Ostrzenie piły albo prymusi nie będą gwiazdami

DrwalDrwal piłuje drzewo. Jest zmęczony. Piłuje jeszcze mocniej. Jest coraz ciężej. Podchodzi do niego kolega i mówi: „Hej, masz zupełnie tępą piłę! Poczekaj, zrób chwilę przerwy! Naostrz piłę!”  „Nie ma mowy!” – pada odpowiedź. „Mam tyle pracy, że nie mam czasu na przerwy!” Ta przypowiastka, znana może niektórym, użyta była przez Stephena Covey’a przy formułowaniu siódmego nawyku skutecznego działania, nazwanego „Ostrzeniem piły”. Skojarzyła mi się ona ostatnio gdy wpadł mi w rękę artykuł „Dzisiejsi prymusi za 20 lat nie będą gwiazdami”.

Ostrzenie piły wg Covey’a

Klasyczna książka Covey’a pt. „7 nawyków skutecznego działania” od 20 lat należy do moich ulubionych. Mam do niej słabość z powodu jej treści, jej trafności i uniwersalności stosowania mimo, że jestem świadomy tego, jak nieprzyjaźnie (!!!)  jest napisana, jaki udziwniony ma język, a chwilami napuszony styl.

Dbanie o siebieTytułowe siedem nawyków podzielone jest u Covey’a na grupę trzech nawyków dotyczących działania indywidualnego człowieka (Covey nie byłby sobą, gdyby tego nie nazwał pompatycznie „prywatne zwycięstwo”), kolejne trzy nawyki dotyczą współdziałania z innymi (u Covey’a: publiczne zwycięstwo) oraz… no właśnie, siódmy nawyk nie należy do żadnej z poprzednich dwóch kategorii. Dotyczy on „ostrzenia piły”, a u Covey’a w zastosowaniu do skutecznego działania człowieka tym ostrzeniem piły jest dbanie o siebie. Autor książki podkreśla jednak, że nie chodzi przy tym, bynajmniej, wyłącznie o aspekt fizyczny (sprawność sportowa + zdrowie i odżywianie się), który kojarzy się najczęściej z hasłem „dbania o siebie”. Autor dorzuca do tego trzy inne aspekty, równie ważne jego zdaniem. Są to: dbanie o sprawność umysłową (intelektualną), a także o równowagę w aspektach społecznych (rodzina, znajomi) oraz duchową (religia lub jakaś pasja). Na koniec opisu siódmego nawyku Covey dodaje, że proces dbania o siebie, podobnie jak proces sprzątania czy… ostrzenia piły jest „bez końca”. Nigdy nie jest załatwiony (odhaczony) „raz na zawsze”. Trzeba do niego cyklicznie wracać, powtarzać, odnawiać go, bo tylko wtedy zapewnia trwały skutek.

Dzisiejsi prymusi za 20 lat

PrymusTo wszystko skojarzyło mi się, gdy przeczytałem (zamieszczony poniżej) wywiad z Ronaldem Binkofskim, Polakiem który jako nastolatek wyjechał w latach 80-tych do Niemiec, a później wrócił do Polski i dziś jest szefem polskiego oddziału firmy Microsoft. W wywiadzie poruszane są różne wątki. Wyróżnione w tytule wywiadu hasło „Dzisiejsi prymusi za 20 lat nie będą gwiazdami” ja potwierdziłbym także swoimi obserwacjami. Faktycznie, ci „super-piątkowi” z mojej klasy, z mojego roku, wcale nie zaszli daleko. Może byli świetni w spełnianiu wymagań nauczycieli, ale mieli zbyt mało inwencji? Inicjatywy? Może przekory? Odwagi działania inaczej?

Binkofski w wywiadzie wskazuje na atuty szerokich zainteresowań i pewnego optymizmu pozwalającego mieć wystarczającą wiarę w siebie. Podkreśla, że „na pewno sukces nie wynika ze szczęścia, ani z tego, jaki się miało start w życiu”. Uwypukla więc to, co sam zrobisz z „talentami otrzymanymi od Pana Boga”. Popycha w stronę myślenia, że masz realny (choć przecież nie gwarantowany) wpływ na to co ze sobą w życiu zrobisz. W swoich wspomnieniach nie ukrywa, że kiedyś bywał łobuzem, a dziś wielu rzeczy raczej powinien się wstydzić, bo nie były chwalebne. Na jego życiu akurat nie zaważyły. Ten fragment – zresztą – skojarzył mi się z inną książką, jaką kiedyś miałem w rękach pt. „Grzeczne dziewczynki stoją w miejscu, a przebojowe kobiety robią karierę” – ale to już temat na osobny wpis.

