Korporacja jak folwark?

FolwarkO korporacjach napisano już wiele. Także i my na tym blogu nieraz poruszaliśmy ten temat. Zdawało by się, że już nic nowego powiedzieć się nie da, ale jednak gdy przeczytałem ostatnio wywiad z trzema psychologami, kilka ich myśli i porównań wydawało się warte przytoczenia i skomentowania.

Pełna wersja wywiadu znajduje się tutaj:

http://wyborcza.pl/magazyn/1,148049,18851628,nie-daj-sie-korpofolwarkowi.html

Najciekawsze elementy tego wywiadu, w części całkiem klasyczne i padające w prawie każdym wyważonej i profesjonalnej wypowiedzi fachowca na temat korporacji, ale w części także mniej oczywiste byłyby takie:

  • GoogleŻadna korporacja nie jest toksyczna ze swej natury. Ma swoje cechy, plusy i minusy. Obok wad i zagrożeń, o których pisze się często, korporacja z racji swej wielkości i rozmachu oferuje unikalne możliwości jakich nie znajdziesz gdzie indziej
    Z jednej strony więc, korporacje przyciągają możliwościami, zarówno projektów, podróży, wyzwań, jak i kariery osobistej. Tak więc, choć nikt nie zmusza nikogo do pracy w korporacji, pod ich drzwiami tworzą się kolejki chętnych. Na przykład, znana na całym świecie korporacja Google – często się mówi o zagrożeniach związanych z jej produktami, m.in. utraty prywatności ale… od kilka lat w rankingach uznawana jest za najbardziej przyjazną dla pracowników
  • Z pojęciem korporacji ściśle związana jest kwestia hierarchii. Jeden z rozmówców – dość oryginalnie – twierdzi, że korporacja to nic nowego bo jej pierwowzorem był choćby Kościół ze swoją strukturą piramidy
    Nie sięgając po tak skrajne przykłady, niejeden przyrównywał korporacje do „królewskiego dworu” (np. Ryszard Kapuściński w książce „Cesarz”) lub struktury środowisk mundurowych (armia, policja).
  • władzaPowyżej pewnego poziomu stanowisk korporacje dają dostęp do wielkich pieniędzy i wielkiej władzy – a to dwie potężne namiętności
    Nie dotyczy to pewnie większości korpo-pracowników, ale zwraca uwagę na istotne mechanizmy, dzięki którym korporacjom łatwo jest uwodzić tych, których charakter jest na to podatny. A przecież mówi się też „all power corrupts” (ang. władza deprawuje, korumpuje), rozumiane tu nie w sensie dosłownym, jako łamanie prawa, ale raczej jako „władza zmienia każdego” i to niekoniecznie na lepsze.
  • Korporacja oddziaływuje szczególnie na tych, którzy mają umiejscowiony na zewnątrz tzw. „ośrodek kontroli”
    Ludzie – w dużym uproszczeniu – dzielą się na tych, co uważają, że to siły zewnętrzne przede wszystkim wpływają na ich życie i decyzje oraz tych, co sądzą, że to oni sami sa „kowalami swojego losu”. W tym pierwszym przypadku ryzyko zniewolenia, przegięcia, frustracji jest znacznie większe niż u tych, co uważają że to przede wszystkim oni sami trzymają w ręku stery swojego życia. Dodatkowo, posiadanie większego życiowego doświadczenia i związany z tym pewien dystans do życia i otoczenia sprawia, że jesteś odporniejszy na zagrożenia związane z pracą w korporacji. Tak więc, szczególnie na baczności powinni się mieć ci młodsi, mniej doświadczeni.
  • PracaW etosie pracy typowym dla protestantyzmu, pracowitość i przedsiębiorczość mogła dać człowiekowi zbawienie, a w katolicyzmie – przynajmniej w warstwie deklaratywnej – tylko ubóstwo i skromne życie
    Pomijając w tym miejscu kwestie istnienia ewentualnej hipokryzji w tych stwierdzeniach o ubóstwie, rozmówcy wskazują, że relatywnie (historycznie) świeże w Europie Wschodniej zagadnienia przedsiębiorczości na wielką skalę (przekraczającą tytułowy folwark) niesie dla nas, w Polsce, może i większe zagrożenia, gdyż nasze doświadczenia korporacyjne są w Polsce krótsze, a więc i odporność nie ukształtowała się tak, jak na Zachodzie.
  • Naiwna jest wiara, że jeśli odejdziemy od korporacji czy innego „wrogiego” środowiska i zanurzymy się w świat bliskich relacji, to znikną wszelkie problemy
    tu nawiązanie jest do modnych ostatnio opowieści o tych, co mieli odwagę rzucić „korpo-świat” i oddać się rolnictwu czy lepieniu garnków. Autorzy, zawodowi psychologowie, zwracają uwagę na głębokie uproszczenia i chwilami pewną naiwność życiową, utopijność takich obrazków. Choć w konkretnych, jednostkowych przypadkach, osoby mogą osiągnąć swój cel, niebezpiecznym jest myśleć, że to jest takie proste, łatwe i uniwersalne.

