W obcym języku

Dla jednych dobra znajomość choćby angielskiego to cel abstrakcyjny. Dla innych, język angielski to współczesna wersja „lingua franca”, a rola jaka pełni podobna jest do tej, jaką kiedyś pełniła łacina. Dla tych znajomość angielskiego to oczywistość, a dopiero do niego dorzucają niemiecki, francuski czy może jakiś rzadszy inny język. Jeszcze inni, za sprawy „sercowej przygody”, błyskawicznie zaczynają mówić w „tym jednym obcym języku”, co kiedyś im wydawało się niemożliwe. Czy ten obcy język wzbogaca? Ogranicza? Dodaje innego smaku? A tak z innej beczki, czy zwyczaje językowe pary międzynarodowej przenoszą się jakoś na sytuacje, gdy spotykają się partnerzy biznesowi?

Poniżej ciekawy tekst o roli języka w budowaniu związku międzykulturowego, a konkretnie „między-językowego”. W artykule wprawdzie spore fragmenty dotyczą komunikacji w kwestiach bardzo intymnych, ale te akurat mniej tu są dla nas ważne. Zobaczmy kilka prostych konsekwencji funkcjonowania na co dzień w obcym języku.

UWAGA:  na niebiesko – fragmenty wypowiedzi osób ze związków międzykulturowych (cytaty z artykułu poniżej)

Język obcy jako ograniczenie
 Przez pierwszych kilka miesięcy mówiłam do niego wyłącznie po angielsku. Bałam się popełniać błędy; bałam się, że będzie mnie oceniał przez brak kompetencji językowych. 
(…) Nie przesłyszałaś się – kiedy wchodzisz w relację z obcokrajowcem, nigdy nie będziecie sami. Godzisz się na trójkąt: ty, on i język. 
Klasyczna sytuacja – język jako ograniczenie, źródło stresu i kompleksów, obaw, że sobie nie poradzisz, nie zdołasz przekazać kwestii, o której myślisz. Myślisz niby o tym, CO chcesz powiedzieć, ale przede wszystkim o tym JAK to powiedzieć.
Obcy język (albo jego brak, jego niedosyt) będzie ci stale towarzyszył. Co najmniej przez wiele lat, jeśli nie na zawsze.

Język jako nośnik kultury
Między nami nie było zbyt dużo humoru.To pierwszy zły znak. Jaki jest francuski żart? Jak z „Charlie Hebdo” – polityczny, intelektualny. Ale też sprośny. Dla mnie i moich koleżanek Polek niektóre dowcipy były po prostu obraźliwe. Francuzki mają takie poczucie humoru, więc są bardziej tolerancyjne.
Język jest nośnikiem kultury. Wyrazicielem stylu. Mówiona część kultury albo ci pasuje albo ci przeszkadza. A zwykle, w części ci pasuje a w części ci przeszkadza.

Język jako przejaw dominacji
 (…) w Peterze nie było potrzeby poznawania tej części mnie, która zawiera się w moim języku. Miał w sobie dużo francuskiego nacjonalizmu – uważał, że większość państw nie dorównuje Francji. Nie wiązał z Polską przyszłości, więc po co miałby uczyć się naszego języka?
(…) Nawet kiedy mówiliśmy ze sobą po francusku, zdarzało mi się uciekać w angielski, żeby wyrazić uczucia. Trochę dlatego, że brakowało mi słów, a trochę po to, żeby zdobyć nad Peterem przewagę – jego angielski był znacznie gorszy niż mój. Peter uparcie trwał przy francuskim.
Język jako narzędzie dominacji. Kto się do kogo przeprowadzi? Kto się dostosuje? W jakim języku oboje będą rozmawiać? Komu i na ile będzie się chciało wysilić, aby się dostosować?
Mam taką teorię, że narody dzielą się na te z historią imperialną, dominującą i te walczące o swoją tożsamość. Te pierwsze to Anglia, Niemcy, Francja, Rosja, USA, Szwecja, Austria. Te drugie to Norwegia, Irlandia, Polska, Grecja itp. W kulturze obu grup (i podczas rozmowy) widać pozostałości tej historii.