WyzwanieDla mnie ciekawy był fragment o działaniu w sytuacji niepewności, o reakcji na wyzwania, jakie napotykasz w życiu. Czy widzisz w nich raczej zagrożenie czy szansę na zmianę i możliwość poprawy. Niedawno (21 kwietnia) komentowałem na tym blogu książkę „Kto zabrał mój ser” – historyjkę w całości poświęconą reakcjom na zmiany w życiu. Ten motyw w tamtej książce też się przewijał.

No i na końcu to, co skojarzyło mi się z Covey’em i „ostrzeniem piły”: „Ważne jest posiadanie hobby, które pozwala mentalnie odciąć się od pracy, bo samo wyjście z biura nic nie znaczy – możesz wciąż się stresować i myśleć o tym, co jeszcze masz zrobić. Nawet jeśli pracujesz 12 godzin dziennie, to znajdź w dobie 1 godzinę na coś dla siebie, na pomyślenie o swoim życiu prywatnym, o tym, dokąd dążysz.”

MuzykaTakże w tym fragmencie: Muzyka odcina mnie od codzienności. Jak mnie coś zdenerwuje w pracy, to zamykam się w biurze, przez 10 minut sobie pogram i czuję się dużo lepiej.

Mamy tu więc mowę o równowadze między praca zawodową, a życiem prywatnym, o hobby, które pozwala „naładować akumulatory”. A w innym fragmencie o sporcie, który uczy pokory, przyzwyczaja do porażek (ale do zwycięstw też!)

– Najważniejsza jest „depersonalizacja” problemu – ja tak to nazywam. Nie można brać odpowiedzialności za porażkę tylko na siebie. Trzeba spozycjonować ją w całym systemie i zarządzić nią bez emocji. Mnie w tym bardzo pomaga sport. W sporcie człowiek się uczy, jak dawać sobie radę z niepowodzeniami, z niespełnioną ambicją – bo zawsze przyjdzie ktoś, kto będzie szybszy, będzie miał lepszą technikę. Tak samo w życiu biznesowym – konkurencja nieraz będzie wygrywać.

Czy to jest próba opisania „recepty na sukces”? albo może nawet „uniwersalnej recepty”? Z pewnością. To raczej jednostkowa historia konkretnego człowieka, która może nas skłonić do pewnej refleksji, coś podpowiedzieć, z czymś się skojarzyć.

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,17810756,Szef_polskiego_Microsoftu__Dzisiejsi_prymusi_za_20.html#ixzz3YVeiSvK2

Szef polskiego Microsoftu: Dzisiejsi prymusi za 20 lat nie będą gwiazdami

Rozmawiała Agnieszka Czapla

24.04.2015 , aktualizacja: 24.04.2015 18:00

– Mój szef powiedział: „Jedź do Polski, będziesz robić biznes”. Ja wtedy nie wiedziałem, o czym on mówi, co to znaczy ten „biznes”. Ale jakoś sobie poradziłem na głębokiej wodzie – z Ronaldem Binkofskim, dyrektorem generalnym polskiego oddziału Microsoftu, o tym, co sprawia, że odnosimy w życiu sukces.

Agnieszka Czapla: Przychodzę do pana po przepis na sukces. Podzieli się pan?

Łączenie zadańRonald Binkofski: Parę tygodni temu przemawiałem do 220 maturzystów podwarszawskiego liceum. Z góry przeprosiłem panią dyrektor za moje słowa, ale to coś, o czym jestem święcie przekonany. Powiedziałem: słuchajcie, ci którzy dzisiaj są prymusami, za 20 lat nie będą błyszczącymi gwiazdami. Najlepiej poradzą sobie ci, którzy potrafią nie tylko ogarniać szkołę, ale też wiele innych rzeczy i godzą swoje zainteresowania czy życie prywatne z nauką. Ta umiejętność łączenia różnych obszarów i zadań plus zaufanie do siebie i dobre nastawienie do niepewnej przyszłości składają się na sukces. Bo na pewno sukces nie wynika ze szczęścia ani z tego, jaki się miało start w życiu. Żeby go odnieść, trzeba mieć w sobie kilka „jakości”. Nie wystarczy być wybitnym w wąskiej dziedzinie. Nawet jeśli będziesz najlepszym muzykiem, niekoniecznie będziesz tym najbardziej widocznym i znanym. Czyli specjalizacja to jedno, ale musisz mieć również te umiejętności, które pozwolą ci odpowiednio zarządzać twoją wiedzą i umożliwią ci współpracę i komunikację z ludźmi.

