Samozatrudnieni na wolnym rynku

W Polsce jest około 3 milionów zarejestrowanych firm. Wśród nich zdecydowana większość (około 2 milionów) to firmy jednoosobowe. Osoby znajdujące się w takiej sytuacji zawodowej określa się często mianem „samozatrudnionych”. Jednym kojarzy się to z „byciem szefem samemu sobie”. Przed oczyma nasuwają się wtedy obrazy sytuacji, gdy ktoś samodzielnie wybiera pracodawcę, miejsce i czas pracy. Dla innych to tylko specyficzna konstrukcja prawna umożliwiająca zatrudnionemu redukcję podatków, a pracodawcy obniżenie kosztów pracy. Są też i tacy, dla których samozatrudnienie to smutna konieczność i niekończący się koszmar i niepewność…

Podane przed chwilą liczby są tylko szacunkami przybliżonymi i zależą od źródła.

Przykładowe dane znaleźć można np. tu: http://www.polskieradio.pl/42/1699/Artykul/976732,Mikrofirmy-w-Polsce-dziala-juz-ponad-23-mln-jednoosobowych-firm

Na temat samozatrudnionych dostałem od jednego z czytelników taki wpis:
Mój kuzyn miał być zatrudniony w pewnej firmie informatycznej, ale byłaby to typowa praca w korporacji. Mógł wybrać prace w firmie, gdzie musiałby założyć działalność gospodarczą. Wybrał to drugie i był to strzał w dziesiątkę. Sprawdza się w tym systemie, gdzie jest sam sobie szefem, wybiera kiedy pracuje a kiedy odpoczywa. Lecz nie byłoby tak, gdyby nie jego charakter. Pracowitość i konsekwencja są w tym przypadku bezcenne, tylko dzięki temu przedsięwzięcie się udaje.

To wersja pozytywna opisywanego scenariusza. Ktoś posiadający umiejętności cenione na rynku, w branży informatycznej, permanentnie odczuwającej niedobór poszukiwanych zawodzie. Jednak wśród 2 milionów osób samozatrudnionych zapewne nie jest to model najpopularniejszy. Sedno rozróżnienia między nimi polega – w moim odczuciu – na tym, czy osoba samozatrudniona faktycznie oferuje swojemu pracodawcy wyłączność, często na zasadzie obustronnej umowy, czy też może porusza się pośród różnych klientów, uprawiając na co dzień sprzedaż jak każda inna firma.

Modele samozatrudnienia
Tak więc, podsumowując, mamy następujące modele samozatrudnienia:
1. Praca na rzecz jednego tylko płatnika, w warunkach umowy o wyłączności albo wyłączności „de facto”
a. z inicjatywy wykonawcy, zwykle motywowanej chęcią ograniczenia wysokości płaconego podatku (tzw. wrzucenie niektórych wydatków w koszty) albo obciążeń potrącanych z wynagrodzenia
b. z inicjatywy zamawiającego, dla którego to jest często jedyna dopuszczalna forma współpracy
2. Praca na wolnym rynku, na rzecz różnych podmiotów zamawiających.
a. z wyboru, zwykle powiązana z poczuciem własnej wysokiej wartości rynkowej
b. z konieczności, wynikającej zwykle z poczucia niemożności znalezienia stabilnej pracy na rzecz jednego płatnika

Gdy pracujesz dla jednego tylko zleceniodawcy
Wariant (1) ma wiele cech takich samych jak umowa o pracę. Wykonawca pracy ma tylko jednego pracodawcę, bardzo często stałe i przewidywalne dochody, a sam nie uprawia żadnego procesu sprzedaży. Bywa, że ilość wykonywanej pracy jest dynamiczna, np. gdy ktoś jest pilotem wycieczek turystycznych lub nauczycielem języka obcego albo nianią do dzieci, opiekunką osób starszych czy może tłumaczem. W zależności od aktualnego zapotrzebowania, zmienna jest ilość pracy, a więc i zmienne jest wynagrodzenie. Formuła rozliczenia jest prosta, wykonawca wystawia comiesięczne faktury za wykonane usługi. Oczywiście, nie jest to stosunek pracy, czyli tzw. praca na etacie, nie obowiązuje także Kodeks Pracy (który dotyczy tylko pracy etatowej). Nie ma płatnych urlopów ani składki emerytalnej czy zdrowotnej. To wszystko pozostaje po stronie wykonawcy. Z drugiej strony, różnica pomiędzy dochodem netto wykonawcy usługi, a całkowitym kosztem ponoszonym przez płatnika występuje zarówno w sytuacji pracy etatowej jak i samozatrudnienia (patrz wpis na blogu z dnia 22 stycznia 2015).