Język jako narzędzie
 (…) język traktuję zupełnie funkcjonalnie? Nie przejmuję się, kiedy coś mi nie wychodzi, nie ubolewam nad tym, że pewnych rzeczy nie da się wypowiedzieć.
(…) Zetknięcie dwóch języków w jednej głowie nie powinno polegać na tłumaczeniu, bardziej na „płynięciu z prądem”.
Zupełnie inne podejście do języka obcego, bardziej „techniczne”, bliskie temu, co widzimy w biznesie. Język używany zadaniowo, jako narzędzie komunikacji. W biznesie często bywa tak, że język rozmowy (najczęściej angielski) dla żadnej ze stron nie jest językiem ojczystym.
Prawdziwa znajomość języka obcego zaczyna się wtedy, gdy przestajesz tłumaczyć w głowie, gdy myślisz w tym języku. Zrób sobie prosty test – w jakim języku liczysz coś w głowie? Po polsku? Czy w obcym języku?

Język jako element stylu
 Bujny i kolorowy polski sprzyja puszczeniu fantazji. Niemiecki wymusza we mnie większe okiełznanie. Częściej wchodzę w oficjalny ton, zaczynam owijać w bawełnę.
(…) Polacy wykładają kawę na ławę. Nie istnieje u nas tzw. small talk.
Język jako element stylu – w różnych językach te same kwestie brzmią inaczej. Niemiecki – bardziej formalny, włoski – język opery, francuski – język miłości, angielski – język techniki.
Co do small talk’u w języku polskim – z cytowaną opinią trudno mi się zgodzić. To opinia zbyt skrajna.

Język jako ograniczenie
 (…) ostatecznie jednym z powodów naszego rozstania był język. Ja nie czuję się do końca sobą po angielsku. Nie rozumiem wszystkich niuansów kulturowych, omija mnie wiele żartów. Wychodzę na grzeczniejszą i spokojniejszą niż w Polsce.
(…) o bardzo skomplikowanych stanach, jak lęk związany ze studiami, jest mi łatwiej mówić po polsku.
(…) poczucie wyobcowania przy rodzinnym stole w domu Francesco w Apeninach, gdzie wszyscy mówili w regionalnym dialekcie. Ledwo rozumiałam włoski, a co dopiero jego odmiany. Nie łapałam ich poczucia humoru, które opiera się na grze słów. Czekałam, aż Francesco skończy tłumaczyć na angielski, byłam pięć minut za wszystkimi. Wiele rodzin tak funkcjonuje, ale to nie dla mnie. 
Ta potrzeba dotyczy tylko niektórych. Tych, co – jak mawiał nasz poeta – chcieliby aby „język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa, a czasem był jak piorun jasny, giętki, a czasem prędki jako…”.

Język niedzisiejszy
 Okazało się, że jego rodzina wyemigrowała z PRL-u w latach 80. i Jacek urodził się we Francji. Jego rodzice nie popełnili błędu wielu emigrantów, którzy w domu używają języka nowego kraju, ale przesadzili w drugą stronę – Jacek mówi literacką polszczyzną. Zawsze używa pełnych zdań i nie zna żadnych powiedzonek ani slangu.
(…) Niby dużo wie o polskiej historii, ale ponieważ nie widział np. „Misia”, to nie rozumie naszego poczucia absurdu. Nie wiem, czy Jacek będzie w stanie zamieszkać w Polsce. Ja nie widzę dla siebie innej możliwości. Tylko że im bardziej staram się wrócić do domu, tym dalej od niego ląduję. 
To zjawisko znane jest na całym świecie. Emigracja osiadła zagranicą kultywuje zwyczaje jakie obowiązywały w okresie, gdy opuszczali kraj. A życie płynie i rodzinny kraj podlega ciągłym przemianom. W środowiskach polonijnych w Chicago albo na nowojorskim Greenpoincie zobaczysz często świat, jakiego już w Polsce już nie ma. Ale to bynajmniej nie polska specjalność. Mało kto wie, że na początku XX wieku z Japonii – biednego wówczas kraju – emigrowały miliony ludzi. Diaspora japońska w samy Sao Paolo w Brazylii liczy milion ludzi! Także tam istnieje jeszcze Japonia w wersji jakiej już w Azji nie zobaczysz.