Pan, rozumiem, nie był prymusem?

Łobuz– Nie, ja byłem łobuzem i do dzisiaj się wielu rzeczy wstydzę. W piłkę wolałem grać, zamiast chodzić na lekcje. Ale w końcu, jak już było naprawdę krytycznie, potrafiłem przysiąść i się poduczyć, uzyskać pozytywną ocenę z klasówki. Żeby pani dobrze zrozumiała – potrzebni są i prymusi, i łobuzy. I innowatorzy, i ludzie zachowawczy. Ja nie hierarchizuję. Świat nie może się składać tylko z tych, którzy biegną do przodu. Oni stanowią małą część naszego społeczeństwa. Każdy ma swoją rolę do odegrania i każdy jest ważny.

Powiedział pan, że na sukces składa się też „zaufanie do siebie i dobre nastawienie do niepewnej przyszłości”. Co to znaczy?

– Ja przez wiele lat życia i kariery zawodowej zaobserwowałem u ludzi dwa podejścia do przyszłości. Jedni czują przed nią strach i tkwią w przeszłości, zamiast dostrzec szanse, jakie są przed nimi. Przez to mają o wiele ciężej, częściej narzekają. Są zachowawczy, a krok do przodu to dla nich wielki wysiłek. Takim osobom trudniej osiągnąć sukces. Są też tacy, którzy tę niepewną przyszłość i wielką niewiadomą traktują jako wyzwanie, nawet coś ekscytującego. Ufają sobie i myślą: „Jakkolwiek by było, jakoś dam radę”. Jeśli w to głęboko wierzysz i brniesz do przodu, to naprawdę masz większe szanse na osiąganie swoich celów czy marzeń. I dlatego wydaje mi się, że o tym, czy ktoś będzie radził sobie w życiu, nie decydują dobre wyniki w nauce czy szkoła. Ale pewna mentalność, którą kształtują też rodzice, koledzy z podwórka i to, co robisz po szkole czy pracy.

Czyli pan jest z tej grupy ludzi, którzy nie boją się przyszłości?

Balans– Raczej z tej, która ufa sobie. Ja nigdy nie mam pewności przyszłości, mam w sobie nawet pewien strach. Jestem zawsze bardzo ostrożny, mówiąc, że będzie dobrze, bo wiem, że wszystko, co dziś mam, jutro mogę stracić. Ale jednocześnie mam świadomość, że z reguły daję sobie radę. Więc z jednej strony niepewność przyszłości, z drugiej – zabijanie strachu myśleniem, że jakoś dam sobie radę, bo tak dotychczas było. To jest taki dobry balans.

Jak budować to zaufanie do siebie?

– W zaufaniu do siebie ważna jest też akceptacja swoich słabości i szukanie mocnych stron. Ja nigdy nie byłem szybki w pierwszym momencie. Gdy pojawia się nowy temat, potrzebuję dużo więcej czasu, żeby zrozumieć, o czym mówią inni. Ale przychodzi moment, kiedy wszystko układa mi się w całość, i potem działam szybciej niż inni. Tak po prostu mam i nie denerwuję się, że na początku idzie mi wolniej. Nie trzeba siebie na siłę zmieniać, tylko znaleźć plusy i przewagę w tym, jakim się jest.

Jak u pana kształtowała się ta mentalność?

– Na pewno duże znaczenie miało to, że w 83 roku, mając 15 lat, wyjechałem z rodzicami ze Śląska i zamieszkaliśmy w Niemczech. Wtedy nikt nie sądził, że żelazna kurtyna zniknie, że mur berliński padnie pokojowo. Ja nawet myślałem, że opuszczam Polskę na zawsze! Więc mentalnie byłem nastawiony na to, że muszę sobie dać radę w tym innym kraju. Na początku mi się wydawało, że nigdy nie nauczę się niemieckiego.

WypracowanieAle pierwsze wypracowanie po niemiecku, najlepsze w klasie, napisał pan już po pół roku?