Warto dodać, że jeśli ilość pracy w poszczególnych miesiącach jest zmienna, to także w przypadku (1) w działaniu osoby samozatrudnionej mogą występować pewne elementy konkurencji, a nawet marketingu i sprzedaży. Dzieje się tak wtedy, gdy poszczególni potencjalni wykonawcy konkurują pomiędzy sobą w ramach tej samej firmy.

Prawdziwy wolny rynek
Inaczej jest w sytuacji (2), w której osoba samozatrudniona wykonuje pracę dla różnych zleceniodawców, a ilość i charakter tej pracy podlega sporym wahaniom z miesiąca na miesiąc. Opcja (2a), opisywana w liście od czytelnika bloga, to wariant pozytywny. Mając możliwość stabilnej pracy na etacie, dla jednego pracodawcy, pracownik – zwykle o wysokich i specjalistycznych kwalifikacjach oraz ze świadomością własnej wysokiej wartości rynkowej – wybiera pracę jako tzw. freelancer, czyli osoba do wynajęcia. Może to być informatyk albo nawet menadżer. Może to być także relacja lekarza specjalisty, np. ginekologa-położnika, z pobliskim szpitalem, w którym rozliczeniu podlega każda operacja wykonywana przez tego lekarza na swojej pacjentce. Mimo relatywnie krótkich kontraktów, trwających zwykle od kilku tygodni do kilku miesięcy, nie występuje u pracownika specjalna obawa o ewentualny brak pracy, a groźba braku pracy nie jest znacząca. Przeważa nadzieja na ponadprzeciętne zarobki, korzystny sposób rozliczania podatku oraz nadwyżki pozwalające spokojnie opłacić sobie urlopowy wyjazd, ewentualne świadczenia chorobowe czy zadbać o swoją emeryturę.

Zupełnie inaczej ma się sytuacja w przypadku (2b). Może to być przypadek dziennikarza piszącego teksty do mediów lub fizjoterapeuty zajmującego się osobami starszymi czy też nauczycielki rytmiki dającej lekcje przedszkolach. Może to być także nauczyciel języka, tłumacz czy projektant. Wiele takich osób chętnie zawarłoby umowę z jednym płatnikiem, najlepiej na zasadzie etatu albo choćby na zasadzie samozatrudnienia w wersji (1), ale na rynku nie znajdują oni zainteresowanych pracodawców oferujących zadowalające stawki. W tej sytuacji bardziej mówimy tu o pracy dorywczej, będącej swego rodzaju „złem koniecznym” niż pracy „z wyboru”. W takich sytuacjach często zdarzają się kiepskie stawki wynagrodzenia oraz opóźnienia w płatnościach. Tu zdecydowanie panuje dyktatura zamawiającego. Ten przypadek jest więc krańcowo odległy od sytuacji opisywanej w przywołanym na początku wpisu komentarzu czytelnika.

Codzienność freelancera
Aby przybliżyć codzienność osoby samozatrudnionej w wariancie (2b), przytaczam poniżej artykuł z prasy na omawiany temat. Być może także i autorka tego artykułu jest dziennikarską ”free-lancerką”…

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Bieda freelancera

Izabela Żbikowska,        Gazeta Wyborcza, 11.04.2016 , aktualizacja: 08.04.2016 18:32

Freelancerom trudno nie przyjąć każdego zlecenia, bo kto wie, kiedy pojawi się następne. Zleceniodawcy świetnie o tym wiedzą, więc czasem w ramach wynagrodzenia proponują piwo, barter albo stawkę 3 zł za tekst.
Tomasz w ciągu jednego dnia stracił siedem zleceń. W pierwszej firmie były „cięcia w budżecie”, w drugiej „wycofano dofinansowanie”, a w następnej się rozmyślili. I tak dalej.

Jako trener pracuje od kilkunastu lat i przywykł już do ryzyka związanego z byciem freelancerem, choć przyznaje, że utrata siedmiu zleceń naraz mocno go zaskoczyła. Nie jest to jednak najgorsza rzecz, jaka może spotkać kogoś, kto działa na własny rachunek.

– Czasem firmy proszą mnie o przygotowanie w ramach wstępu do zlecenia scenariusza zajęć, a nawet zbadania potrzeb wśród menedżerów. Ja to wszystko robię, a potem okazuje się, że zlecenia nie będzie – opowiada.

Łukasz, trener fitness z Łodzi jako freelancer współpracuje z klubami fitness, które płacą mu od osoby uczestniczącej w zajęciach. Niestety, nie promują one w żaden sposób swojej działalności, więc na Łukaszu spoczywa również obowiązek odpowiedniej promocji, by ludzie w ogóle na zajęcia przyszli.

Gdy pada, albo przeciwnie, jest piękna pogoda i nikt na zajęcia nie przyszedł, to trudno. Łukasz tego dnia nie zarobi.

