Przedsiębiorczość w Polsce – spojrzenie z boku

Przedsiębiorczość2Wpadł mi w ręce ciekawy artykuł, oferujący spojrzenie z boku, z pewnego dystansu, na skalę i poziom przedsiębiorczości w Polsce. Czy jesteśmy liderami? Czy może wleczemy się w ogonie? Czy mamy w Polsce – statystycznie – do biznesu szczególny talent? Albo wręcz odwrotnie, czego nie tkniemy, to klapa? Artykuł jest o tyle ciekawy, że oparty na wynikach większego projektu wykonanego na Akademii Biznesu Leona Koźmińskiego, a opublikowanych w książce pt. „Ekonomiczna wyobraźnia Polaków 2012-14”. No więc jak to jest z tą przedsiębiorczością w Polsce?

Pełen tekst artykułu, jaki ukazał się w tygodniku „Polityka” z 17 czerwca 2015, umieszczam na końcu tego wpisu. Ważniejsze fragmenty zostały tam zakreślone na żółto. Poniżej kilka wniosków nasuwających się po lekturze artykułu:

  • W Polsce działa 1,8 – 2,0 mln firm, tj. 48 firm na 1000 mieszkańców. Przykładowe Start Up3statystyki innych krajów to: Niemcy – 25, Wielka Brytania – 27
  • Szczególnie dużo jest w Polsce liczba start-up’ów (czyli firm nowych, czy koniecznie w obszarze high-tech? Tego nie wiadomo). Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości wsparła dotąd ok. 25 tys. takich firm, a łączna kwota wsparcia wyniosła ok. 2,8 mld zł (a więc, statystycznie, ponad 100 tys. zł na każdą firmę)
  • Wśród 2 mln firm działających w Polsce, tylko 30% (ok. 600 tys.) zatrudnia kogokolwiek oprócz właściciela, a tylko 3,5% (ok. 70 tys.) zatrudnia więcej niż 10 osób. Liczba firm 1-osobowych w Polsce jest na poziomie 70% wszystkich firm (w UE średnio 56%). Z tych 1,4 mln firm 1-osobowych, 400 tys. osób dorabia sobie w firmie do równoległej pracy etatowej.
  • Ekonomiści rozróżniają przedsiębiorczość „opartą na szansie” i tę „wymuszoną” (wynika z braku alternatywy w postaci pracy etatowej lub innej najemnej). W Polsce współczynnik „przedsiębiorczości wymuszonej” wynosi 40%, tj. 2 razy więcej niż średnia w UE.
  • Firma barieryPolacy często traktują państwo nie jako sprzymierzeńca, ale jako źródło barier. W przypadku porażki, często szukają winy na zewnątrz (w administracji, przepisach, podatkach), a nie we własnych poczynaniach, czy skuteczności.
  • Zdaniem autorki, ciągle popularne w Polsce są postawy obawy przez niepotrzebnym, nadmiernym ryzykiem związanym z prowadzeniem własnej firmy. Autorka artykułu (czy cytowanej książki także?) wiąże to w części z konserwatyzmem polskiego szkolnictwa i tępieniem w szkołach ducha indywidualizmu.

Jaki jest więc zbiorczy obrazek naszej przedsiębiorczości? Łącznie chyba pozytywny: działamy, państwo pomaga, jest wyraźny postęp… A na resztę wyników potrzeba pewnie czasu. ALE to jest oczywiście spojrzenie optymisty. Pesymista w szklance wypełnionej do połowy widzi coś zupełnie innego. Potrzeba nam w Polsce nadal: optymizmu, pracy przez dziesięciolecia i sukcesów.

Społeczeństwo

Ewa Wilk

16 czerwca 2015

Fakty i mity o przedsiębiorczych Polakach

Zaradni bezradni

Lubimy wierzyć, że Polacy są wyjątkowo przedsiębiorczy, co uczyniło nas „zieloną wyspą” i gwarantuje rozwój. Zarazem uważamy, że legendarna polska zaradność to w istocie chytrość i kombinatorstwo, które nas zgubią. Gdzie leży prawda?