Język a wydźwięk słów
Pamiętam, jak na początku pobytu w Nowym Jorku nie rozumiałam zamieszania wokół słowa „nigger”. Przecież jest w każdej piosence hip-hopowej, więc czemu nie wolno go używać? Przeszłam przyspieszony kurs poprawności politycznej. Dziś wiem, że nie tylko rasistowskie słownictwo jest tabu.
Wyczucie „ciężaru gatunkowego” danego słowa, dopuszczalność ewentualnych przekleństw, niuanse kontekstu kulturowego – osiągnięcie takiej biegłości dane wymaga sporego wysiłku i wielu lat.

Dzieci z mieszanych małżeństw
 Przyswajanie nowych języków jest dla Faba czymś, co dzieje się mimochodem. Portugalski to język jego matki, włoski – ojca, a angielski – okresu dorastania. Mówi też po francusku i hiszpańsku. 
Są różne podejścia do języka. Jedni mówią w domu tylko w języku lokalnym, chcąc jak najszybciej zasymilować się z otoczeniem. Drudzy w domu uparcie mówią w swoim ojczystym języku, co jest – wydaje się – jedynym sposobem utrzymania znajomości języka u dziecka. Bywa, że dziecko mówi na początku w trzech językach: jak w przypadku opisanym w artykule.

A o języku w biznesie napiszemy przy innej okazji…

Xxxxxxxxxxxxxxx

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,127763,19613999,jezyk-intymnosci-uwielbiam-angielskie-sprosnosci.html

Język intymności? Uwielbiam angielskie sprośności

Ada Petriczko      13.02.2016 01:00

W polskim mamy brzydkie, wulgarne słowa tabu zarezerwowane dla seksu i pornografii, w innych sytuacjach wypowiadane ściszonym głosem
Dzisiejsze 20-latki to pierwsze Polki, które dorastały w Europie bez przejść granicznych. Nic dziwnego, że w tym pokoleniu powszechne stały się związki z obcokrajowcami. Postanowiłam złapać dziewczyny za języki. Zapytałam dwudziestokilkulatki, które były w międzynarodowych związkach: jak to jest kochać w obcej mowie? Czy ich osobowość zmienia się w innych językach? Czy dobrze im się kłóci po angielsku, francusku, niemiecku? Jaki język jest dla nich mową intymności?

Natalia: „Salut, kochanie!”
Mówię po polsku, angielsku i francusku i byłam w związku z każdym z tych języków. Nie przesłyszałaś się – kiedy wchodzisz w relację z obcokrajowcem, nigdy nie będziecie sami. Godzisz się na trójkąt: ty, on i język. Dwa lata temu spędziłam semestr na Erasmusie w Nicei. Zakochałam się we Francuzie Peterze, byliśmy parą przez rok. Chcesz rozmawiać o języku, więc powiem o Peterze tylko tyle, że studiował prawo, a na uniwersytecie znali go wszyscy. I że ta relacja nie skończyła się dobrze.

Przez pierwszych kilka miesięcy mówiłam do niego wyłącznie po angielsku. Bałam się popełniać błędy; bałam się, że będzie mnie oceniał przez brak kompetencji językowych.  Swobodnie porozumiewałam się po francusku z innymi ludźmi, ale nie z nim. Peter lubił podsłuchiwać, jak w drugim końcu pokoju rozmawiam w jego języku
Po kilku miesiącach odważyłam się i wtedy nasza relacja uległa zmianie. Zaczął mówić mi więcej, poczuł się bezpiecznie. Usunęliśmy jeden filtr spomiędzy nas. Uczyłam go podstawowych polskich zwrotów. Mówił: „Salut, kochanie!” (Cześć, kochanie!).
Czasami na swój użytek wymyślaliśmy nowe słowa albo zmienialiśmy znaczenie istniejących, głównie kiedy ja nie wiedziałam, jak coś nazwać w żadnym języku. W kuchni prosiłam o „kopystkę”, mając na myśli plastikową łopatkę do patelni. Prawdopodobnie Peter do dziś jest przekonany, że tak to brzmi po polsku.
W seksie nie mieliśmy problemów językowych. Mieszaliśmy wszystko bez zastanowienia. Mówiłam po polsku, ale lubiłam też francuskie słowa. Penis to „la bite”, a cipka – „la chatte”, czyli kotka.

