Polskie start-up’y – kilka inspirujących polskich przykładów, tym razem w wykonaniu kobiet

Napisali w prasie

NewspaperW świątecznym numerze tygodnika „Polityka” interesujący artykuł Adama Grzeszaka pt. „Szycie jest piękne” nt. polskich start-up’ów. W środku kilka inspirujących przykładów udanych przedsięwzięć, tym razem w większości prowadzonych przez kobiety, co dodaje atrakcyjności opisom. Większość polskich przedsiębiorców stanowią mężczyźni, a w dziedzinie start-up’ów, tradycyjnie (choć niesłusznie) kojarzonych z zaawansowanymi technologiami, udział płci pięknej jest równie mniejszościowy jak procent studentek na politechnikach. Jednak nie tym razem. W artykule pokazano firmy, wymyślone i stworzone rękoma kobiet.

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/1602825,1,firmy-typu-start-up-robia-furore.read

Artykuł z dopiskami
DopisekLink do artykułu w wersji oryginalnej podałem wyżej, ale tym razem zdecydowałem się w blogu przytoczyć tekst artykułu w całości, a moje komentarze dopisywać w jego środku – mając nadzieję, że będzie to bardziej wygodne dla Czytelnika. Moje dopiski mówią w większości same za siebie. Dodam więc tylko krótkie podsumowanie.

Warto zapamiętać:

  • Na pomysł biznesu można wpaść w różny sposób – jeden z typowych to sytuacja, w rememberktórej szukasz jakiegoś towaru lub usługi i jej nie znajdujesz. Następnym krokiem jest bardziej staranne zbadanie istniejącej oferty rynkowej, a z drugiej strony oszacowanie potencjalnej skali popytu.
  • Nie musisz wszystkiego zrobić sam. Jedną z możliwości jest wchodzenie w przedsięwzięcie ze wspólnikiem – jeśli tak, to wspólnik powinien posiadać umiejętności komplementarne do Twoich (nie takie same jakie masz Ty sam/sama).
  • W procesie tworzenia biznesu porażki nie są katastrofą ale raczej etapem, którego często nie da się uniknąć. Porażki, choć bolesne, dają najwięcej do myślenia. Lepiej od początku brać pod uwagę, że pierwsza (lub pierwsze) próba mogą być nieudane.
  • Większość młodych przedsiębiorców w fazie początkowej minimalizuje ponoszone koszty i inwestuje własne środki lub pieniądze pożyczone (otrzymane) od rodziny. Jeśli otrzymują fundusze z banku, to w formie pożyczki, bo bank unika ryzyka jak ognia. Taka jest jego rola. A droga do pieniędzy od profesjonalnych inwestorów jest długa i niełatwa.

Tekst ARTYKUŁU Z POLITYKI, z dnia 16.12.2014 z dopiskami autora blogu

Rynek

Szycie jest piękne

Wiele prezentów, jakie w tym roku znajdziemy pod choinką, powstało dzięki start-upom – innowacyjnym firmom tworzonym przez najmłodsze pokolenie polskich przedsiębiorców.  Adam Grzeszak

 

Szumiś narodził się podczas jednej z bezsennych nocy, które Anna Skórzyńska spędzała, próbując uśpić swego niedawno urodzonego potomka. Współczesne mamy, korzystające z rad doktora Google, wiedzą, że w takich razach pomocna może być… suszarka do włosów. Jednostajny szum uspokaja i usypia dziecko, ponoć dlatego, że dźwięk urządzenia przypomina malcowi okres płodowy, bo tak szumiała krew płynąca w żyłach matki. To skuteczna, ale dość kłopotliwa metoda, a na dodatek kosztowna, bo suszarka żre energię i co chwila się przegrzewa. Trzeba ją było wyłączać, a wtedy dziecko budziło się i znów był problem. –

Zdesperowana zaczęłam szukać w internecie, czy nie ma urządzenia, które wydawałoby sam szum
– opowiada. Były na Allegro płyty z białym szumem (tak akustycy nazywają taki jednostajny dźwięk), ale małego prostego urządzenia nie było.

ETAP 1: Jedna z klasycznych sytuacji „wykrycia niszy rynkowej” – potrzebujesz sam czegoś, nie możesz znaleźć, szukasz jeszcze więcej – nadal nie możesz znaleźć… Bum, bum, bum – masz pomysł na nowy produkt.