Nowatorskie w formie urny na prochy. System ochrony przed ptakami lęgnącymi się na balkonach (kolce, siatki itd.). Obsługa dzieci podczas tradycyjnych wesel (gry i zabawy w izolacji od głównego nurtu imprezy). Bańki mydlane do 2 m średnicy (płyny i akcesoria; polski producent jest tu potentatem światowym). Import świeczek płonących kolorowym ogniem. Kopalnia złota (nieczynna od wieków, zamieniona w atrakcję turystyczną, zwłaszcza po przekopaniu tunelu do podziemnego wodospadu)…

Nowe pomysłyPortal Mam Biznes w zakładce „Polak potrafi” niezbicie dowodzi, że Polak istotnie umie rozkręcić interes – jak się powiada – z niczego, czyli z głowy. Imponują liczbowo zwłaszcza start-upy, przedsięwzięcia zwykle młodych ludzi, często jeszcze studentów; ot na przykład informatyczny system obsługi kortów tenisowych – tak by nie miały one pustych przebiegów. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości wsparła już sumą 2,8 mld zł ok. 25 tys. firm zakładanych przez młodych entuzjastów. Polacy opanowali 1,5 proc. światowego rynku gier komputerowych. W audiobookach pewna prywatna, z początku „garażowa” firma zaczyna konkurować z globalną potęgą – Amazonem.

W Polsce działa 1,8 mln, może nawet 2 mln firm. Na 1 tys. Polaków – 48 biznesów! Nasz kraj wyprzedza tu Niemcy (25) czy Wielką Brytanię (27). Co roku 300–400 tys. rodaków coś swojego zakłada. Chciałoby jeszcze więcej. Tu też bijemy światowe rekordy. „Gdybyś miał wolny wybór, to wolałbyś pracować u kogoś czy na swoim?” – na tak zadane pytanie odpowiedź „na swoim” wybiera 65 proc. respondentów, gdy w Unii Europejskiej od 37 do 48 proc. (badania na zlecenie Akademii Leona Koźmińskiego).

A jednak ekonomiści i socjologowie przestrzegają przed uleganiem magii liczb. Bo gdy tej z pozoru zawrotnej polskiej obrotności przyjrzeć się w szczegółach, to wcale nie wygląda ona tak różowo. Przebija kolor szary.

Szare przez różowe

PRL bazarPolacy autostereotyp o swej wyjątkowej zaradności wywodzą, rzecz jasna, z historii: radziliśmy sobie za zaborów, za okupacji, za komuny. W naszym „najweselszym baraku” przetrwało indywidualne rolnictwo, kwitły bazary (wg GUS obecnie istnieje 2235 stałych oraz 6913 sezonowych targowisk). Naród zaprawił się w wolnym obrocie handlowym, powszechnie uprawiając przemyt, zwany oględnie turystyką handlową. Kapitalizm – wydawać się mogło przed ćwierćwieczem – miał mentalną glebę w inicjatywach gospodarczych, nazywanych pogardliwie badylarstwem czy prywaciarstwem.

Stara walutaOwszem, kilkaset silnych marek i solidnych fortun wyrosło z wielopokoleniowych korzeni. Jednak prof. Jerzy Cieślik, ekonomista, autor książki „Przedsiębiorczość, polityka, rozwój”, w której przeprowadza remanent polskiego młodego kapitalizmu, powiada, że peerelowskie zahartowanie w boju przestało się liczyć w hiperkonkurencyjnej gospodarce. Polegało ono w gruncie rzeczy na tym, by na półlewo zdobyć materiały i wyprodukować – ze zbytem czegokolwiek nie było problemów. Toteż kapitalizm w Polsce budowali nowicjusze: – Wyszli z biur i zaczęli kumać ten marketing – obrazuje prof. Cieślik. Za przesadę uważa mniemanie, by Polacy byli obdarzeni jakimś wyjątkowo korzystnym dla przedsiębiorczości zespołem cech. Owszem, jest coś takiego, jak elastyczność, gotowość do kombinowania po swojemu, ale często bywa ona wadą. Legendarną postacią dla zagranicznych inwestorów jest polski inżynier, który zanim da się przekonać do jakiejś procedury, najpierw będzie długo upierał się, że my to zawsze robiliśmy inaczej. Po swojemu.

Natomiast z pewnością dziedzictwem wyniesionym z historii jest powszechna tolerancja dla działania na szaro, w półcieniu, półlegalnie. W oporze wobec państwa, które w głowach pokoleń Polaków utrwaliło się jako podstępny przeciwnik. Trochę więc zapłacę państwu, Szara strefaa trochę nie, połowę zrobię na fakturę, a za połowę rozliczymy się „prywatnie”, ludzi pozatrudniam na czarno albo na zlecenia.

