!” – on tak nie pomyśli. Odbiera oczywiście bodźce zewnętrzne prawidłowo, ale one pozostają bez odzewu z wewnątrz, bez rezonansu. I to jest prawdziwe piekło nudy.

Dlaczego on to sobie robi?
Mówiłam już: mniej jest frustracji w takim życiu. Bo skoro nic mnie nie interesuje i nie pociąga, to nic też mnie nie zawiedzie. Spędzam życie w przykucnięciu. Takie osoby zwykle są uważane za nudne. Często myślę w tym kontekście o dzieciach. Kiedy dzieci się bawią, to – można powiedzieć – mają wszystkie popędy na wierzchu, budują, rozwalają, szukają. Patrzymy na dzieci i to jest ciekawe.

Znam takich dorosłych. Naiwnie fascynują się różnymi rzeczami, co chwila innymi. Denerwujące.
Bo nuda może też być neurotyczna. Barwna. Dużo pozornej ekscytacji, szukanie bodźców i ciągłe przekonywanie samego siebie: „Ja się nigdy nie nudzę!”. Takie osoby potrafią być w swojej barwności szalenie przewidywalne. „Upiłam się jak zwykle, tańczyłam na stole jak zwykle, a potem wylądowałam w łóżku z obcym facetem – też jak zwykle”. Niby mnóstwo w życiu pacjentki się dzieje co weekend, ale właściwie nic się nie dzieje.Przeciwieństwem nudy nie jest coś ciekawego, barwnego, tylko coś prawdziwego.

Prawdziwego?
Pacjent na każdej sesji powtarza, że na pewno nudzi terapeutę. Nieustannie chce być ciekawy, gorączkowo się stara, żeby terapeuta był zadowolony. Składa się wyłącznie z pomysłów i wyobrażeń na swój własny temat. I to jest rzeczywiście nudne, bo nieprawdziwe. Z nikim terapeuta nie czuje takiego znużenia. Bo po prostu nie jestem zaciekawiona czyimiś wyobrażeniami na swój temat, które ten ktoś chce mi pokazać, żeby dopasować się do tego, co jego zdaniem ja bym chciała. Takie piętrowe, że nie ma się czego chwycić.

Teatr.
Właśnie.

Taki teatr może być przecież ciekawy, jak ktoś świetnie gra. Ale nie, jeśli oglądam po raz 50. ten sam spektakl. Nudna osoba jest nudna, bo boi się tego, że może być nudna. Szuka wszędzie i nie widzi, że ma coś ciekawego tuż przed nosem, wystarczy, żeby była po prostu prawdziwa. Nie znam nudniejszych osób niż osoby narcystyczne, które nieustannie ukrywają prawdę o sobie za wyidealizowanym wizerunkiem. Taki ktoś świeci, jakbyś telewizor oglądał. Wszystko barwne, ale przewidywalne.

A jeśli prawda o mnie jest nieciekawa?
Lepsza nieciekawa prawda niż ciekawy fałsz.

Wcale nie wiem. Poradniki psychologiczne w kółko nam mówią: „Bądź sobą”. Bo podobno to będzie takie fascynujące dla wszystkich. A jeśli wyjdzie ze mnie ponury nudziarz?
Nie wyjdzie.

Z jakiegoś powodu ten narcyz nie chce pokazać prawdy o sobie, tylko nakłada tapetę. I może wie, co robi.
Lepiej, żeby się z trudnymi rzeczami zmierzył, niż udawał. Całe życie można tapetę nakładać, a tymczasem większość kłopotów ukrywanych pod nią dałoby się dawno rozwiązać. Warto przejść żałobę po narcystycznym wyobrażeniu, że się będzie mistrzem świata i okolic. Może się nie będzie. Może zostaniesz mistrzem Europy albo tylko Warszawy w czymś innym, niż sądziłeś.

Albo Radomia.
Niechby i Radomia. Trzeba poszukać tak, żeby to było prawdziwe. Lepiej być prawdziwym mistrzem Radomia niż udawanym mistrzem świata. Zawsze lepszy prawdziwy medal od tego nieprawdziwego, który ci wręczają tylko w twojej wyobraźni. I nieustannie myślisz, że ten medal dostaniesz, jak będziesz jeszcze lepiej udawać. Całe życie czekasz, że się w końcu to zdarzy, ale ta chwila nie nadejdzie. Chcę powiedzieć jeszcze o czymś ważnym, co wiąże się z tematem nudy. O głębi emocjonalnej.

Czyli?
Brytyjski psychoanalityk Wilfred Bion nieco inaczej widział świadomość i nieświadomość niż Freud. Twierdził, że są to dwa obszary w naszej psychice, które współistnieją i cały czas żyjemy w tych dwóch światach. Zdrowa osobowość polega między innymi na tym, że treści z obszaru nieświadomego mogą zasilać ten świadomy dość swobodnie.