Anita Demianowicz, podróżniczka, postanowiła potrząsnąć nieco czytelnikami swojego bloga, uświadamiając im, jak ciężkim kawałkiem chleba jest bycie podróżnikiem i zarazem dziennikarzem freelancerem. Opisała m.in., że zdarzały jej się sytuacje, w których na opublikowanie zamówionego tekstu musiała czekać rok, a na wypłatę jeszcze dłużej. W ramach wynagrodzenia za wykład proponowano jej piwo albo zamieszczenie na banerze logo lub linka do bloga.

Tak długo się już znamy…
Marta, tłumaczka języka angielskiego z Opolszczyzny, nawet nie odpowiada na maile, w których oferenci obiecują jej za usługi wymianę barterową. – Najbardziej absurdalne wydają mi się te propozycje, w których za dzień tłumaczenia na jakimś międzynarodowym szkoleniu proponują mi jedynie opłacenie noclegu. O wynagrodzeniu za moją pracę nie ma mowy, bo przecież tłumacząc, będę miała dostęp do specjalistycznej wiedzy, za którą inni płacą grube pieniądze – mówi.

Zawód tłumacza wykonuje od 11 lat, wcześniej zajmowała się dziećmi, a jeszcze wcześniej przez pół roku pracowała na etacie, co okazało się dla niej nie do zniesienia. Określone godziny pracy, konieczność przychodzenia do biura, szef nad głową. Odeszła, bo potrzebowała swobody.

– Jasne, że bałam się ryzyka, ale z drugiej strony możliwość pracy w dowolnym miejscu na świecie i swoboda wyboru przeważyły, chociaż na początku musiała stwardnieć mi skóra – opowiada. Wspomina jedną z firm, która zlecała jej tłumaczenia za stawki niższe o 30 do 50 proc. niż te rynkowe, płaciła z kilkutygodniowym opóźnieniem i to dopiero po serii maili ponaglających. – Nie potrafię dziś powiedzieć, dlaczego zgadzałam się na te zlecenia, skoro miałam inne źródła dochodu. W końcu sami ze mnie zrezygnowali i to z hukiem. Jak zwykle przysłali zlecenie na gwałt, dzwoniąc, że koniecznie muszę im pomóc, bo nie mają już się do kogo zwrócić. Zgodziłam się, choć nie widziałam tekstu. To było nieprofesjonalne z mojej strony, ale pomyślałam, że przecież tyle się znamy, chciałam pomóc. Tekst był bardzo specjalistyczny, z dziedziny medycznej, a na całość miałam absurdalnie mało czasu. Ostatecznie odesłałam tłumaczenie dwie godziny po terminie. Firma odpowiedziała, że przekroczyłam czas, więc mi za moją pracę nie zapłacą, co więcej, z wcześniejszych zleceń potrącą karę umowną, wyliczyli ją na kilkaset złotych. I tyle było z naszej współpracy – opowiada.

Wolny strzelec na wolnym rynku
Paweł Zakrzewski z Freelanceria.pl komentuje. – Rynek dla wolnych strzelców rządzi się innymi regułami, bo praca we freelancingu nie wiąże się ze stałym, jednakowym dochodem. Poza tym freelancer nie tylko musi zrealizować zlecone mu zadanie, ale przede wszystkim je zdobyć, nawet jeśli opiewa na kwotę 50 zł – podkreśla.

Rozpiętość cenowa jest ogromna i ciężko mówić o jakiejkolwiek regule. Niektóre zlecenia, np. wykonania aplikacji na system android, warte są kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Zakrzewski zaznacza jednak, że zdecydowana większość zleceń opiera się o wynagrodzenie finansowe, a nie wymianę barterową. Są jednak wyjątki. – Chodzi o konkursy. Na przykład na logo: firma lub instytucja publiczna ogłasza konkurs na wykonanie logo. Pieniądze zgarnia ten, kogo logo zostało zaakceptowane, reszta, choć też poświęciła czas i energię na przygotowanie oferty, zostaje z niczym. Mimo ryzyka do tego rodzaju zleceń zgłasza się wiele osób – opowiada. – Freelancerzy nie mają zapewnionego nie tylko wynagrodzenia na określonym poziomie, ale w ogóle gwarancji jego stałego dopływu. Brakuje też zabezpieczenia socjalnego, czyli świadomości, że gdy zachorują, będą mieli się za co leczyć. Wreszcie, brakuje także aspektu integracyjnego: osoby pracujące na własny rachunek nie należą do konkretnej grupy, np. załogi w danej firmie, więc ze wszystkim muszą radzić sobie sami – komentuje Justyna Sarnowska z Młodzi Centrum LAB SWPS.