W zestawieniach międzynarodowych Polska z rozmiarami swej szarej strefy (ok. 24 proc. PKB) jest poniżej krajów Afryki czy Ameryki Północnej (do 50 proc. PKB), ale nijak nam wciąż się równać z Niemcami czy Francją. To nie jest tylko kwestia pracodawców. Dajemy wspólnie immunitet na tę szarość. Jako klienci brygad remontowych, gabinetów lekarskich, salonów fryzjerskich, pana od zepsutego kranu, pana od krzywego płotu, pani od mopa itd. Prof. Cieślik burzy się, gdy w poważnej audycji radiowej słuchacz, początkujący biznesmen, deklaruje, że „ma już państwa dość i przechodzi do szarej strefy”, a prowadzący odnosi się do tego ze zrozumieniem.

Wiele firm startuje z tzw. pierwotną skazą etyczną – mogą zaistnieć w danej branży, np. w handlu, jeśli przyjmą obowiązujący standard narzucony przez dostawców: część towaru księgujemy, część idzie pod stołem. Najpierw, powiada prof. Cieślik, usprawiedliwieniem jest, że wszyscy tak robią, na wyższym etapie pojawia się inne: muszę się ratować.

Świadomość, że niepłacenie ZUS i niewystawianie faktur jest po prostu nieetyczne i karygodne, rodzi się w Polsce w bólach. Hamuje ten poród solidarny lament pracodawców nad wysokimi kosztami pracy. Prof. Cieślik, sam wieloletni przedsiębiorca z sukcesem (doradztwo podatkowe), uśmiecha się: obciążenia wcale nie przekraczają Niepłacenie podatkunormy zachodniej. Biurokratyczne utrudnienia, nieprzychylność państwa wobec przedsiębiorców, zajadłość skarbówki? To problem mocno wykreowany i naciągnięty – kontrola organów skarbowych zdarza się średnio w polskiej firmie raz na 10 lat!

Przekonanie o wrogości państwa w ogromnej mierze jest kwestią psychologiczną. Polski przedsiębiorca rzadko widzi jej przyczyny we własnych błędach, kiepskim zarządzaniu, niskiej wydajności. Szuka winy na zewnątrz (wredna administracja, podłe państwo). To przypadłość mentalna, która odróżnia polskich przedsiębiorców od np. amerykańskich. Inne cechy osobowościowe, które psychologia uważa za przydatne w biznesie – np. optymizm, poczucie sprawstwa – polscy ludzie interesów mają na poziomie przeciętnej światowej.

Przedsiębiorca z musu

Mit o polskiej wyjątkowej przedsiębiorczości pęka również, gdy uwzględnić liczbę solistów wśród tych bez mała 2 mln firm. Tylko 600 tys. spośród nich to pracodawcy, ledwie 70 tys. zatrudnia więcej niż 10 osób. Dwie trzecie przedsiębiorców działa w pojedynkę (w UE 56 Samozatrudnienieproc.), 400 tys. samozatrudnionych dorabia działalnością gospodarczą do etatu (np. wspomniany internetowy handel kolorowymi świeczkami).

Ekonomiści uważają, że przedsiębiorczość przedsiębiorczości nierówna; często od motywów jej podjęcia zależą efekty. Toteż dzielą ją na „opartą na szansie” oraz „wymuszoną”. Ta pierwsza, lepsza, wynika z dostrzeżenia luki na rynku, z pasji, z chęci rozwoju. W przeciwieństwie do niej przedsiębiorczość wymuszona wynika wyłącznie z tego, że nie ma innych perspektyw godziwej roboty. Wg Global Entrepreneurship Monitor z 2012 r. wskaźnik wymuszonej przedsiębiorczości był w Polsce najwyższy w Europie – 40 proc.; dwa razy przewyższał średnią.

Nie chodzi tu bynajmniej tylko o tzw. umowy śmieciowe, czyli brutalne omijanie Kodeksu pracy i składek na ZUS przez pracodawców. (Spory o zasięg zjawiska w Polsce zdają się nie mieć końca; pracodawcy utrzymują, że nie sięga ono więcej niż 2–4 proc., związki zawodowe mówią nawet o jednej czwartej wszystkich zatrudnionych). Przedsiębiorczość wymuszona może soliście i podobać się (niezależność), i opłacać (przy minimalnych składkach zarobek lepszy niż na etacie). Rzecz jednak – jako się rzekło – w motywach i efektach.