Mówiliśmy już trochę o tym.
Tak. Dzięki temu, że te światy się zasilają, masz dostęp do wielu odcieni emocji i uczysz się widzieć rzeczywistość pod wieloma kątami. Świat robi się prawdziwy, bo skomplikowany. Głębia emocjonalna powoduje, że masz ambiwalentny stosunek do rzeczywistości, coś lubisz i nie lubisz, kochasz kogoś i nienawidzisz jednocześnie, pragniesz czegoś i jednocześnie się boisz. Kiedy natomiast bariera jest zbyt gruba i niewiele przepuszcza, obraz świata staje się monotonny. I wtedy właśnie jest nudno. To dla wielu ludzi kuszące, bo prostsze. Rozmawiasz z kimś, kto widzi wciąż jedynie pięć odcieni emocjonalnych, a nie sto. Niby odbiera rzeczywistość prawidłowo, ale niesłychanie upraszcza. Może być wyrafinowany w jakimś obszarze, na przykład zawodowym, ale jak przechodzi do widzenia ludzi, to „ten głupi”, „tamten głupi”, „tamta kretynka”. I to jest esencja nudy. Nudne bywają też osoby zbyt samokrytyczne. Bo jeżeli swoboda polega na dostępie do szerokiego spektrum emocji i przeżyć, to samokrytycyzm sporo wycina: tego nie powinnam czuć, tamtego nie powinnam myśleć, tę emocję lepiej schowam, bo ona jest „fe” itd. W efekcie to, co zostaje, jest wyprane z życia i nudne. Najciekawsze są rzeczy, które chcemy schować, te wszystkie kawałki w nas nasycone popędami, a nie te ułożone, grzeczne.

Ludzie często nudzą się w związkach. „Ja świetnie wiem, co ona powie” – mówi znajomy.
Do tanga trzeba dwojga. Jedna osoba nie chce się nudzić, a druga chce w kółko powtarzać stare numery, no to niewiele da się zrobić. Jeżeli ktoś się rozwija i jest dostępny emocjonalnie dla partnera, to nie będą się nudzić. Ciągle coś się dzieje. „Co o tym myślisz?” – bo widzieli film, byli gdzieś razem lub nawet osobno albo dzieci narozrabiały. Wystarczy, że jedna osoba nie daje niczego z siebie, nie wnosi do związku swojego potencjału, zaciekawienia, przeżyć, w ogóle nie opowiada o swojej pracy, zainteresowaniach.

Może nie ma zainteresowań. I praca też takiej osoby nie interesuje.
No to właśnie jest kłopot. Ktoś stracił zdolność zaciekawienia się światem i będzie zatruwał swoje otoczenie. Można popaść w taki stan. Monotonna praca w korporacji, gdzie musisz być sztuczny, żeby przetrwać, zajmująca coraz więcej godzin.

Czyli żeby nie być nudnym…
Przede wszystkim trzeba mieć taki oto pogląd, że istnieje życie wewnętrzne. Dla wielu ludzi to wcale nie jest oczywiste i przychodzą zdziwieni, że nagle przestało coś w głowie działać. Ktoś nie może wstać z łóżka, od rana płacze i nie wie, co się dzieje. Dziesięć lat żył bez stymulacji umysłu – w wyjaławiającej pracy, bez czytania książek, bez przyjaciół. I nagle pełne zdziwienie, że coś chyba nie tak.

Książkę przeczytać? Tak. W naszym kraju – świetny pomysł! Idź do teatru, kultura skorzysta na tym, a nie tylko hipermarkety. Pobiegaj. To nic nie kosztuje. Spotkaj ludzi. 

A jak mnie to wszystko nudzi?
No to zostaje terapia. Można odzyskać ciekawość świata i zacząć znowu być ciekawym dla innych.

To nie jest stan dany raz na zawsze?
Nie. Trzeba o ten stan dbać. Psychika jest jak ciało. Zaniedbaj ciało – przez dziesięć lat jedz czipsy i pij piwo, nie odżywiaj się niczym wartościowym – będziesz chory. Tak samo z psychiką. Brak wymiany emocjonalnej z domownikami, brak inspiracji kulturalnych, głupie seriale, a potem ktoś się dziwi, że leży z ciężką depresją. Przy dzisiejszym zalewie popkultury i nieustannym wmawianiu całym społeczeństwom, że trzeba wciąż mieć nowe produkty i nowe atrakcje,  część ludzi przestaje żyć, a zaczyna kupować. I to też prowadzi do monotonii i nudy.

„Najpierw sobie śpię, śpię. A potem kupuję, kupuję”. „I ja też, i ja też”.
Tak jak w filmie „Dzień świra”. Okrutny, trudny i niezwykle prawdziwy film.