Między nami nie było zbyt dużo humoru. To pierwszy zły znak. Jaki jest francuski żart? Jak z „Charlie Hebdo” – polityczny, intelektualny. Ale też sprośny. Dla mnie i moich koleżanek Polek niektóre dowcipy były po prostu obraźliwe. Francuzki mają takie poczucie humoru, więc są bardziej tolerancyjne.

Poza drobnymi gestami, jak mówienie „kochanie”, w Peterze nie było potrzeby poznawania tej części mnie, która zawiera się w moim języku. Miał w sobie dużo francuskiego nacjonalizmu – uważał, że większość państw nie dorównuje Francji. Nie wiązał z Polską przyszłości, więc po co miałby uczyć się naszego języka? Jednocześnie jestem pewna, że używa tych kilku zdań, których go nauczyłam, do podrywania Polek we Francji. Denerwuje mnie, że traktuje mój język przedmiotowo.

Nawet kiedy mówiliśmy ze sobą po francusku, zdarzało mi się uciekać w angielski, żeby wyrazić uczucia. Trochę dlatego, że brakowało mi słów, a trochę po to, żeby zdobyć nad Peterem przewagę – jego angielski był znacznie gorszy niż mój. Tak, kiedy między nami było źle, język stawał się narzędziem walki. Czasami to ocierało się o paranoję. Jeśli np. po przebudzeniu zaczynałam mówić do Petera po angielsku, a nie francusku, to był dla niego sygnał, że nie chce mi się starać.

Dzień zaczęty od angielskiego uważał za zły dzień. A ja po prostu obudziłam się z angielskim na ustach. Nasze kłótnie to było ciągłe mijanie się języków. Ja zaczynałam od francuskiego, potem, w miarę jak rosło napięcie, przerzucałam się na angielski, a kiedy widziałam, że nie ma szans na porozumienie – na polski.

We francuskim byłam najłagodniejsza. Angielski wyzwalał we mnie gadatliwość. Dopiero po polsku nabierałam stanowczości.

Peter uparcie trwał przy francuskim. Zdarzało się, że kiedy czegoś nie rozumiałam, on – zamiast przerzucić się na angielski – obsesyjnie powtarzał to samo tłumaczenie po francusku, pomimo moich próśb o taryfę ulgową.

Czułam, że wykorzystywał moją ułomność językową, i chyba dlatego bałam się mówić po francusku. Ale ostatecznie naszego związku nie pogrążył język. Owszem, poszło o niezrozumienie elementarnych pojęć, a konkretnie – wierności. Tylko że tu nawet profesjonalny tłumacz niczego by nie zmienił.

Magdalena: „Moja bogini”

Moje dwa języki się zrównały. Od pięciu lat mieszkam w Berlinie i przez ostatnie trzy byłam w związku z Niemcem. Dla mnie nie ma już różnicy pomiędzy „kocham cię” a „ich liebe dich”. Może to dlatego, że język traktuję zupełnie funkcjonalnie? Nie przejmuję się, kiedy coś mi nie wychodzi, nie ubolewam nad tym, że pewnych rzeczy nie da się wypowiedzieć.

Zetknięcie dwóch języków w jednej głowie nie powinno polegać na tłumaczeniu, bardziej na „płynięciu z prądem”. Kiedy próbuję ułożyć sobie w głowie kwestię, od razu zaczynam się jąkać. Wiem, że w każdym z tych języków jestem trochę inna, ale nie walczę z tym.