 

Podsumowując więc: korporacje nie gryzą! Są jedną z form dzisiejszego życia zawodowego, na pewno nie idealną, pewnie z wieloma miejscami „do poprawy”, ale nie warto z nich robić „chłopców do bicia”. Lepiej nie patrzeć na nie w kategoriach czarno-białego obrazka.

 

Nie daj się korpofolwarkowi

Dorota Wodecka

Jeśli w codziennym życiu nie potrafimy być dobrzy, pozostaje nam tłumienie emocji lub ich wybuch. Słowem – nerwica lub kurwica. Z Adamem Aduszkiewiczem, Zofią Milską-Wrzosińską i Jackiem Santorskim rozmawia Dorota Wodecka.

DOROTA WODECKA: Czy praca w korporacji czyni z nas nieszczęśników?

ADAM ADUSZKIEWICZ, coach: Zacznijmy od tego, że korporacje to nie żadne novum. Prawzorem wielkiej, ponadnarodowej korporacji z jej zaletami i wadami jest Kościół rzymskokatolicki. Przypomnijmy też firmę Fuggerów, która trzymała w garści europejskie finanse w XV i XVI wieku.

One pełnią niesłychanie ważną funkcję w organizacji życia w skali globalnej. To korporacje są w stanie kumulować zasoby w skali, która umożliwia rozwój nowych technologii, wielkie inwestycje itp. Ludzie, którzy w nich pracują, doświadczają presji związanej ze skalą. Dla wielu jest ona uciążliwa. Ale to również szansa. W wielkich organizacjach można robić wielkie rzeczy.
korporacje dają duże szanse i duże zagrożenia

ZOFIA MILSKA-WRZOSIŃSKA, superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie: Unikałabym ukrytego być może w pytaniu założenia, że korporacja jako środowisko pracy nieuchronnie działa toksycznie, czyli deprawuje, kieruje pracownika w stronę zła, cokolwiek przez to zło byśmy rozumieli – a w każdym razie go niszczy, prześladuje, demoralizuje i w ogóle poniewiera. W korporacjach różnie bywa, a skądinąd słyszę wiele opowieści, że ktoś czuje się niszczony w szkole, na uczelni, w klinice, w biznesie, również rodzinnym, w urzędzie.
inne środowiska w równie dobrym stopniu mogą być toksyczne

Wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z zarządzaniem hierarchicznym?

Z.M.W.: Niekoniecznie. Hierarchia to tylko jedna z możliwych udręk w środowisku pracy. „Piekło to inni” – powiedział Sartre, ja bym dodała, że zwłaszcza dla niektórych z nas. Jeśli ktoś ma wewnętrzną dyspozycję do przeżywania świata innych ludzi – szefów, kolegów, podwładnych – jako opresji, czyli jeśli ma potencjał do bycia zatrutym i sponiewieranym, to będzie tak się czuł w dowolnym miejscu. Gdziekolwiek by pracował, w korporacji, w warzywniaku czy w muzeum – będzie się czuł zaszczuty i prześladowany, a przynajmniej niedoceniony.