Czy nuda jest nam potrzebna?
Cisza jest nam potrzebna. Jeśli ktoś się boi, że jest nudny, i wciąż ucieka w ekscytację, to ucieka też od spokoju i ciszy. Od bycia samemu ze sobą. A to jest ważny czas, kiedy można zobaczyć, ile rzeczy się zaniedbało, i się z nimi zmierzyć. Można wtedy pogrążyć się w refleksyjnej melancholii, która służy rozwojowi. W przeciwieństwie do pustej depresji, która służy ucieczce. Człowiek mający głębię emocjonalną potrafi te stany rozróżnić, choć to często różnica tylko odcienia. I na melancholię w samotności umie sobie pozwolić.

Zapytałem doświadczoną znajomą, czy była kiedyś z nudnym facetem. Była. I opisała mi go tak: „Najnudniejszy jest typ grzecznego chłopca. Symbiotyczny. Uwiesi się i patrzy we mnie jak w obrazek”. YYY Jak ktoś jest zbyt grzeczny, to być może nie ma dostępu do swoich agresywnych popędów, które służą rozwojowi i zasilają potencjał erotyczny. Gładka uprzejmość, która nie jest równoważona zdecydowaniem i tym, że ktoś potrafi być pyskaty, rzeczywiście może wydawać się nudna.

„We wszystkim się ze mną zgadzał”.
Żeby było ciekawie i żeby związek był prawdziwy, muszą go budować dwie odrębne osoby. Jak jedna się przyklei do drugiej, to nie ma żadnego ruchu. To ważne, żeby ludzie byli odrębni. Coś robimy razem, ale potem się oddalamy i potrafimy też pobyć osobno. A nie tylko z dzióbków sobie jemy i jesteśmy jednością. Symbioza powoduje, że ludzie nie mogą się oddalić, tylko stają się bliźniakami i potem wspólnie wpadają w bliźniaczą depresję.

„Nie miał własnego świata”.
Czyli nic nie wniesie do mojego świata.

„Nie umiał tupnąć nogą”.
Powtórzę: nudne są osoby nieprawdziwe, próbujące wciąż coś ukrywać. Nie chodzi o to, że powinniśmy mieć emocje na wierzchu, ale żeby zachowywać się adekwatnie. Ktoś ciekawy i prawdziwy tupnie nogą, kiedy trzeba.
A jak trzeba, to będzie miły. Innym razem – namiętny, a kiedy trzeba – opanowany. Tacy ludzie przyciągają ciekawość, kontakt z nimi jest ożywczy.

Mam zestaw osób, które omijam z tacą w stołówce. Bo wiem, że jak się dosiądę, to się wynudzę.
Tak. I one zapewne też mają swój zestaw, w którym być może z kolei ty jesteś. Czasem można mówić o nudzie jako o czymś, czego nie da się umieścić po jednej lub po drugiej stronie, tylko raczej pomiędzy ludźmi. Jakiś rodzaj rozminięcia, poczucia, że jesteśmy z innych światów. I lepiej, żeby ludzie to uwzględniali nie tylko w stołówce, ale też w związkach. A najlepiej przed.

Wspomniałaś „Dzień świra”. Czy Adaś Miauczyński jest przykładem osoby nudnej?
Wilfred Bion pisał, że rytuały służą temu, żeby zahamować spontaniczność i ożywienie. A kiedy ludzie tracą spontaniczność, to stają się nudni.  „Dzień świra” to film o rytuałach. Adaś wstaje, siedem razy miesza kawę, słucha w radiu o korkach, zawsze tak samo rozmawia z matką: „Zjedz, bo ci zupa stygnie”. I wszystko wiadomo. Ciężko się oglądało ten film, czułam się niezręcznie, jakbym podglądała kogoś bardzo chorego. Całe kino świetnie się bawiło, a to nic śmiesznego. Z pracy terapeutycznej z podobnymi ludźmi wiem, że to jest bezmiar cierpień. „Dzień świra” kończy się wierszem reżysera Marka Koterskiego dla Adasia. To przejmujący tekst, który dość dobrze oddaje proces wchodzenia w życiową nudę i pustkę:

Towarzyszu podróży, zbudowałeś byt swój, zasklepiając jak termit wyloty ku światłu. I zwinąłeś się w kłębek w kokonie nawyków, w dławiącym rytuale codziennego życia. I choć przyprawia cię on co dzień o szaleństwo, mozolnie wzniosłeś szaniec z tego rytuału – przeciw wichrom, przypływom, gwiazdom i uczuciom. Dość trudu cię kosztuje, by co dnia zapomnieć swej kondycji człowieka. Teraz glina, z której zostałeś utworzony, wyschła i stwardniała. Nikt już się nie dobudzi w tobie astronoma, muzyka, altruisty, poety, człowieka, którzy zamieszkiwali może ciebie kiedyś.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.