– Tak. To było fajne przeżycie i duże zaskoczenie dla wszystkich. Nikt ode mnie nie oczekiwał, że coś napiszę. A ja pomyślałem, że skoro już mam siedzieć te cztery godziny na klasówce, to coś napiszę. Gdy nie wiedziałem, jak coś powiedzieć, to opisywałem to innymi słowami. I okazało się, że pod względem treści to była najlepsza praca w klasie. Językowo, wiadomo, jeszcze były braki, ale nauczyciel chyba docenił to, że nie odpuszczałem.

Takie nieodpuszczanie zostało panu chyba na całe życie?

– W pewnym sensie tak. Wtedy właśnie się nauczyłem, że w życiu pomaga patrzenie w przyszłość, a nie rozpaczanie nad tym, co straciłem.

– A potem, na studiach, czego się pan nauczył? Znowu w pana życiu zaszła duża zmiana – powrót do Polski.

– Dwóch rzeczy. Po pierwsze, fascynacja czy zainteresowanie jakimś obszarem może przyjść z czasem. Warto dać sobie prawo do tego, że czegoś nie wiesz, nie jesteś pewien i szukasz drogi dla siebie. Najpierw studiowałem fizykę, potem przeniosłem się na matematykę – to był naturalny wybór, pochodzę z rodziny inżynierskiej. Ale dopiero pod koniec studiów byłem nią naprawdę zafascynowany.

A druga rzecz?

– Duża elastyczność, otwartość na zmiany. Dzięki nim wróciłem do Polski i po różnych próbach trafiłem tam, gdzie czuję się najlepiej – do biznesu. Przeprowadzka do Krakowa to była decyzja jednej nocy. Byłem u znajomych na domówce i po różnych rozmowach stwierdziłem, że chcę zmiany. Na drugi dzień powiedziałem mamie: pakuję się, jadę. I wróciłem – autostopem, z jedną walizką.

Czyli nuda czasem może być dobra, bo może motywować do zmiany?

Nuda– Oczywiście, że tak. Tylko musi jej towarzyszyć ta otwartość na zmiany. Gdyby nie ona, pewnie nigdy nie trafiłbym do Microsoftu. Jeszcze na studiach zacząłem pracę jako programista, po dwóch latach zobaczyłem, że to robota nie dla mnie. Czułem, że gdzieś moja energia się marnuje. I pomalutku, bez większego planu i wykształcenia, trafiłem do biznesu. Najpierw do niemieckiej firmy software’owej. Dali mi szansę, bo znałem polski i rosyjski. Mój szef powiedział: „Jedź do Polski, będziesz robić biznes”. Ja nawet nie wiedziałem, o czym on mówi, co to znaczy ten „biznes”. Ale jakoś poradziłem sobie na głębokiej wodzie, wtedy najwięcej się nauczyłem. Dopiero później trafiłem do Microsoftu.

Do pana przepisu na sukces dodałabym więc otwartość na zmiany. To pomaga też chyba w radzeniu sobie z porażkami?

– Na pewno. W biznesie porażki to codzienność i trzeba umieć sobie z nimi dawać radę.

Ale jak?

Radzenie sobie z porażką– Najważniejsza jest „depersonalizacja” problemu – ja tak to nazywam. Nie można brać odpowiedzialności za porażkę tylko na siebie. Trzeba spozycjonować ją w całym systemie i zarządzić nią bez emocji. Mnie w tym bardzo pomaga sport. W sporcie człowiek się uczy, jak dawać sobie radę z niepowodzeniami, z niespełnioną ambicją – bo zawsze przyjdzie ktoś, kto będzie szybszy, będzie miał lepszą technikę. Tak samo w życiu biznesowym – konkurencja nieraz będzie wygrywać. To, co mi się wydaje najważniejsze, to starać się być obiektywnym w stosunku do siebie i nie przerzucać tych porażek na taki „religijny grunt”, że „muszę tę wojnę wygrać”. Powiedz sobie: trudno, nie udało się, ale trzeba wyciągnąć z tego naukę i zamknąć ten rozdział. Wracając do pani pytania z początku – myślę, że też umiejętność radzenia sobie z porażkami i wyciąganie z nich wniosków jest ważnym czynnikiem sukcesu. Wyjaśnię na przykładzie. Postanowiłem kiedyś, że chcę mieć swoją firmę. Prowadziłem własny biznes przez dwa lata. Szło mi naprawdę dobrze, ale nie czułem się szczęśliwy. Moja żona powiedziała: „Z tobą się nie da żyć, musisz wyjść do ludzi”. Miała rację, ja potrzebuję codziennie wyjść do biura, mieć kontakt z ludźmi, to daje mi energię do życia. Więc to była dla mnie porażka, bo źle oceniłem siebie i moje potrzeby. Postanowiłem szukać dalej czegoś, co da mi satysfakcję. Tak trafiłem do Microsoftu. I to była najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć. Elastyczność to właśnie ta umiejętność weryfikowania własnych planów i przekonań, gotowość do przyznania, że mogłeś się pomylić i trzeba wszystko zacząć od nowa.