I tak pewnej nocy odkryła lukę rynkową, która młodą mamę zamieniła w start-uperkę. Swoim pomysłem podzieliła się z przyjaciółką Zuzanną Sielicką-Kalczyńską, która zaproponowała, by stworzyć szumiące urządzenie, założyć firmę i zacząć jego produkcję. Do spółki wciągnęły siostrę Zuzi Julię, też młodą mamę mającą kłopot z usypianiem dzieci. Szybko doszłyśmy do wniosku, że to musi być coś uniwersalnego zabawka, która jednocześnie szumi. A jak szumi, to miś-Szumiś – tłumaczy Zuzanna.

ETAP 2: Koncepcja (specyfikacja) rozwiązania.

Szumiś jest misiem dziwnym, bo z tradycyjnej pluszakowej głowy, w której jest kieszeń na elektroniczne szumiące urządzenie, wyrastają od razu cztery łapy. To nie przez przeoczenie ani z obawy, że ktoś zapyta, czy miś ma majteczki. Projekt przygotowany przez młodą absolwentkę warszawskiej ASP był przedmiotem długich narad wspólniczek.Chodziło nam o to, by poza szumiącym urządzeniem była to wygodna w obsłudze zabawka, atrakcyjna także dla najmniejszych dzieci, a długie łapy z szeleszczącym wkładem świetnie się do tego nadają. Korpus tylko komplikował sprawę. W efekcie powstał taki „głowomiś” – tłumaczy Anna Skórzyńska.

ETAP 3: Konkretny projekt, z udziałem fachowca.

Szumiś w tym roku stał się choinkowym przebojem. Sypią się zamówienia i to nawet z zagranicy. Jedynym kanałem sprzedaży jest sklep internetowy, który dziewczyny same obsługują. Wysyłkę już jednak zlecają, bo nie dawały rady. Informacje o Szumisiu przekazują sobie mamy na sieciowych forach, pomocny okazał się też pełen zachwytów komentarz popularnej blogerki parentingowej (czyli rodzicielskiej). Miś gromadzi liczne lajki na Facebooku – to normalna droga kariery wielu start-upów, czyli małych firm rozkręcanych przez młodych, przedsiębiorczych Polaków.

ETAP 4: Sprzedaż, często kanałem internetowym, bo taniej. Marketing metodą „szeptaną” ale także przez blogi (czy wspomagany jakoś – o tym w artykule nie piszą).

Chiny? Dziękuję, nie

Nie każda firma zaczynająca działalność jest start-upem. Są nimi tylko te, które powstają z zamiarem podbicia świata nowym produktem, usługą, zastosowaniem nieznanego dotąd pomysłu biznesowego. Z reguły to firmy internetowe lub prowadzące działalność dzięki sieci. Nieliczni odnoszą sukces, ale ważny jest fun, poczucie bycia start-upowcem, nawet krótka nadzieja, że uda się powtórzyć sukces, może nie na skalę Zuckerberga, ale przynajmniej Tomasza Czechowicza, dziś głównego udziałowca funduszu MCI, jednego z najbogatszych Polaków i promotora polskich start-upowców.
Pojęcie start-up’u nie jest ścisłe – tu jest podawana jedna z  interpretacji tego wyrażenia

Jeśli pierwsze podejście nie wypali, zaczyna się drugie, a czasem trzecie i kolejne. Ważne są pomysły i wiara, że któryś przyniesie sukces. A każda próba to tysiące nowych biznesowych doświadczeń, którymi można się dzielić na imprezach sceny start-upowej. Start-upy to pokoleniowe doświadczenie, coś w rodzaju ruchów miejskich, tyle że w biznesie.
Zakładanie start-up’u wiąże się z ryzykiem. Porażka jest wpisana w ten proces. Porażki są źródłem nowych pomysłów i dalszych innowacji