A.A.: Korporacja z uwagi na wielką skalę stawia ludziom szczególne wyzwania. Od pewnego poziomu daje dostęp do wielkich pieniędzy, wielkiej władzy, wielkiego wpływu na życie ludzi w skali miast, regionów i państw. Władza i pieniądze to potężne namiętności, w warunkach korporacyjnych mogą się okazać niesłychanie toksyczne.
od pewnego poziomu są dostępne: władza i pieniądze czyli potężne namiętności

Korporacja to duża presja wielkiej organizacji z jej procedurami, rygorami, wewnętrzną polityką, wyzwania, ale też unikalne szanse. Wyobraźmy sobie jedną z wielkich firm konsultingowych, ikonę światowego biznesu, wspaniałe biuro w centrum Warszawy. Pamiętam rozmowę z grupą świeżo przyjętych młodych ludzi, którzy skończyli SGH i mieli poczucie, że są najmądrzejsi, najwybitniejsi, a to, że się do tej pracy dostali, utwierdzało ich w tym przekonaniu. I nagle się okazało, że ktoś ich prosi, by skserowali jakieś papiery, bo to jedyne, co potrafią.
skala korporacji wymaga procedur, rygorów, ale tez oferuje unikalne szanse, możliwości

Upokarzające?

A.A.: Wszyscy czuli się tak, jakby ich ktoś w pysk strzelił. Jedni byli sfrustrowani. Inni zrozumieli, że faktycznie – w porównaniu z wiedzą zgromadzoną przez dziesięciolecia w firmie, do której dołączyli, ich wiadomości są na poziomie obsługi kopiarki. I że warto zapłacić to frycowe, bo za chwilę uzyskają dostęp do unikalnego doświadczenia. Zyskają kapitał, który będzie przepustką do kariery, jaką zechcą sobie zaplanować.

JACEK SANTORSKI, psycholog biznesu, twórca Akademii Psychologii Przywództwa: Wielkie korporacje zorganizowane w większości w dużych miastach są czasem jedyną szansą i możliwością dla młodych i trochę starszych ludzi z bardzo małych miejscowości, którzy stali się ofiarami traumy transformacji. Bywały takie ośrodki, w których jedyny pracodawca przestawał z dnia na dzień istnieć. I wyjazd do pracy do korporacji w Poznaniu czy w Warszawie albo do centrów outsourcingowych wokół Wrocławia i Krakowa był i jest dla setek tysięcy ludzi z tzw. prowincji jedyną szansą na zatrudnienie. I jakkolwiek na to patrzeć, korporacje są miejscem spełnienia, samorealizacji, zaspokojenia stałych potrzeb

Znajomi klną na korpo. Jedni na tysiące zebrań, inni na chamowatych szefów albo na narrację: „Tylko dzięki mojemu wielkiemu zaangażowaniu, determinacji i konsekwencji udało mi się pozyskać klienta”.

Z.M.W.: Znam ludzi z korporacji i rzeczywiście – czasem klną, ale dostrzegają też mocne strony . Mówią: „Jak się trafi korpomenda, to masz przesrane”. Gdy dociekam, kto zacz ta korpomenda, okazuje się, że to osoba, która identyfikuje się przede wszystkim z powierzchownymi, zewnętrznymi regułami korporacji, i jak jej mówisz, że krzesło ci się rozpada, to odpowie: „Proszę się zwrócić drogą służbową do głównego specjalisty z działu F3. Ja ze swojej strony powiadamiam, że dostawa nowych mebli przewidziana jest na 23 listopada bieżącego roku”.

Powszechnie narzeka się na rozproszenie odpowiedzialności – to zjawisko było skądinąd przebadane już w latach 70., ale rozkwitło właśnie w korporacjach. Sprowadza się do tego, że odpowiedzialni są wszyscy – a jeśli wszyscy, to nikt. Dlatego załatwienie czegokolwiek robi się bardzo trudne. Z drugiej strony korporacja to dużo ludzi, czyli możliwość rozbudowania kontaktów interpersonalnych. No i przede wszystkim korpo to wielka matka – nie zniknie z dnia na dzień, jest i daje oparcie.