Bujny i kolorowy polski sprzyja puszczeniu fantazji. Niemiecki wymusza we mnie większe okiełznanie. Częściej wchodzę w oficjalny ton, zaczynam owijać w bawełnę.

Polacy wykładają kawę na ławę. Nie istnieje u nas tzw. small talk. Pamiętam taką sytuację z Nowego Jorku, kiedy na imprezie poznałam dziewczynę z Polski. Wszyscy dookoła uprawiali small talk, więc my też próbowałyśmy – z tym że po polsku. Rozmowa skończyła się po minucie i zaczęłyśmy się śmiać. „- Co tu robisz? – A ty?” – przecież w Polsce nikt tak nie rozmawia z nieznajomymi! Jesteśmy na to zbyt podejrzliwi.

Alex, mój były chłopak, jest dwujęzyczny – ma mamę Francuzkę i ojca Niemca. Dlatego o uczuciach lubi mówić w obu językach. U mnie jest podobnie. Jasne, że o bardzo skomplikowanych stanach, jak lęk związany ze studiami, jest mi łatwiej mówić po polsku. Ale radzę sobie w niemieckim.

Nigdy nie musiałam tłumaczyć Alexowi swojego poczucia humoru. Bawiły nas neologizmy tylko dla wtajemniczonych. Oczywiście, że nie powiem jakie! Uczyłam go polskich słów: „urwis”, „nicpoń”, „palczak”, „słabeusz”. Zapisywał je: „urvis”, „swabeush” „Moja bogini” – to jego ulubiony zwrot.

Kłóciliśmy się tylko po niemiecku. To fantastyczny język do robienia wyrzutów – chyba dlatego że tam, gdzie my mamy dwa słowa, np. „Zrobiłeś to!”, oni mają aż cztery: „Du hast etwas gemacht!” – o dwa więcej do wyładowania złości.

Niemiecki jest też lepszym językiem dla intymności. W polskim mamy brzydkie, wulgarne słowa tabu zarezerwowane dla seksu i pornografii, w innych sytuacjach wypowiadane ściszonym głosem.

A po niemiecku „der Schwanz” – czyli penis – oznacza też „ogon”. Tego słowa używają dzieci, słyszy się je w telewizji. Dzięki temu wchodzi w krew i kiedy padnie w seksie, brzmi naturalnie. Wagina po niemiecku to „die Muschi”. Fajnie, prawda?

Dlaczego Niemcy oswoili seks w języku, a my nie? To wynika z ich kulturowego podejścia do seksu i ciała. Na początku szokowało i fascynowało mnie to, że kobiety w Berlinie nie wstydzą się podnosić rąk w metrze, mimo że pod pachami mają dwutygodniowy zarost.

Niemcy mają znacznie wyższy poziom akceptacji własnego ciała niż Polacy. Weźmy damską przebieralnię na uniwersytecie. W Polsce dziewczyny szybko zmieniają ubranie, unikając swojego wzroku. Tu potrafią przez dziesięć minut biegać po szatni w stringach i gadać z koleżankami. Wyraźny cellulit nie przeszkadza im w noszeniu bardzo krótkich szortów. W Berlinie nauczyłam się zmieniać stanik przy koleżankach.

Alex był oswojony z cellulitem i włosami pod pachami. Fajnie było być z chłopakiem, który wychował się w takiej kulturze.

Wydaje mi się, że polscy mężczyźni mają mniej realistyczny obraz kobiet niż niemieccy. A Polki bardziej niż Niemki dążą do bycia idealnymi. W Warszawie krótkie szorty noszą głównie dziewczyny o figurach modelek.

Alexa i mnie łączył jeszcze jeden ważny język – muzyka. Ja studiuję śpiew operowy, on jest kompozytorem. Kiedy dostał się do Julliard School – jednej z najbardziej prestiżowych akademii muzycznych na świecie – musiał przeprowadzić się do Nowego Jorku. Przez rok byliśmy ze sobą na odległość, ale stopniowo szkoła i muzyka zajmowały w jego życiu coraz więcej miejsca, spychając mnie w niszę. W końcu nawet tam przestałam się mieścić.