Przygotowania do produkcji Szumisiów trwały 3,5 roku. Długo, bo dziewczyny musiały się nieustannie uczyć na błędach, a każda ma na głowie dom, dzieci, rodzinę, a także pracę zawodową. Zostawały więc głównie noce i weekendy. To typowy los młodego polskiego inteligenta start-upowca, który nie ma dużych pieniędzy na rozruch, a szanse, że biznes zacznie zarabiać, są mgliste. Na razie w Szumisia wkładają własne pieniądze, starały się o unijne dofinansowanie, ale odpadły w kwalifikacjach, zabrakło im paru punktów. Z funduszami venture capital boją się wchodzić w interesy, a na finansowanie społecznościowe nie zdecydowały się, bo na portalach crowdfundingowych trzeba ujawnić szczegóły pomysłu. Mógłby go ktoś skopiować. Zuzanna wzięła więc kredyt na 100 tys. zł zabezpieczony hipoteką, bo bank, choć życzliwy, nie był skory do wykładnia pieniędzy na tak osobliwy pomysł.
Te 3,5 roku to nie jest przypadek. To wszystko musi trwać. I cały czas obawa, czy pomysł – bo sama koncepcja produktu jest prosta do skopiowania – nie zostanie podpatrzony. A przecież pomysłu NIE DA SIĘ opatentować.
No i kredyt – pod zastaw mieszkania. Trudna decyzja. Bank nie finansuje przedsięwzięć tego typu – bank musi pożyczać bezpiecznie. A co do funduszy inwestycyjnych – właścicielki pomysłu  bały się procedur, pewnie także ujawniania szczegółów, również tego że nie zostaną w końcu zakwalifikowane. Zresztą fundusze „kuszą dostępnością pieniędzy” ale w praktyce rozmowy z nimi są trudne i długie. Kwalifikuje się pomysł 1 na 50? 1 na 200? (zależy od kraju i od funduszu).

Dziś mogłyby napisać podręcznik dla start-upowców. Na przykład: o szukaniu partnerów w Chinach. Bo kiedy wymyśliły, jak ich szumiąca zabawka ma działać i wyglądać, zaczęły poszukiwania wykonawców. I jak tysiące innych przedsiębiorców z całego świata, skierowały się w tej sprawie do Chińczyków. Okazało się, że to nie takie proste, a ceny wcale nie takie atrakcyjne. – Były problemy komunikacyjne, bo na nasze angielskojęzyczne listy dostawałyśmy odpowiedzi tłumaczone przez Google. Nie rozumiano, o co nam chodzi. Dlaczego urządzenie ma szumieć? Przecież lepiej, żeby grało kołysankę – opowiada Anna Skórzyńska.

Po naradzie zrezygnowały z Chin. Doszły do wniosku, że ich produkt powinien być robiony w Polsce, że to może być dodatkowy atut. Wiedziały, że kierują go do wymagających klientów, dla których to, że zabawka jest robiona w Azji – kto wie, czy nie przez więźniów albo dzieci – może być problemem. A lokalność to nowy trend w marketingu, wielu start-upowców dobrze o tym wie. Znalazły więc niewielką firmę, która podjęła się wytwarzania elektronicznych szumidełek, i szwalnię, która zgodziła się uszyć pierwsze misie. Dziś zastanawiają się nawet nad uruchomieniem własnej szwalni. Bo następna biznesowa lekcja, jaką dostały, brzmi: jeśli twój polski kontrahent obiecuje, że coś zrobi w określonym terminie, to znaczy, że obiecuje. A kiedy naprawdę zrobi, tego nie wie nikt.
Wykonawcy szukały metodą „prób i błędów”. Do ostatecznego rozwiązania nie doszły od razu – ileś wysiłku poświęciły na szukanie wykonawcy w Chinach. Atut „lokalności” pojawił się „przy okazji”, nie był wymyślony „z góry”. Niezależnie od tego jak to może teraz wyglądać.

Dlatego przed świętami zgromadziły większy zapas Szumisiów. Zmagazynowały je w garażu, który udostępnili teściowie Zuzanny.Od garażu zaczynało wielu młodych biznesmenów, którzy osiągnęli sukces. Może i nam przyniesie szczęście? – żartują.
Cały czas dążenie do redukcji kosztów, redukcji ryzyka (zainwestowały własne pieniądze). Pomaga (bezpłatnie pewnie) rodzina. Sytuacja więc całkiem typowa.

Jak szyją niebieskie ptaki

Łowienie trendów i szybka na nie reakcja może być kluczem do start-upowego sukcesu. Katarzyna Gerlach-Dymnicka, młoda prawniczka z warszawskiej korporacji, właśnie wyłowiła trend, który nazywa się personalizacją. Kiedyś dziewczyny szukając oryginalnych ciuchów, same je sobie projektowały i szyły (jeśli potrafiły) albo szukały krawcowych (jeśli je było na to stać). Dziś jest internet, który może zapewnić spersonalizowane ciuchy. Kasia wpadła na pomysł stworzenia internetowej firmy krawieckiej szyjącej na zamówienie według projektów osób zamawiających. Służy do tego specjalny program na firmowej stronie, z katalogiem wykrojów bluz, bluzek, spódnic. Każdy model można modyfikować, ustalając rozmiar, kształt, kolory, rodzaj materiałów poszczególnych części, sposób wykończenia, długość rękawów itd. Efekt pracy projektowej śledzi się na ekranie. Liczba kombinacji jest ogromna, więc w efekcie można sobie stworzyć coś niepowtarzalnego.
ETAP 1: Pomysł            potem ETAP 2: Konkretny sposób realizacji