J.S.: Korporacje, które powstawały w USA, Japonii i Skandynawii w latach 20., 30., bardzo często odwoływały się do narracji motywującej i integrującej pracowników, opartej na celach wyższych niż tylko zysk. Patrząc na ówczesne uroczystości zaprzysiężenia do pracy, celebrowane z pocztem sztandarowym i innymi symbolami budującymi tożsamość firmy, mielibyśmy poczucie ekstremalnej groteski. Niemniej ta groteska dopiero dzisiaj daje się we znaki, bo wtedy celebry były autentyczne. Przez kilka dekad i pokoleń szefowie pierwszych korporacji kierowali się misją, łącząc ją z zyskiem. Z czasem, w sposób sprytny i przewrotny, chciwi przedsiębiorcy i menedżerowie zorientowali się, że odwoływanie się do misji, wartości, symboli i wspólnotowych doświadczeń jest dobrym sposobem uwiedzenia ludzi do realizacji celów stricte biznesowych. Ten sposób zarządzania doprowadził do jednej z najbardziej subtelnych patologii, a mianowicie tego, że frazeologia integracji, współpracy, uskrzydlenia zespołu i pozytywnej rywalizacji w rzeczywistości wikła ludzi w grę.

Jeden z dyrektorów znanej stacji telewizyjnej z dumą opowiadał, że od 25 lat motywuje ludzi do pracy metodą kolca w dupie. Dobiera w zespoły osoby, które się nie trawią. I kiedy jadą w delegację, wzajemnie się pilnują, a raporty, kto co źle zrobił, nadchodzą co dwie godziny. Nie trzeba mieć wcale kontrolingu. Czyli z jednej strony emblematy, wizje, misje i wartości, narracja teamworku, jak to się pięknie mówi, a na co dzień stawianie ludzi w sytuacji, w której są skłaniani wręcz do zaszczuwania się.

Ale nie każdy w taką sytuację wchodzi.

Z.M.W.: Nawet w znanych eksperymentach Milgrama i Zimbardo nie wszyscy uczestnicy razili innych prądem w dawce groźnej dla życia albo wchodzili w rolę sadystycznego strażnika więziennego. Niektórzy opierają się presji idącej z góry, inni jej całkowicie ulegają, a nawet realizują ją przesadnie. Jest wiele odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Na przykład jest takie stare, a wciąż przydatne pojęcie „umiejscowienia poczucia kontroli”, czyli czy postrzegamy to, co się w naszym życiu dzieje, jako zależne tylko od czynników zewnętrznych, czy też przede wszystkim od nas. Ktoś może sądzić, że nie ma żadnego wpływu na to, co się dzieje w jego miejscu pracy, albo mimo wszystko dostrzegać możliwości działania. W tym pierwszym przypadku będzie się oczywiście czuł coraz gorzej. Ponadto niektórzy z nas widzą świat jako ściśle zhierarchizowany i ustawicznie porównują swoją pozycję z innymi – można być tylko topdogiem albo underdogiem i trzeba zrobić wszystko, by być wyżej, bo jak jesteś niżej, to cię zagryzą. Chodzi o to, że takie przeświadczenia działają jak samospełniające się przepowiednie. Jak ktoś wierzy, że człowiek człowiekowi wilkiem, to działając zgodnie z tym przesłaniem, rzeczywiście wzbudzi w innych wilczą naturę.
jeśli masz naturę dopatrywania się wszędzie kontroli zewnętrznej nad sobą, to w korporacji będziesz czuł wielką presję

A.A.: Cele wielkiej organizacji, sposób, w jaki opisuje ona świat poprzez swoje wskaźniki efektywności, tworzą wielką szklaną kulę. Można zapomnieć, że poza nią jest realny świat, prawdziwi ludzie i że decyzje podejmowane w wewnątrz kuli będą miały wpływ na ich życie.

Z.M.W.: Dodałabym, że podatność na wkręcanie się w tryby korporacji zależy też od przeżywania swojej roli tam, a to ma pewien związek z wiekiem. W Laboratorium Psychoedukacji mamy wielu pacjentów zatrudnionych na wysokich stanowiskach. I jeśli są np. koło trzydziestki, to umówienie się z nimi na konkretny termin bywa trudne. Oni nie mogą się zobowiązać, że będą przychodzić na terapię we wtorki o 17, bo jak mi wyjaśnił jeden pan: „Życie prezesa polega na tym, że nie wie, co w jego życiu stanie się we wtorek o 17”, czego z kolei ja jego zdaniem na pewno nie mogę zrozumieć, bo nigdy nie pełniłam tak odpowiedzialnych funkcji, tylko sobie przyjmowałam pacjentów w gabineciku.

J.S.: Nie wiedział, że jesteś od 30 lat szefową miejsca, w którym on właśnie przebywa?