Ania: „Cichutko”

Po pierwszym związku z obcokrajowcem powiedziałam sobie: nigdy więcej. Bardzo kochaliśmy się z Francesco – Włochem z Apeninów, perkusistą jazzowym. Poznaliśmy się w konserwatorium muzycznym w Hadze, potem mieszkaliśmy razem w Miami. Mówiliśmy naszą prywatną gwarą. Struktura z angielskiego, włoskie zwroty i polskie ozdobniki.

Francesco znał tylko pojedyncze słowa w moim języku: „dziękuję”, „proszę”, „jesteś piękna”, „babcia”, „dziadek”, ale też „cichutko”. Mówiłam tak do niego, kiedy nie miałam na coś ochoty albo chciałam go uspokoić. „Cichutko, cichutko” to było takie czułe „idź sobie”.

Francesco lubił używać polskich słów w seksie, choć części ciała nazywał zawsze po włosku. Z kolei listy miłosne pisaliśmy do siebie po angielsku.

Mówiliśmy „I love you”, rzadko „kocham cię” i „ti amo”. Na początku „I love you” łaskotało mnie w uszy i żeby poczuć, że mówię to naprawdę, używałam polskiego. Szybko się przyzwyczaiłam.

Ale choć ten patchwork był uroczy, to XXX ostatecznie jednym z powodów naszego rozstania był język. Ja nie czuję się do końca sobą po angielsku. Nie rozumiem wszystkich niuansów kulturowych, omija mnie wiele żartów. Wychodzę na grzeczniejszą i spokojniejszą niż w Polsce. YYY

Pamiętam poczucie wyobcowania przy rodzinnym stole w domu Francesco w Apeninach, gdzie wszyscy mówili w regionalnym dialekcie. Ledwo rozumiałam włoski, a co dopiero jego odmiany. Nie łapałam ich poczucia humoru, które opiera się na grze słów. Czekałam, aż Francesco skończy tłumaczyć na angielski, byłam pięć minut za wszystkimi. Wiele rodzin tak funkcjonuje, ale to nie dla mnie.

Im dalej patrzyłam w przyszłość, tym więcej widziałam negatywnych aspektów międzynarodowej relacji. Bałam się, że nasza przyszła rodzina będzie pozbawiona tożsamości narodowej. Fajnie, że dzieci znałyby kilka języków i kultur, ale czy nie czułyby, że nigdzie tak naprawdę nie przynależą? Francesco zupełnie się tym nie przejmował. Mówił, że dorastanie w dwóch kulturach to bogactwo.

Kiedy się rozstaliśmy, obiecałam sobie, że już nigdy nie będę z obcokrajowcem. I wpadłam z deszczu pod rynnę. Na imprezie w Miami poznałam Jacka, dyrektora orkiestry. Był bardzo grzeczny i mówił tak elegancką polszczyzną, że aż wydało mi się to podejrzane. Na przywitanie powiedział kiedyś: „Dzień dobry!”, mimo że był środek nocy.

Okazało się, że jego rodzina wyemigrowała z PRL-u w latach 80. i Jacek urodził się we Francji. Jego rodzice nie popełnili błędu wielu emigrantów, którzy w domu używają języka nowego kraju, ale przesadzili w drugą stronę – Jacek mówi literacką polszczyzną. Zawsze używa pełnych zdań i nie zna żadnych powiedzonek ani slangu.

Nie wie np., co to znaczy być „burakiem”. Bardzo się bulwersuje, kiedy przeklnę. Łatwo o nieporozumienia. Podczas jednej kłótni powiedziałam, że zachowuje się jak gówniarz. Nie wiedział, co to znaczy potocznie, ale znał słowo „gówno”, więc zrozumiał to jako straszną obelgę.