Realizacją zamówień zajmuje się wspólniczka Kasi, czyli jej mama. Mieszka w Parczewie, małym miasteczku na Lubelszczyźnie, gdzie w przeszłości prowadziła niewielki zakład odzieżowy. Była kooperantką dużych firm, ale kontrakty się skończyły i musiała zwinąć biznes. – Został zakład, są maszyny, no i mama, która uwielbia szyć, projektować. Dlatego z entuzjazmem przyjęła mój pomysł – tłumaczy Katarzyna Gerlach-Dymnicka.
Decyzja o działaniu ze wspólnikiem. W tym wypadku zapewne „cichym wspólnikiem”, czyli działalność gospodarcza „zapisana jest na jedną osobę” (nie jest to opisane w artykule, ale to sytuacja bardzo typowa – koszty takiego rozwiązania są najniższe, a przy wspólniku z rodziny poziom zaufania wzajemnego jest zwykle bardzo wysoki), a ewentualnymi zyskami dzielić się będą (najczęściej) po połowie. Dobry wspólnik – to wspólnik „komplementarny” (zdecydowanie nie identyczny!). Na przykład, jedna osoba ma pomysł co robić i jak to zorganizować i sprzedać, a  druga osoba wie jak to wykonać.

To już ich drugie przedsięwzięcie krawieckie. Poprzednie – szycie ciuchów dla puszystych – założone w ramach akademickiego inkubatora przedsiębiorczości, nie wypaliło. Jest nadzieja, że start-up pod nazwą Bluebirds&Co wypali.
I znów wskazówka, że należy się nastawić na cierpliwość. Ryzyko niepowodzenia są wpisane w nowe przedsięwzięcia. Niepowodzenie to nie jest powód do wstydu!!! To normalna część działań innowacyjnych. Inaczej się – po prostu – nie da!

Taką nadzieję ma też dwójka nowych wspólników: specjalistka PR Joanna Kółkowska i informatyk Sebastian Przybyłowicz. Kasia potrzebowała ich wsparcia, ale nie była w stanie zapłacić. Zaoferowała więc udziały w spółce. Na razie firma jest na etapie rozruchu – realizuje kilka zamówień dziennie. Mama dostała dofinansowanie z funduszu aktywizacji bezrobotnych (firma zatrudnia kilka szwaczek), a Kasia wygrała konkurs dla najciekawszych start-upów „Pomysł na firmę” organizowany przez Raiffeisen Polbank i „Gazetę Wyborczą”.
Kolejni wspólnicy – także o umiejętnościach komplementarnych. Umieją coś, czego nikt z obecnych wspólników nie potrafi. Można by te kwestie zlecić na zewnątrz, ale na to byłyby potrzebne pieniądze. Można powiedzieć, że zamiast zlecać (i płacić) „sprzedają” część swojej firmy (tzn. udziały w spółce). Na tym etapie to już na pewno jest spółka z o.o., bo ci wspólnicy mają z pewnością formalne udziały.

Nagroda 75 tys. zł pomaga rozkręcać biznes, ale z wielką kancelarią prawną, w której pracowała, Kasia musiała się rozstać. Nie wszyscy pracodawcy akceptują start-upową aktywność pracowników. A zanim firma zacznie zarabiać (o ile zacznie), trzeba z czegoś żyć.
Z tymi konkursami na start-up’y (wygrały dofinansowanie 75 tys zł) to warto „być czujnym”. W konkursie Reiffeisen’a i Gazety Wyborczej z wiosny 2014 roku (ale to była już kolejna edycja) zanim ktoś miał szansę zaprezentować pomysł fachowcom, musiał zbierać poparcie internautów, a przy okazji reklamować w ten sposób sponsora. Ocena fachowców dotyczyła tylko tak wyłonionych finalistów. Niby nic w tym złego, ale warto rozumieć mechanizmy takiego konkursu.