Z.M.W.: Widział mnie pierwszy raz na oczy, a ja nie miałam powodu, by polemizować z jego wizją. Ale chcę zwrócić uwagę, że ten młody człowiek tak bardzo podkreślał swoją wyjątkowość i ważną funkcję, jaką pełni w korporacji, jakby jego wartość określała się przez tę funkcję.

Natomiast jeżeli w analogicznej sytuacji trafiamy na człowieka bliżej pięćdziesiątki na podobnie wysokim stanowisku, to on, owszem, informuje o kilku ograniczeniach związanych np. z planowanymi wyjazdami czy odbieraniem dziecka ze szkoły, ale prosi, by poza tym dysponować jego czasem. Widać, że jest już spełniony i nie musi się podbudowywać pozycją w hierarchii. Zapewne też inaczej w tej swojej korpo funkcjonuje i inaczej się w niej czuje. Nie wykluczam, że ten 30-latek za 20 lat też do tego punktu dojdzie, chyba że ma trwałe dyspozycje osobowościowe do szukania bezpieczeństwa wewnętrznego przez budowanie sztucznej zewnętrznej fasady. Przepraszam za żargon, ale próbuję wyrazić to zwięźle. Chodzi o to, że niektórzy muszą budować sobie sztuczne „ja”, bo wydaje im się, że sami z siebie są za kiepscy, za słabi, zbyt bezbronni.
poczucie totalnego zaangażowania się w korporację jest dużo częstsze u młodszych ludzi

50-latek już nie musi się ścigać?

J.S.: Nabrał dystansu, widzi więcej możliwości.

Z.M.W.: I nie ma potrzeby kreowania się, sztukowania swojego „ja”. Nie musi pokazywać, że on jest kimś, bo on wie, że nim jest. Albo że w tych korporacyjnych kategoriach nie jest „kimś” i już nie będzie, za to spełnia się na innych polach.

A.A.: Ale też lepiej rozumie to, w czym uczestniczy. Wie, że jest świat korporacji i świat poza korporacją. Pewnie napięcie związane z funkcjonowaniem pomiędzy tymi dwoma światami jest dla niego tak duże, że trafił do pani Zofii.

To funkcjonowanie pomiędzy tymi dwoma światami niesie również ryzyko „moralne”. Potężne organizacje wymagają dyscypliny i podporządkowania się, poczynając od dress code’u, a skończywszy na podejmowanych decyzjach. To stresujące i męczące, tym bardziej dla kogoś, kto nie zna „celów korporacji i jej kierowniczych idei”, nie rozumie ich albo nie zgadza się z nimi. Gubi, męczy, czuje się upokorzony i prędzej czy później uważa, że wszystko to lipa. I myśli o tym, żeby albo z tego uciec, jak z więzienia, albo żeby coś wyrwać dla siebie. Mówi sobie: „Chciwość jest dobra”. I zaczyna cyniczną grę, która może się okazać niebezpieczna dla korporacji i na pewno niebezpieczna dla niego samego.
znów motyw procedur, regulaminów, skali

Dlaczego?

A.A.: Bo jego życie zaczyna się organizować wokół przekonania, że wszystkie te opowieści o misjach, zasadach etycznych, rzetelności wobec klienta itp. to tylko frazes, który ma pomóc w realizowaniu jedynego rzeczywistego celu, jakim jest łapczywe napychanie własnych kieszeni.

J.S.: Wiele problemów, o których mówimy, jest związanych z tym, że w ciągu kilkuset lat na zachód od Łaby rozwijały się handel, miasta i korporacje, a na wschód – tylko folwarki, które miały te miasta wykarmić. Dodatkowo na protestanckim Zachodzie na zbawienie można było zasłużyć pracowitością i przedsiębiorczością, a na Wschodzie katolicyzm nakazywał w milczeniu nieść swój krzyż i wiernie trwać.

Pan powiada, że tkwimy w tym folwarku.

J.S.: Bo celem folwarku jest nie tyle wytwarzanie produktu czy usług, ile przede wszystkim trwanie. Tymczasem celem przedsiębiorstwa kapitalistycznego jest zysk i wzrost wartości samej organizacji. Folwarczność osłabia ten drugi cel, ponieważ władza spoczywa zwykle w rękach jednej osoby. Kiedyś właściciela ziemskiego, potem lidera z nadania politycznego, właściciela firmy lub menedżera, od którego nastroju zależy, co się stanie z firmą i z jej pracownikami. Jak kapryśny pan lub pani ma dobry humor, to pochwali. Jeśli jest wściekły, to zgani albo i wyrzuci z pracy.