W książce „Ekonomiczna wyobraźnia Polaków 2012–2014”, podsumowującej badania Akademii Koźmińskiego, jedna z autorek Katarzyna Piotrowska pisze, że możliwość pójścia na swoje rozpatrują w Polsce nie tyle bezrobotni i marnie zarabiający, ile pracujący. „I to wcale niekoniecznie ci w wyjątkowo złej sytuacji materialnej, lecz ci, którzy nie znajdują innego antidotum na niepokój – na poczucie zagrożenia utratą pracy – niż myśl o założeniu własnej działalności gospodarczej”.

Small businessInnymi słowy Polak częściej pociesza się: „w ostateczności założę coś swojego”, rzadziej planuje: „założę coś swojego, bo mam pomysł, widzę szansę i chcę być niezależny”. Częściej myśli o własnej firmie jako o desce ratunkowej, najwyżej skromnej łódce, na której podryfuje samotnie z kilkoma pracownikami (żona, teść, bratowa); rzadziej jako o żaglowcu do wypłynięcia na szerokie wody. Prof. Cieślik powiada, że największym polskim problemem rozwojowym jest dziś przekroczenie bariery od dwóch do pięciu pracowników. Że brakuje nam zglobalizowanych średniaków – takich firm w Polsce jest zaledwie kilkadziesiąt, a w Niemczech czy Chinach to właśnie one są filarem potęgi gospodarczej. Przedsiębiorców, mówi, mamy wystarczająco wielu, kwestia dotyczy ich jakości.

Co gorsza, wcale nie wygląda na to, by bakcyla przedsiębiorczości połknęli potomkowie pierwszej, potransformacyjnej generacji polskiego biznesu. Tylko 6 proc. naturalnych dziedziców chce przejąć interesy pozakładane przez swoich rodziców. Odwodzą ich od tego, jak opowiada prof. Cieślik, często sami rodzice: „A po co ci to? Ty się do tego nie nadajesz”. I jeszcze coś niepokojącego: co czwarty polski przedsiębiorca wcale by się na samodzielność nie decydował, gdyby teraz dano mu wybór.

Zaradność czy bezradność

Paradoksem, ujawnionym w badaniach ALK, jest jednoczesna (teoretyczna) chęć pracy na swoim, ale też – jeśli już trzeba u kogoś – to najchętniej u państwowego pracodawcy. Ogromna część Polaków tak myśli – jedna trzecia respondentów badań. Praca „u prywatnego” kojarzy się z niepewnością: zarobków, ochrony socjalnej. A przede wszystkim – trwałości roboty. Cóż, w ciągu trzech lat od założenia pada połowa firm. Choć więc większość Polaków popiera gospodarkę rynkową, to 52 proc. (luty 2014 r.) nie jest dobrego zdania o tym, jak ona u nas działa.

Cwany biznesmenW rezultacie dla większości obywateli zamiar pójścia na swoje pozostaje czysto teoretyczny. Studzi ich strach. Że nie poradzą sobie – nie z kapitalizmem, lecz z jego polską wersją. Strach przed ryzykiem. Głównie takim, że zostanie się wycwanionym przez (bezwzględnego) partnera biznesowego. Aż 73 proc. firm (badania na zlecenie Krajowego Rejestru Długów) twierdzi, że musi ciągle uważać, by nie zostać oszukanym. Ponad połowa utrzymuje, że „trzeba stale gromadzić dowody swojej uczciwości – inaczej partner biznesowy będzie chciał udowodnić zaniedbania”. 47 proc. deklaruje, że część transakcji nie dochodzi do skutku, bo nie ma zaufania do potencjalnych kontrahentów.

Gdy więc zbadano, jak Polacy poprawiają sobie sytuację materialną i jakie strategie okazują się tu najskuteczniejsze, okazało się, że dla 98 proc. przedsiębiorczość polega na kombinowaniu „we własnym zakresie” (samodzielne remonty, naprawy, własne warzywa Handel truskawkamiz działki, utuczony prosiak). Co czwarty Polak próbuje czymś zahandlować, choćby grzybami czy jagodami przy szosie, pozbieranym złomem czy makulaturą. Prawie połowa szuka dodatkowej roboty dorywczej lub sezonowej – zwykle na czarno – albo myśli pojechać za granicę.

24 proc. natomiast kombinuje, jak uzyskać pomoc – rodziny, przyjaciół, instytucji państwowych. Załatwienie renty, zasiłku, wsparcia też w polskiej mentalności uchodzi za obrotność. Tyle że, jak konkluduje autorka tego zestawienia prof. Jolanta Grotowska-Leder, bliżej tej strategii do społecznej bezradności niż zaradności.