Na to wszystko składa się też olbrzymia konkurencja, z której freelancerzy doskonale zdają sobie sprawę. Pracownicy Oferi.pl, portalu skupiającego oferty dla wolnych strzelców, powiedzieli w jednym z wywiadów, że na jedno zlecenie przypada dziesięciu chętnych. Świadomość takiej konkurencji nie tylko mobilizuje do pracy i wysłania ofert swoich usług, gdzie tylko się da, ale również do zaniżania cen, byleby tylko dostać zlecenie.

Osobisty dumping cenowy
W taką pułapkę wpadła biegaczka z Wrocławia. Paulina samotnie wychowuje dwuletniego synka Wojtka. Przed urodzeniem dziecka pracowała w ubezpieczeniach, ale na macierzyńskim zaczęła dorabiać, tworząc kontent, czyli treści na różne tematy, które miały zapełniać strony internetowe.

– Będąc w domu z małym, wymyśliłam, że skoro polszczyzna nie jest dla mnie problemem, to zacznę pisać – opowiada. Myśl przekuła w czyn i raz dwa zarejestrowała się na jednym z portali dla freelancerów.

– Ceny oscylowały wokół 3 zł za tysiąc znaków i wciąż trudno było takie zlecenie dostać. Schodziłam nawet do 2,5 zł, myśląc, że jak natrzaskam tekstów, to w ogólnym rozrachunku będzie nieźle – opowiada.

Nie było. Pisała teksty o przepisach BHP czy raku szyjki macicy, rzeczy, które wymagały specjalistycznej wiedzy. – Siedziałam więc nad materiałem cztery godziny, z czego trzy zajmowało mi zgłębienie tematu, i za tę pracę dostawałam 5 zł. Myślałam OK, to są początki, muszą mnie poznać, zdobędę zaufanie, dostanę lepsze zlecenia, przygotuję sobie portfolio. Nic z tego. Gdy próbowałam negocjować stawki, kontakt się urywał. Wychodziło na to, że za godziny ślęczenia przed komputerem dostawałam 50-60 zł miesięcznie – podlicza Paulina. Dodaje, że niektóre jej teksty napisane nawet trzy lata temu do dziś pojawiają się na różnych portalach, z dowolną datą i zaznaczeniem, że autorem jest np. firma specjalizująca się w medycynie pracy.

Wnioski
– Można się przed tym wyzyskiem bronić? – pytam moich rozmówców. Każdy ma jakąś odpowiedź.

Marta, tłumaczka odpowiada – Z mojej lekcji wyniosłam kilka wniosków: nie można poddawać się presji czasu, stawki trzeba ustalić na początku i trzymać się ich, nawet jeśli osoba po drugiej stronie jest bardzo miła i bardzo prosi albo podkreśla, że ma prawo odmówić przyjęcia zlecenia, czyli w ogóle nam nie zapłacić.

Paulina, biegaczka – Piszę już tylko za stawki, które sama określę i tylko o sporcie. I mam zlecenia. Choć portfolio, na którym mi tak wcześniej zależało, nigdy nie powstało. Nie miałam czasu.

Tomasz, trener przekonuje, że mimo wszystko opłaca mu się być elastycznym i mieć dobre serce dla klienta, który czasem do ustalonej już usługi dorzuca kolejne zadania, nie zwiększając płacy trenerowi. – Jeśli mieści się to w moich warunkach brzegowych, to OK, mogę się podjąć tego zadania. Oczywiście mógłbym się postawić i twardo negocjować warunki, ale wierzę w relacje długofalowe, w to, że jeśli się postaram, to klient do mnie wróci. I tak też się dzieje.

Ceń się, człowieku
– Kiedy zaczyna się pracę jako freelancer, myśli się, że warto pójść potencjalnemu klientowi na rękę, zgodzić się na jego warunki, które często są niższe niż nasze oczekiwania. Chcemy być konkurencyjni, a przede wszystkim chcemy złapać klienta – mówi Anita Demianowicz, podróżniczka, która napisała niedawno o urokach bycia freelancerem. Zaznacza, że takie podejście to droga donikąd, bo obniżając stawki albo godząc się na kuriozalne warunki, freelancerzy psują rynek sobie i innym. – Wiadomo, że firmy starają się jak najmniej zapłacić. Oczywiście w niektórych miejscach warunki są nienegocjowalne i wtedy zastanawiam się, czy ta oferta jest warta mojej pracy. Jeśli nie, odmawiam. Zastanawiam się czasami, czy nie popełniam błędu, bo przecież wiem, że jeśli nie ja, to znajdzie się ktoś inny. Wychodzę jednak z założenia, że należy się cenić, bo jeśli ja sama nie będę cenić siebie i swojej pracy, to nikt inny też nie będzie – podkreśla Demianowicz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.