W konsekwencji pracownicy tracą swoją kreatywność i inteligencję, bo zajmuje ich wychwytywanie nastrojów pana. Tworzy się dwór, a w opozycji do niego małe sojusze czy nepotyczne struktury, których członkowie pozostają we wrogości do całej organizacji.

Szczęśliwie z badań, które prowadziłem na zasobach Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, wynika, że ponad połowa właścicieli małych i średnich firm dostrzega, że stosowane przez nich metody zarządzania nie przystają do obecnych czasów. I chcieliby je zmienić.

Czym jest uczciwość w korporelacjach?

Z.M.W.: To miałaby być jakaś inna, specjalna, uczciwość niż w ogóle? Nie robiłabym takich rozróżnień, bo to demonizuje świat korporacji. Uczciwość w życiu polega np. na tym, by oddać pożyczoną książkę, a w korporacji – by przypomnieć podwykonawcy o wystawieniu faktury, a nie zacierać ręce w nadziei, że może zapomniał.

A.A.: Uczciwe korporacje wnoszą na rynek jakieś dobra, usługi, towary, za które klienci gotowi są zapłacić. I to jest fair. Nie jest fair, gdy ktoś wmawia, wykorzystując machinę marketingową, potrzeby i produkty, które nie mają wartości. Z grubsza na tym polegał problem z produktami finansowymi obarczonymi potężnym ryzykiem.
to dość kontrowersyjne stwierdzenie, że uczciwość może być cechą korporacji, a nie np. kanału sprzedaży lub konkretnych ludzi. Gdybyśmy to przenieśli np. na sektor finansowy, w których zdarzały się liczne nadużycia, tak na wysokim jak i na niskim szczeblu, to czy to miałoby prowadzić do stwierdzenia, że bank X czy Y jest „nieuczciwy jako korporcja”?

J.S.: W uczciwym zarządzaniu dużo mniej mówi się o misji, wizji i wartościach, a więcej o celach i kryteriach. Jest nim zapraszanie pracowników do design thinking, czyli do projektowania twórczych rozwiązań, a nie zmuszanie ich do rywalizacji i walki.

Wydaje się proste.

J.S.: Jednak Polacy są przyzwyczajeni do zachowań folwarcznych. I nawet jeżeli pojawia się lider, który chce wprowadzić nowe reguły oparte na prawdzie i uczciwości, to ludzie podświadomie wolą grać dalej w swoje gry w ramach dotychczasowych zmów. Patologia folwarku czy korporacji nie polega na tym, że oto mamy psychopatycznego szefa, tylko że istnieje niepisane przyzwolenie na pewnego rodzaju zachowania. Psychoanalityk Wilfred Bion zauważył, że zachowania i styl działania lidera nie wynikają z jego charakteru czy decyzji, tylko że grupa, zasysając go, decyduje, czy on będzie sadystą, czy konformistą. Ludzie ludziom gotują ten los.

Błędne koło?

J.S.: Niekoniecznie, bo z jakichś powodów pierwszy raz w powojennym 70-leciu mamy pokolenie, któremu nie wygasają detektory ściemy, czyli zdolność do rozpoznawania niespójności komunikatów i zachowań innych ludzi. Wszyscy je posiadamy, ale z jakichś powodów rozwojowych one w nas wygasają albo przestajemy umieć ich słuchać, co nie dotyczy schizofreników.

I jeśli przed millennialsami stanie prezes, który jest panem w moim wieku, z zegarkiem większym niż niezbędny, z wdechem większym niż konieczny i zapowie, że nie będzie tolerował tego, tego i tego, bo przeczytał, że tak wygląda exposé szefowskie, to część ludzi będzie siedzieć cicho i patrzeć z pomieszaniem miłości i strachu, a wykształcony dwudziestoparolatek zapyta, kim jest ten zabawny, starszy pan. Okazuje się, że zadekretowana władza oparta na kilku makiawelistycznych manewrach i tym, że płacę i wymagam, przestaje działać na millennialsów.