Wysysanie start-upowców

Pieniądze to trudny temat. Kiedy ma się nie do końca sprecyzowany innowacyjny pomysł i tylko przeczucie, że da się na nim zarabiać, trudno przekonać urzędnika bankowego do udzielenia kredytu. Start-up w każdej chwili może przecież zdecydować się na pivot – tak w branży nazywa się niespodziewany biznesowy zwrot o 180 stopni. Są wprawdzie rozmaite systemy wsparcia – inkubatory przedsiębiorczości, reaktory, klastry, fundusze, dofinansowania itd. – ale nie zmienia to faktu, że łatwo nie jest.
I oczywiście dobrze, że takie mechanizmy wsparcia są – ale ryzyko niepowodzenia i tak zawsze w praktyce pozostaje na liderze przedsięwzięcia.

Dlatego część młodych start-upowców szuka funduszy za granicą. W wielu krajach organizowane są wielkie imprezy, na które zjeżdżają twórcy start-upów. To niemal festiwale rockowe, na które tłumnie przychodzi publiczność, nagradzając faworytów oklaskami. Młodzi przedsiębiorcy prezentują swoje projekty i jeśli zainteresują inwestorów, mają szansę na pozyskanie pieniędzy. Niestety, zachodni inwestorzy niechętnie wiążą się z firmami zarejestrowanymi w Polsce. Dlatego wiele obiecujących start-upów emigruje do Niemiec, Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza do mekki, czyli do Krzemowej Doliny w USA.

Do takiej emigracji szykuje się właśnie spółka Homplex, która stworzyła interaktywną platformę internetową dla osób urządzających mieszkania. Firma szczególnie dumna jest z technologii tworzenia fotorealistycznych wizualizacji wnętrz w technologii 3D. Pomysł start-upu narodził się, gdy młode małżeństwo informatyków, Anna i Łukasz Walkowscy, remontowało własne mieszkanie, szukając informacji i inspiracji w sieci. Z trudów tych poszukiwań narodził się pomysł na biznes. Zakładali, że stworzone przez nich narzędzie będzie atrakcyjne dla polskich deweloperów i producentów mebli. Okazało się, że niespecjalnie. To problem, z którym zderza się wielu entuzjastycznie nastawionych start-upowców: polskie firmy na ogół nie są zainteresowane innowacjami. – Znaleźliśmy partnerów w USA, ale stawiają warunek: przenieście się za ocean. Chcielibyśmy działać w Polsce, ale tam jest zupełnie inna bajka – mówi Anna Walkowska. Ta inna bajka to wielki rynek i szansa na duże pieniądze. – Nie oszukujmy się, wszystkim start-upowcom tak naprawdę na nich zależy – przekonuje.
Klasyka – pomysł wynikający z własnych (niezaspokojonych) potrzeb. A potem szukanie (badanie) rynku. W Polsce bez powodzenia. Takie badanie robi się zwykle metodą prób i błędów. Patrząc na pierwszy odzew: zainteresowanie lub jego brak.

Kreatywna Kaśka

Są jednak wyjątki. Kasia Barc zajmuje się upcyklingiem, czyli przetwarzaniem odpadów na rozmaite pożyteczne przedmioty, głównie z dziedziny sztuki użytkowej. Guziki, folię, makulaturę, stare płyty CD, butelki – wszystko można przetworzyć na efektowne rękodzieło. Kasia studiowała filozofię, teraz jest studentką zarządzania, bo start-up wymaga fachowego przygotowania. Poza tym Kasia przetwarza, projektuje. Eksperymentuje w dziedzinie rękodzieła i kreatywnego recyklingu, sprzedaje swoje prace, prowadzi szkolenia i warsztaty. Na blogu kreatywnakasia.pl prezentuje swoje prace, dzieli się doświadczeniami. Jej start-up to internetowa platforma OddamOdpady.pl służąca wymianie odpadów, które mogą nadać się do przetworzenia przez artystów i pasjonatów.

OddamOdpady.pl na razie nie służy zarabianiu. Chcę na tej bazie stworzyć przedsiębiorstwo społeczne zajmujące się gospodarką odpadami. To będzie pierwszy społeczny start-up – deklaruje Kasia. Być może ktoś w tym roku znajdzie pod choinką coś z rękodzieła upcyklingowego stworzonego z odpadów wymienianych przez serwis Kasi Barc? Rękodzieło to jeden z bardzo modnych ostatnio trendów. Czyli to, co start-upowcy lubią najbardziej.◾

Inny model: zaczynam od przedsięwzięcia nie nastawionego na zysk. Na razie. Co dalej – zobaczymy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.