A przedsiębiorczość w sensie ścisłym (własna działalność gospodarcza, obrót kapitałem, wynajem mieszkania czy dzierżawa ziemi)? Uruchamia ją ledwie 15 proc. spośród nas.

Chłopska mądrość czy wizjonerstwo

Warto rozstać się z mitem, że wymuszona przedsiębiorczość to w ogóle jest przedsiębiorczość. Dziś wszystkich samodzielnych gospodarczo wrzuca się do jednego worka, obmyśla coraz to nowe zachęty do rozwinięcia skrzydeł: firm na próbę, zwolnień z ZUS na dwa lata, dotacji do zatrudnienia itd. Bezskuteczne? Bo – przypomnijmy – tylko co trzeci polski tzw. przedsiębiorca komukolwiek daje robotę. I raczej nie ma takiego zamiaru, gdyż to po prostu sposób na życie dla niego samego. Powinni to wziąć pod uwagę politycy, mordujący się dzisiaj nad kolejnymi rozwiązaniami, które mają ułatwiać ów wymarzony przez 65 proc. Polaków start na swoim.

Czarna owcaSporo jest też do nadrobienia w sferze z pozoru odległej od ekonomii. W autoportrecie socjologicznym widzimy się jako naród bardzo zaradny, ale też bardzo zawistny. Ambitny, ale też skłonny do ściągania pobratymców w dół. Emfatycznie, lecz nie bez racji, opisała to internautka na jednym z licznych forów, gdzie adepci biznesu wymieniają się pomysłami na bańki mydlane i kopalnie złota: „Wizjonerzy nie rodzą się w społeczeństwie, gdzie istotą wychowania jest konformizm, edukacji – grzeczne wkuwanie poglądów zgodnych z kluczem, a zdolność do podjęcia ryzyka utożsamia się z ryzykanctwem. Biznes nie jest
oderwany od społeczeństwa z jego konserwatywną, zachowawczą postawą, wpajanym posłuszeństwem i poglądem »starszy wie zawsze lepiej«.
Czy byłoby możliwe w Polsce, by firma zatrudniła 14-latka, jak to było z Billem Gatesem? Czy na wieść, że Gates rezygnuje ze studiów, polscy rodzice plus ciotki, babki i kto tam jeszcze nie dołożyliby wszelkich starań, by wyperswadować tę decyzję w imię »dyplom trzeba mieć« (bo inni mają)? Postaw naśladowniczych, kultu bezpiecznej posadki uczy się od dzieciństwa. A »ryzykanta«, który podjął próbę i poniósł klęskę, wyśmiewa się jako wariata. Temu, któremu na razie się udaje, dzielnie się sekunduje, dopóki w końcu padnie. Wizjoner zawsze jest nonkonformistą i odmieńcem. Co w Polsce się tępi. W domu, w szkole, wszędzie”.

Banałem jest już konstatacja, że w istocie Polacy są narodem chłopskim, pozbawionym przez hekatomby XX w. mieszczaństwa, światlejszego ziemiaństwa, inteligencji. Kiedyś lakonicznie ujął ten chłopski zestaw cech narodowych nieżyjący już historyk prof. Paweł Wieczorkiewicz: Chytrość, umiejętność zmylenia partnera, pazerność, a z drugiej strony swoista mądrość i zdrowy rozsądek. Wypisz wymaluj Lech Wałęsa”.

Start biznesuCo z tego wszystkiego wynika dla samouspokajającego mitu o wyjątkowej przedsiębiorczości Polaków, czy też przeciwnego – że jedyne, czego Polaków nauczyła historia, to spryt, a właściwie cwaniactwo? Wydaje się, że żadne skrajne uogólnienie nie jest tu do końca uprawnione. Polacy mozolnie odrabiają lekcję z kapitalizmu, zwłaszcza młodzi: już 14 na 100 – z pasji czy musu – jest zaangażowanych w uruchamianie jakiejś działalności gospodarczej. Ale do oceny zadowalającej bardzo dużo jeszcze brakuje. Kultury zarządzania – prof. Cieślik uważa, że Polacy powinni zrobić z tego wręcz kult na najbliższe lata. Brakuje etyki w prowadzeniu biznesu. I zaufania. Bez tych trzech elementów nasza „zielona wyspa” poszarzeje. Sukces ostatnich lat może okazać się mydlaną bańką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.