– Te dziesięć lat w Microsofcie jaki to dla pana czas?

– Bardzo fajny, dlatego jeszcze tu jestem i na razie nigdzie się nie wybieram. To wyjątkowa firma w świecie informatyki. Ma bardzo szerokie portfolio produktów, ma duży wpływ na środowisko i na to, co się dzieje dookoła.

Microsoft jest ważnym partnerem Szlachetnej Paczki. Do przepisu na sukces dodałby pan CSR?

– Na pewno. Ogromne wrażenie zrobił na mnie profesjonalizm stowarzyszenia Wiosna, które jest organizatorem Paczki. To trzeci sektor, a projekt działa jak biznesowy. Takie zorganizowane, przemyślane pomaganie jest po prostu efektywne i skuteczne. Działa na wielką skalę, angażuje setki tysięcy ludzi. Cieszę się, że my możemy tam dostarczać technologię, dzięki której system pomagania jest jeszcze sprawniejszy.

Powiedział pan kiedyś, że dobry szef to taki, który potrafi w odpowiednim momencie zakasać rękawy i pracować ze swoimi ludźmi. Czy do dzisiaj pan tak pracuje?

– Ja to uwielbiam robić, czasem angażuję się w najprostsze rzeczy. To daje ogromną energię. Myślę, że jest też istotne dla zespołu. Wiele razy, gdy słyszałem ludzi mówiących o swoich dobrych szefach, zawsze pojawiało się stwierdzenie: „To fajny człowiek, bo z nim można coś razem zrobić”.

Na tym skończymy pana przepis na sukces?

Kultura organizacyjna– W biznesie bardzo ważni są ludzie, ale też to, jak się z nimi pracuje. Więc jeszcze dodałbym dobrą kulturę organizacyjną. Najważniejszy i najtrudniejszy aspekt zarządzania to przygotowanie organizacji do tego, co dopiero ma przyjść, a nie do tego, co już jest. Brak tego przygotowania sprawia, że firmy padają, bo nie potrafią dopasować się do nowych warunków. To nie jest łatwe, ale gdy zdam sobie sprawę, że zaczęliśmy biec w złym kierunku, to zawracam i szukam innej drogi.

Podobno jako młody menedżer był pan pracoholikiem, dalej tak jest?

Hobby– Nie, teraz mam większą równowagę między pracą i życiem poza nią. Ale do tego trzeba też dorosnąć. Nie chodzi o to, że wychodzę o 17 do domu i nic mnie nie obchodzi. Czasem są okresy bardziej intensywne, kiedy zostaję w biurze na noc, a później przychodzi czas odpoczynku i biorę dzień wolnego. Praca nie musi być rozłożona równomiernie. Ważne jest posiadanie hobby, które pozwala mentalnie odciąć się od pracy, bo samo wyjście z biura nic nie znaczy – możesz wciąż się stresować i myśleć o tym, co jeszcze masz zrobić. Nawet jeśli pracujesz 12 godzin dziennie, to znajdź w dobie 1 godzinę na coś dla siebie, na pomyślenie o swoim życiu prywatnym, o tym, dokąd dążysz. Bo długoterminowo na pewno nie można w takim tempie żyć. Im starszy jestem, tym bardziej klarownie to widzę.

Pana hobby to muzyka?

Gitara– Tak, zawsze chciałem być gitarzystą, ale nie mam talentu, więc pozostawiłem sobie granie jako hobby. Mam z kolegami z pracy zespół. Nazywamy się Room 404, bo zajęliśmy jedną salkę w biurze na próby. Dwóch gitarzystów, basista, perkusista, ktoś czasami na klawiszach pogrywa, śpiewają dwie dziewczyny z marketingu. Poza graniem kolekcjonuję gitary, mamy ich teraz ponad 30, najstarsza w tym roku obchodzi 101 urodziny. Dwie sprezentowałem Johnowi Porterowi, do dzisiaj grywa na nich na koncertach. Muzyka odcina mnie od codzienności. Jak mnie coś zdenerwuje w pracy, to zamykam się w biurze, przez 10 minut sobie pogram i czuję się dużo lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.