Czuję, jakbym była w związku z Polakiem i Francuzem jednocześnie. Zrozumiałam to, kiedy pojechaliśmy do Francji i obserwowałam, jak Jacek zmienia się pod wpływem języka: po francusku jest głośniejszy, bardziej pewny siebie i ma inną mowę ciała.

Przeklina tylko w tym języku. Powiedział mi, że musiał się zasymilować, bo we Francji w latach 80. i 90. na imigrantów patrzono jeszcze bardziej krzywo niż dziś. Nie tylko koledzy w klasie, ale nawet nauczyciele dokuczali mu przez dziwne nazwisko.

Mimo to Jacek zawsze mówi, że jest Polakiem. Czuje się związany z Polską. Inaczej niż ktoś urodzony tu – bardziej romantycznie, bo jest w nim nostalgia za Polską zaszczepiona przez rodziców. O emocjach najłatwiej jest mu mówić po polsku, bo to język jego domu.

Dla mnie to trochę smutne, że on nie jest swój ani tu, ani tam. We Francji tęskni za krajem, który nie istnieje; w Polsce też nie do końca się odnajduje. Nie zna slangu, nie wychował się na tych samych filmach i książkach co my.

Niby dużo wie o polskiej historii, ale ponieważ nie widział np. „Misia”, to nie rozumie naszego poczucia absurdu. Nie wiem, czy Jacek będzie w stanie zamieszkać w Polsce. Ja nie widzę dla siebie innej możliwości. Tylko że im bardziej staram się wrócić do domu, tym dalej od niego ląduję.

Zuzia: „Cold-ham-cheese”

Jacek to ja. OK, urodziłam się w Polsce i spędziłam tam dzieciństwo, ale tak wcześnie zaczęłam podróżować i pracować za granicą, że straciłam kontakt z żywym polskim. Miałam 15 lat, kiedy zostałam modelką, a cztery lata później zamieszkałam w Nowym Jorku, gdzie dziś studiuję i pracuję. Kiedy przyjeżdżam do Polski, czuję się jak kosmitka. Czytam poezję po polsku, ale to w angielskim łapię subtelności językowe. Dobrze mi w rodzinie, bo tam mogę wrzucać polsko-angielskie neologizmy i wszyscy mnie rozumieją.

Jasne, że w angielskim też mam gorsze dni, kiedy czuję, że z mojej buzi wychodzą obłe ziemniaki zamiast słów. Ale i tak myślę, kocham i czuję w tym języku. Nigdy nie byłam z mężczyzną, z którym rozmawiałabym po polsku. Nigdy nie napisałam listu miłosnego po polsku.

Mówiłam „kocham cię” do swoich partnerów, ale co oni mogli odpowiedzieć? Najwyżej „cold-ham-cheese”. Tak nasze polskie wyznanie miłości brzmiało dla Josha, Anglika, z którym spędziłam pięć lat.

Ale najpierw był Francuz Martin, po którym obiecałam sobie, że już nigdy nie chcę być z kimś, kto mówi po angielsku gorzej ode mnie. Martin miał typowe dla Francuzów przekonanie, że jego angielski jest wystarczająco dobry i nie musi go doskonalić, bo świetnie dogaduje się ze wszystkimi. Ja cały czas się uczyłam. Miałam kujońską metodę: czytałam systematycznie słownik. Chyba nigdy nie doszłam dalej niż do „n”. Zapisywałam sobie w notatniku słowa, których nie znam, i potem starałam się ich używać. Pamiętam, jak natknęłam się na słówko „awesome”. Byłam nim zszokowana: jak to, „a”, „w” i „s” tak blisko siebie?! Co to może znaczyć? Myślałam, że to błąd. Podobnie było z „awkward”.

W pewnym momencie zaczęłam używać słów, których mój chłopak nie rozumiał i nie miał potrzeby ich poznania. To był dla mnie znak, że ten związek się nie rozwija.