Z.M.W.: Podzielam zdanie Jacka, że to jest wyjątkowe pokolenie, natomiast mam pewien kłopot z tymi detektorami ściemy. To jest oczywiście przydatne wyposażenie psychologiczne, ale wiąże się z przeżywaniem świata w sposób cokolwiek paranoidalny i narcystyczny. Paranoidalnie, bo ktoś na mnie czyha, chce mnie sfrajerować czy, jak się kiedyś mówiło, zrobić w konia, a ja muszę być czujny. Narcystycznie, bo grozi mi ośmieszenie, wyjście na naiwnego, a to już najgorsze, co może się zdarzyć, bo przecież w dzisiejszych czasach to zostaje na zawsze. W rezultacie millennialsi bywają nadmiernie podejrzliwi i zdystansowani, również wobec siebie. Ich autoironia utrudnia im zaangażowanie się, a w każdym razie ujawnianie tego. Mają bardzo dużo lęku przed tym, żeby się czymkolwiek przejąć, bo mogą się okazać naiwni i żałośni. Bardzo pilnują swoich słów, kontrolują się, żeby nie wzbudzać podejrzeń, że w coś przesadnie uwierzyli. No i jeszcze jedno – boją się zaufać czy powierzyć autorytetowi, ale jeśli tym autorytetem jest pozornie obiektywny przekaz medialny, często wierzą w niego dość naiwnie i bezkrytycznie.

A.A.: Oni mają w sobie dużo ostrożności wobec kompromisu. Wiedzą, że kompromis jest groźny, bo ceną, jaką trzeba zapłacić, jest poczucie osobistego upodlenia. A kiedy ja postrzegam siebie jako gorszego i czuję swoją degradację, to mam o to pretensję do wszystkich wokół.

J.S.: Dlatego ci, którzy w komunie kolaborowali z systemem, tak strasznie cierpieli.

A.A.: Do dzisiaj pamiętam pokazywane przez ówczesną telewizję wywiady z ludźmi, którzy tłumaczyli swoją decyzję o wyjeździe z Polski. I gdy się wsłuchać w ich wyjaśnienia, to oni nie uciekali od złych warunków życia, bo często nie ci, którym było najgorzej, wyjeżdżali, tylko od poczucia degradującego kompromisu, o który ma się potem pretensje do samego siebie i do całego otoczenia.

Z.M.W.: Myślę, że tym wstydem z powodu kompromisu czy niedostatecznej odwagi własnej albo rodziców da się wytłumaczyć część prokuratorskiej zaciekłości dzisiejszych oskarżycieli. Jak nie możemy znieść tego, że inni byli dzielniejsi, mądrzejsi – choć nieuchronnie popełnili pewne błędy – to ich zawistnie zniszczmy.

J.S.: Milion młodych Polaków planuje emigrację w ciągu najbliższych dwóch lat, i to nie w poszukiwaniu pracy i płacy. Chcą doświadczać szacunku. Jako realiści godzą się, że będą eksploatowani, ale chcą widzieć rezultaty swojej pracy i perspektywy rozwoju. I abstrahując od socjalu, chcą pracować w zespołach i w drużynach, a nie w silosach i makiawelistycznie zarządzanych parach na zasadzie kolca w dupie.

Bohater filmu „Król życia” rzuca pracę w korpo i staje się szczęśliwym facetem. Dodam, że tej decyzji towarzyszy uszkodzenie płatów czołowych mózgu. To, co robi w nowym życiu, wydaje się naiwnie proste. Ma w nim uważność dla rodziców, przyjaciół, żony i dziecka.

Z.M.W: Rzeczywiście, naiwna jest wiara, że jeżeli odejdziemy od unieszczęśliwiającej nas korporacji czy innego „wrogiego” środowiska i zanurzymy się w świat bliskich relacji, na przykład wrócimy do naszych rodzinnych korzeni, to znikną wszelkie problemy. Bliskie relacje z rodziną, z której się wywodzimy, czasami są po prostu niemożliwe, bo zbyt wiele trudnych rzeczy tam się stało albo rodzice wcale nie zamierzają odpowiedzieć na naszą chęć zbliżenia. Również wizja pełnej emocjonalnej autentyczności, kontaktu z „prawdziwymi” uczuciami jest oparta na wierze w istniejące w każdym dobro. To prawda, w każdym jest coś wartościowego i dobrego, ale w większości z nas – z wyjątkiem świętych – jeszcze wiele innych rzeczy, niekoniecznie szlachetnych. Nadzieja, że jeżeli sięgniemy do rdzenia naszej psychiki, to rozleje się wszechogarniająca błogość jest tak samo naiwna i upraszczająca, jak widzenie korporacji jako świata demonicznego, nastawionego wyłącznie na eksploatację.