Pamiętam taką scenkę z Australii. Siedzieliśmy wieczorem na plaży. Powiedziałam: „It’s so beautiful”, i nie wiedziałam, jak jeszcze mogę wyrazić, co czuję. Byłam zła na siebie, że moje słowa są płaskie. I czułam, że między nami jest przepaść.  On cały czas robił błędy w listach do mnie. Było mi głupio za niego. Podjęłam decyzję, że jeśli kiedyś będę z człowiekiem z zagranicy, to tylko z takim, który mówi perfekcyjnie po angielsku.

I dotrzymałam słowa. Następny był Josh, angielski fotograf żydowskiego pochodzenia. Przy okazji tego związku zauważyłam, że każda relacja przynosi mi nowe słownictwo. Ale też – że okres nauki języka partnera trwa tylko kilka miesięcy. Potem poruszamy się w zamkniętym obiegu językowym.

Po pięciu latach z Joshem miałam poczucie, że on nie jest w stanie zaskoczyć mnie żadnym nowym słowem. Ale kiedy się rozstaliśmy i związałam się z Fabem – pół-Brazylijczykiem i pół-Włochem, który wychował się w Nowym Jorku – byłam zdziwiona, jak wiele nowych słów przejęłam od niego.

Fab jest perkusistą i rysownikiem, ale świetnie włada słowami. Pisze wiersze. Mówi do mnie na przemian poezją i cytatami z wypowiedzi swojej psychoterapeutki: „Czesław Miłosz napisał a dr Rappel twierdzi „.

Umie manipulować za pomocą języka. To jego reakcja obronna w konflikcie. Zamiast podejść do problemu jak do czegoś, nad czym możemy pracować, Fab opowiada o swojej krzywdzie w bardzo literacki sposób. Inni sięgają po pierwsze lepsze słowa, on kalkuluje.

Zamiast krzyknąć „fuck!”, zapętla się w języku. Nie jestem w stanie się z nim kłócić, bo on mnie rozbraja swoim słownictwem. Ostatnio w apogeum kłótni stanęłam jak wryta z rękoma splecionymi z tyłu i zamknęłam oczy. Byłam w stanie medytacji, mimo że chciałam splunąć mu w twarz. A on powiedział, że jest dumny, że tak dobrze radzę sobie z emocjami.

Język intymności? Angielski. Uwielbiam angielskie sprośności, takie jak: „Eat my pussy”, „I wanna suck your dick”. Może dlatego, że ich do końca nie czuję? Weźmy „cunt” – jedno z najbardziej obraźliwych słów, jakich można użyć w stosunku do kobiety. Ja mogłabym je śpiewać na ulicy, bo nie wychowałam się w tym tabu. Nie ma dla mnie angielskich słów, z którymi czułabym się naprawdę niekomfortowo, bo to wszystko słownictwo nabyte.

Pamiętam, jak na początku pobytu w Nowym Jorku nie rozumiałam zamieszania wokół słowa „nigger”. Przecież jest w każdej piosence hip-hopowej, więc czemu nie wolno go używać? Przeszłam przyspieszony kurs poprawności politycznej. Dziś wiem, że nie tylko rasistowskie słownictwo jest tabu. Na moim uniwersytecie nie wypada też używać słów: „fat”, „faggot”, „retarded”, „drag queen”; nie mówi się, że coś jest „gay” albo „tranny”.

W moim i Faba związku funkcjonuje wiele języków. Przez pierwszy miesiąc uczyłam go polskiego. Mieliśmy taką umowę, że on codziennie wysyła mi piosenkę, a ja mu słowo po polsku. Pisałam je na kartce, fotografowałam i przesyłałam zdjęcie. Jego ulubionym słówkiem został „leniwiec”.

Przyswajanie nowych języków jest dla Faba czymś, co dzieje się mimochodem. Portugalski to język jego matki, włoski – ojca, a angielski – okresu dorastania. Mówi też po francusku i hiszpańsku.

Obserwowałam go we wszystkich tych językach i najbardziej pociąga mnie w portugalskim. Ten język to jego muzyka; to też jego matka, która nie chodzi, tylko tańczy. Jeśli kiedyś nauczę się portugalskiego, to będzie nasz język miłości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.