Sztuka, a szczególnie literatura dziecięca i młodzieżowa – Makuszyński na przykład czy Eleanor Porter w postaci Pollyanny, ale też Dickens w „Opowieści wigilijnej” – często używa metafory wstrząsu, który powoduje głęboką zmianę bohatera. Oschły bogacz – dzisiejszy korporacjonista – pod wpływem słodkiego dziecięcego wdzięku, ewentualnie przestraszony wizją własnego opuszczenia na starość, otwiera serce i zmienia życie, co współcześnie mogłoby oznaczać, że przeznacza majątek na hospicja, przenosi się na wieś i żyje z uprawy leczniczych konopi. We współczesnej literaturze też mamy nawróconych na „czyste serce” ludzi prostackiego sukcesu – bohaterów „Układu” Kazana i „Terapii” Lodge’a. Mamy potrzebę takiej metafory.

J.S.: Metafory wyrażającej tęsknotę.

Za dobrem?

Z.M.W.: To jest pytanie do filozofa. Każdy psychoterapeuta wiele miał do czynienia z dobrem jako psychologiczną formacją obronną, uzasadniającą działania autodestrukcyjne. Sądzę, że nie chodzi o tęsknotę za dobrem, tylko o ucieczkę do świata bez konfliktów i konieczności trudnych wyborów, czyli do czegoś niemożliwego.

A.A.: Myślę, że na użytek naszej dyskusji możemy powiedzieć, iż istotną wartością jest życie własnym życiem, poczucie jego autentyzmu, pewnej spójności. Funkcjonowanie w wielkich organizacjach może z tego punktu widzenia być bardzo trudne. Stąd eksploatowany do bólu przez kolorowe czasopisma mit ucieczki z korpo na wieś, do kóz. Może być tak, że pod wpływem jakiegoś niespodziewanego zdarzenia ktoś odkryje, że życie, jakie toczy się w biurowcu, to nie jest cały świat i że warto znaleźć, zdobyć, zorganizować przestrzeń na inne sprawy: rodzinę, przyjaciół, sport. Może faktycznie ktoś tkwi w paskudnym miejscu i powinien z niego odejść?

Mam wrażenie, że w potocznym przekazie tęsknota, o której pani mówi, jest infantylizowana. W rzeczywistym życiu, w pracy albo poprzez pracę, także w korporacjach, ludzie realizują ważne życiowe cele i czerpią z tego satysfakcję. Jeśli tracą równowagę, bo siła przyciągania – czy raczej wciągania – wielkiej korporacji okazała się zbyt duża, wtedy potrzebna jest jakaś interwencja coachingowa czy terapeutyczna. Ale to nie to samo co ucieczka do świata z bajki.

J.S.: Spróbuję spojrzeć na to dobro z mojego punktu widzenia. Można w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że działamy w świecie z dwóch poziomów, z poziomu automatyzmów i z poziomu rzeczywistych lub iluzyjnych wyborów. Doświadczenie podpowiada mi, że nasze człowieczeństwo jest zawarte w przestrzeni między „reaction” a „response”. Na poziomie reakcji jesteśmy zwierzętami społecznymi, ale nasza odpowiedź na bodziec może być twórcza. Tylko żeby jej dokonać, musimy rozpatrzyć opcje działania, przypomnieć sobie wartości, w imię których działamy, i cele, jakie zamierzamy realizować, i dopiero po tej analizie dokonać odpowiedzi.

Nasze życie nie składa się z heroicznych aktów, tylko z drobnych wyborów podejmowanych każdego dnia dziesiątki razy. I ważenie między „responsibility” i „reacting” jest po prostu refleksją albo zdolnością do bycia dobrym.

Używając bardziej obrazowego porównania: zamianę reakcji w odpowiedź można traktować jak przełożenie zwrotnicy.

A jeśli nie potrafimy jej przełożyć?

J.S.: To pozostaje nam tłumienie emocji lub ich wybuch. Słowem – nerwica lub kurwica.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.